Bardzo lubię stosunek Reginy do Luizy. Mimo szarpaniny z pozostałymi członkami rodziny, mimo wielu niewyjaśnionych spraw, mimo żalu i pretensji, jej stosunek do siostrzenicy jest bardzo ciepły - od samego początku tak naprawdę. Z wielką niecierpliwością czekałam na moment, w którym zagrają coś razem - Luiza na skrzypcach, a Regina na pianinie - bo byłam pewna, że taka chwila nadejdzie. Ja również podskórnie wierzyłam w niewinność głównej bohaterki, ale podobnie jak Ty, Marciocha, ciągle nie byłam pewna. Kiedy już wydawało mi się, że widzę prawdziwą Reginę, bez masek, póz - i co najważniejsze - niewinną, robiła coś takiego, co cały ten wizerunek burzył. Moja matka chce, żeby pan mnie bronił? - to chyba właśnie od tych słów zaczęła się prawdziwa metamorfoza bohaterki. Swoją drogą - dziwiłam się cały czas matce, że w wielu sytuacjach, kiedy udawało się jej jakoś dotrzeć do córki, a później nagle Regina, urażona jednym słowem, zdaniem, które tak naprawdę nie miało za zadanie tego robić, kazała jej wyjść - nie przytuliła jej na siłę, nie objęła, nie powiedziała, że mimo wszystko bardzo ją kocha. Jestem pewna, że Regina poddałaby się temu bez większych oporów. Nie wiem do którego momentu obejrzałaś, nie chciałabym za bardzo niszczyć Ci przyjemności oglądania, więc wstrzymam się z komentowaniem zakończenia, porozmawiamy jak nadrobisz. Widziałaś tę scenę z ojcem? Jeśli tak - jak wrażenia?
O tak, uzależnienie Marty od leków i to, że była zmienna niemal jak pogoda również było ciekawym momentem w jej życiu. Początek serialu oglądałam ostatnio z wielkim zainteresowaniem, odcinek po odcinku, później zaczęłam nadrabiać wyłącznie wybrane fragmenty. Trochę żałuję, być może jeszcze to nadrobię. Rozpadu małżeństwa Marty z Jackiem nie widziałam, miałam okazję tylko ujrzeć końcówkę jej rozpaczy - kiedy poznała Rafała. Mimo wszystko wiem, że Marta bardzo go kochała i ten związek był dla niej szalenie ważny. A jak pięknie wyglądała na ślubie! Szkoda, że ta przysięga, jak się w przyszłości okazało, nie miała żadnego odniesienia do rzeczywistości.
Mnie za to gra Doroty Landowskiej w "Iluzjach" przekonała. Przez całą sztukę miałam wrażenie, że z postaci kobiecych, to ona była tą "lepszą", a Dominika pozostała gdzieś na uboczu. Z kobietą, która miała bardzo duże poczucie humoru, to rzeczywiście wątpliwa sprawa, jednak mam wrażenie, że to niejako odrobinę wynikało ze scenariusza... W ogóle dopiero teraz dowiedziałam się, że obie panie miały już tyle razy okazję razem grać. Wcześniej byłam świadoma tylko ról w Mjm. Panowie byli niezawodni, to fakt. Ale wracając do Dominiki... Miała wspaniałe momenty, poczułam wreszcie, że potrafi być jeszcze kimś innym niż niezbyt dobrze odgrywaną Martą, ale to nieustające poczucie, że jest gdzieś obok nie dawało mi spokoju.