Anka, tej to dopiero się życie pokopało. Znowu muszę przyznać rację Mindreader, Paweł nauczyć dzieci braku szacunku do matki. Wiadomo dzieci biorą przykład z rodziców, a skoro on jej nie szanował i nie traktował jak żonę to i one nie muszą jej traktować dobrze.
Życie Anki samo się nie pokopało. Kobieta silnie się do tego przyczyniła.
Owszem Paweł nie pokazał dzieciom jak należy matkę szanować, ale Anka również.
Okazywanie miłości, zarówno do męża jak i do dzieci, nie polega na robieniu z siebie domowej niewolnicy, na ustępowaniu im we wszystkim, na nadstawianiu drugiego policzka, gdy już jeden się otrzyma, na usuwaniu się w cień, pozostałych domowników zaś stawianiu wyżej siebie.
Każdy w rodzinie musi wiedzieć jaka jest jego rola. Mąż ma być mężem, żona, żoną, matka matką, ojciec ojcem, dziecko dzieckiem. Inaczej zatrą się granicę i wychowuje się domowych tyranów. Przy własnej, dobrowolnej akceptacji takiego stanu rzeczy.
Obowiązkiem oraz oznaką miłości Anki jako matki było stworzenie dzieciom bezpiecznego domu, a stworzyłaby go nie tym, co napisałam wyżej, a spełniając bardzo trafnie i mądrze sformułowane przez wybitnego pedagoga Janusza Korczaka prośby dziecka:
Nie psuj mnie. Dobrze wiem, ze nie powinienem mieć tego wszystkiego, czego się domagam. To tylko próba sił z mojej strony.
Nie bój się stanowczości. Właśnie tego potrzebuję - poczucia bezpieczeństwa.
Nie bagatelizuj moich złych nawyków. Tylko ty możesz pomóc mi zwalczyć zło, póki jest to jeszcze w ogóle możliwe.
Nie rób ze mnie większego dziecka, niż jestem. To sprawia, że przyjmuję postawę głupio dorosłą.
Nie chroń mnie przed konsekwencjami. Czasami dobrze jest nauczyć się rzeczy bolesnych i nieprzyjemnych.Dzieci Anki miały wszystko podstawione pod nos. Mama podała, mama przyniosła, mama posprzątała, mama uprała. Bez mrugnięcia okiem.
Czego taka postawa je nauczyła? Że mają mamę niewolnicę.
Mama potulnie wykonywała rozkazy taty, ze spuszczoną głową przyjmowała jego i nie tylko jego krytykę.
Czego nauczyła ich przez to? Że mama nic nie znaczy i że nigdy nie ma racji (skoro się nie broni, nie ma swojego zdania...)
To nie jest dobra miłość.
Wystarczyło stanowczo przywołać do porządku wyrywających sobie kubek chłopców, a w efekcie dzieciaki natychmiast się uspokoiły, potulnie zapakowały plecaki, ubrały się, a na koniec zadbały o koszulki, aby "mama nie miała dużo prania". Co prawda i tak uważam, że ta scena była trochę naciągana, bo po paru latach pozwalania na wszystko i zakorzenieniu się złych nawyków, trudno tak od razu liczyć na jakieś efekty.
I żeby nie było, że jestem za wrzeszczeniem na dzieci, czy jakimiś innymi drastycznymi działaniami wobec nich. Stanowczość nie oznacza krzyków. Jeśli oczywiście od początku będzie towarzyszyła jej konsekwencja.
Sorry za ten pedagogiczny wykład i może bym się tak nie wymądrzała (

) gdybym na własnej "skórze" (domowej i zawodowej) tych mądrości nie przetestowała z wynikiem, moim zdaniem, jak najbardziej pozytywnym.