Tak, tak, gorąco polecam. Tak, jak niemalże połowę jej twórczości.
Chmielewska na półkach, to u mnie taki standard. W Sosnowcu miałam 3 półki na krzyż, 10 książek na krzyż, ponieważ nie było za bardzo miejsca... a na Chmielewską i tak się znalazło i najukochańsze mieszkały ze mną. W akademiku w ogóle nie było miejsca na książki, ale nie było też opcji, żebym ruszyła się bez "Wszystko czerwone", "Całe zdanie nieboszczyka", "Boczne drogi", "Wszyscy jesteśmy podejrzani" i "Harpie". Ostatnio przy okazji śmierci, któregoś z pisarzy, Mrożka bodajże, powiedziałam koleżance, że odchodzą wielcy ludzie. I boję się, że niedługo możemy stracić Chmielewską. No i tak jakby się stało. Dziś tejże koleżance pomieszała się data urodzenia Osieckiej, odroczyłyśmy wspominanie jej twórczości na za dwa dni... i nagle okazało się, że inna, tak bardzo nasza wspólna pisarka, uczyniła ten dzień swoim.
Wiem, że śmierć zawsze napawa smutkiem, wiem. I właściwie przy każdym wielkim/albo tym mniejszym nazwisku przystaję na chwilę, uzupełniam wiadomości, jeśli mam jakieś luki, poświęcam chwilę na zadumę o dorobku. Tylko tu... to jak jakby odszedł przyjaciel, którego znałam wyłącznie przez twórczość, ale który prostował mój humor, urozmaicał mi wieczory, sprawił, że tym bardziej pokochałam czytanie. I pisanie zresztą też. Popłakałam sobie dłuższy czas, powspominałam, rzuciłam okiem na 1.5 półki twórczości i nie pozostało mi nic innego, jak konsekwentnie czytać dalej, bawić się świetnie i nie pozwolić, żeby słuch o niej zaginął. Promowałam od zawsze i będę promować dalej, a za kilka lat będę czytała Asi na dobranoc przygody Janeczki i Pawełka, albo "Las Pafnucego". Seria o rodzeństwie i psie o wdzięcznym imieniu Chaber, ze szczególnym uwzględnieniem pozycji "Nawiedzony dom" i "Skarby", to jedne z najlepszych pozycji w literaturze dziecięcej, jakie czytałam.

Aktualnie tkwię na "Większym kawałku świata", czyli dobiłam do drugiej pozycji z serii dla młodzieży. Książki są trzy "Zwyczajne życie", "Większy kawałek świata" i "Ślepe szczęście" i opowiadają o życiu Teresy i Okrętki, które jak przystało na nastolatki pakują się w różne kłopoty, zakochują się i wyruszają na wyprawę życia po mazurskich jeziorach. Fantastyczna literatura.
A za co kochałam Chmielewską? Za poczucie humoru. Ogromne poczucie humoru i dystans do siebie, do swojej twórczości.
Poczucie humoru mam nie tylko w pisaniu. Umiem śmiać się z siebie. Nieumiejętność dostrzegania śmieszności w sobie, obrażanie się, gdy śmieją się z nas inni, jest poważnym brakiem. Potrafiłam śmiać się z siebie, nawet gdy miałam 25 lat, bo teraz to już nie sztuka. Poczucie humoru swoją drogą, ale ja mam pogodę ducha. Nieraz dzwoniły do mnie zaprzyjaźnione osoby twierdząc, że rozmowa ze mną poprawi im nastrój. Jestem lepsza niż relanium czy inne draństwo. To chyba kwestia osobowości, genów, nie wiadomo skąd wziętych. Wszyscy mieli poczucie humoru, a prababka wręcz ogromne. W naszym warszawskim domu na rogu Alej Niepodległości i Madalińskiego kotłowała się cała rodzina. Moja matka miała dwie siostry. Kłóciły się, krytykowały, ale nie mogły bez siebie żyć. Mężowie zrobili im straszne świństwo. Jeden zginął pod sam koniec wojny, drugi ugrzązł na zawsze w Anglii, potem w Kanadzie. Został tylko mój ojciec, na którego te trzy megiery rozcapierzały pazury. Na pewno wpływ na rozwój mojej inteligencji miała ciotka Lucyna, która uczyła mnie podczas okupacji. Z całą pewnością miał na mnie wpływ także ojciec. Powiedział kiedyś: "Córko moja, jeśli kiedykolwiek cokolwiek podpiszesz bez mojej wiedzy, to się ciebie wyrzeknę". Pan wie jak to zabrzmiało? Ojciec był dyrektorem banku i musiał zwracać 150 tysięcy przedwojennych złotych z powodu niesolidności dłużników. Różne też były poglądy na wychowanie w rodzinie matki i ojca. Po ojcu odziedziczyłam dobre serce, a po cholernych babach zły charakter. Poczucie humoru i świadomość, na czym polega zły charakter, to konflikt. Trwam w tym konflikcie. źródło:
http://www.chmielewska.art.pl/wywiady/wyw1_23.htmlTen humor doskonale widać w twórczości. Niegdyś tata próbował mnie wyrzucić podczas odpoczynku nad jeziorem, bo śmiałam się tak głośno z książki "Całe zdanie nieboszczyka", że wszyscy dookoła się na mnie patrzyli. Podobną sensację wzbudzałam w pociągu, kiedy czytałam "Krokodyla z Kraju Karoliny". Większość osób zachwyca się "Lesiem", ale akurat ta książka nie przypadła mi aż tak do gustu. "Nie przypadła mi aż tak" znaczy w moim słowniku "czytałam ją tylko 3-4 razy".
