Ponoć spytano kiedyś małżeństwo z 70-letnim stażem - jak to jest, że tyle lat są ze sobą - oni odpowiedzieli, że wychowali się w czasach, gdy jak coś się popsuło - to naprawiało się to a nie wyrzucało do śmieci.
Święte słowa

A ja tam wolę już oglądać słodycz w wykonaniu Marcina i Kaśki, niż wszelkie inne badziewne wątki w tym serialu o miłości.
Słodycz mamy także u Kingi i Piotrusia, ale tam jest ona wręcz obrzydliwa i sztuczna na kilometr: ti, ti, mniu, mniu, ci, ci, pi, pi. Normalnie mdli.
Madzia wręcz nam kwitnie po tak dramatycznych chwilach, kiedy to niemal z życiem się rozstała. Ja nie twierdzę, że teraz do końca owego życia ma się zamartwiać, ale po niej nic a nic nie widać, że problemy miała. I ten przeskok z "tamtych" momentów do "obecnych" momentów tworzy taką dziurę, że również sztuczność wieje jak ten halny w Tartach.
Tomaszek i Marzenie plus Joasia i sekciarski wątek ciągnie się jak włoski makaron i na dodatek bez składu i ładu. Dorośli ludzie a zachowują się jak małolaty. Joaśka nie przeszła jeszcze nawet etapu rozwoju myślenia przyczynowo-skutkowego (końcówka przedszkola). A parka obok? Panie najlepszy policjancie w mieście i pani równie wybitna prokurator - miłość to nie tylko bara-bara. Są w niej ważniejsze rzeczy.
I nie dziwota, że Mały Chodakowski nie lubi Żylety, skoro tato woli się z nianią bawić w szczęśliwą rodzinkę, a przyszła-niedoszła nowa mama focha się z byle powodu, zabiera swoje zabawki i udaje, że do domu ucieka. Taka dziecinada wręcz nie pasuje do gliny i prokurator(ki?). Sztuczność dalej rozlewa się po ekranie.
Janka to następna porypana osoba, co do której scenarzyści nie wiedzą jak mają poprowadzić. Rano budzą się pewnie z myślą "będzie trauma po gwałcie" a wieczorem zasypiają z pomysłem "będzie uwodzić". W jednym odcinku Janka klei się do Wojtka w wyuzdanych niemal pozach, całuje się z nim wręcz obrzydliwie aby wzbudzić zazdrość w Marcinie, a w kolejnym odcinku rzuca się jak wesz na kożuchu, gdy młody doktorek próbuje czule ją pocałować. Jak nic do Tworek się nadaje. Ale nie, musi jeszcze Jamesa Bonda w spódnicy zagrać i Grabinę od zagłady ekologicznej uratować. Nic to, że sposób zatrudnienia jej to istne science fiction. Mamy już powódź sztuczności.
I jeszcze tylko dwie krople, które pogrążają ten serial w otchłani sztuczności:
- mądry Janek, który tak żałował siostry Ali (zapomniałam jak ma na imię), po pysku niemal lał absztyfikantów dziewczyny, którzy chcieli się z nią tylko troszkę pobawić, tak pocieszał, że znajdzie miłość, iż w końcu siebie zobaczył się w roli tego jedynego, z dnia na dzień przemienia się w frajera i jeszcze pyta "wszystko w porządku? nie gniewasz się?". No ludzie, aż się go chce pogonić jak on tych absztyfikantów.
- i Marysia... sorry, ale mnie pani Małgosia absolutnie nie przekonuje w roli zdradzonej, będącej jeszcze w niewyleczonej a właściwie popadającej w kolejną depresję. Ta kobieta nie wzbudza we mnie żadnych emocji. A powinna, mając takie dramatyczne przeżycia. Jest bezpłciowa, zresztą podobnie jak jej młodsza siostra Marta.
A wracając do Marcina i Kaśki - tu widzę realne sprawy: stopniową przemianę chłopaka i to z całkiem możliwych powodów, jego dojrzewanie do... dorosłości, związane z odpowiedzialnością za drugiego człowieka dylematy, dziewczynę, która mądrzeje, nie poddaje się ślepej miłości, która boi się nowej roli (matki) i też ma dylematy (czy będzie miała wsparcie od ukochanego). Wątek nie taki zły (do momentu, gdy trzeba będzie coś namieszać, aby widz się nie nudził

).