Za to uwielbiam książki, w których występuje rodzina Joanny - matka, ojciec, ciotka Teresa i ciotka Lucyna. Ulubiona? "Boczne drogi" - chociażby za ciotkę Tereskę, która woziła się na motorze z jakimś młodzieńcem ubrana w kradzioną ścierkę w kratę, albo za pana PePchełkę, czy tam Ważkę... w sumie nikt nie wiedział, ale na pewno od jakiegoś owada... Książka cudowna, pełna poczucia humoru, lekko napisana i w ogóle... wyśmienita na relaks po pracy. Tak jakby druga część "Studnie przodków", wcale nie gorsza, chociaż osadzona troszkę w innych klimatach. No i spaprali mi tam końcówkę

Nie czepiam się jednak aż tak bardzo, bo w końcu przeczytałam naście razy.
Uwielbiam książki z Alicją i przyjaciółmi Joanny. "Wszystko czerwone", to mój niekwestionowany numer 1. Jak wspominałam gdzieś tam wyżej... generalnie w literaturze jako takiej. Naprawdę... czytuję ambitnie, potrafię się wzruszyć na poezji i pochłaniać tomiki, wciągają mnie thrillery, fantasy, czasami obyczajówki. Mam w ulubionych zarówno to, czym warto się chwalić, jak i też to, co lepiej przemilczeć, że się zna. Ale... ale "Wszystko czerwone" jest tak bardzo moje, że mogę sobie sceny i część dialogów odtwarzać kawałek, po kawałku. Skarbnica cytatów - i o Edku, co 'ni ział, ni grzębił', i o kimś, kto chciał 'ciumciać po ślicznym brzuszku'... Z książek z Alicją, powracam często do "Krokodyla z Kraju Karoliny". Też zabawna opowieść
Aj.. no dużo ma takich. A moje "Harpie", od których wszystko się zaczęło? Usłyszałam w radiu, że Chmielewska napisała książkę o Dorotce, poprosiłam dziadka, żeby dał mi ją w prezencie... I ruszyło. Kilka godzin po otwarciu książki już jej nie było, a w kilkanaście godzin później, pochłonęłam kolejne 15 z półki. Potem wydawałam wszystkie, dosłownie wszystkie pieniążki imieninowo/urodzinowo/bezokazyjne, na kolejne tomy i tym samym mam dwie piękne kolekcje. Jedną w Częstochowie - aktualnie mniejszą, bo troszkę przywiozłam z okazji 'czytania po kolei', ale tam wrócą, i drugą tu, kupioną po przeprowadzce. Nie mogę odżałować zgubienia "Przeklętej bariery", bo książka stała się towarem niemalże luksusowym, który ciężko dostać.
I dalej nie wiem, w której książce znaleziono trupa z piórem w oku...
Jeśli ktoś kiedyś będzie się kusił, to mogę być przewodnikiem, mogę wskazywać, co warto, co trzeba, co można zostawić na później. To naprawdę moja najukochańsza pisarka. I naprawdę znamy się dobrze. Albo nawet bardzo dobrze.