Ostatni odcinek dość przyjemnie się oglądało. Każda z bohaterek miała swoje pięć minut.
Najciekawiej ma Zuza. Podoba mi się to, jak pokazano jej ponowne "narodzenie". Szkoda, że dopiero dramat to spowodował, ale w życiu zazwyczaj tak jest. Musi coś się stać, aby człowiek przejrzał na oczy. Mówię tu i o Zuzce i o jej matce, bo zapewne obie popełniały w przeszłości błędy, które zakorzeniły w ich sercach obojętność, jakąś złość do siebie nawzajem.
Teraz trzeba to nadrabiać. I fajnie, że robią to w taki naturalny sposób. W duszy przeżywają, ale na zewnątrz zachowują się tak, jakby choroba nie miała miejsca. Nawet potrafią z niej żartować.
Jak Patrycja się w końcu nie otrząśnie z użalania się nad sobą, to ją znielubię. Chłopak ją kocha, ona go kocha. No to o co chodzi? Dziecko można zaadoptować, pokochać jak swoje, można wychowywać jak swoje. Dlaczego ona ich oboje unieszczęśliwia, unieszczęśliwia też malucha, który gdzieś tam czeka na takich rodziców.
Mam nadzieję, że starania Michała dadzą w końcu jakieś pozytywne rezultaty (może ten dmuchany balon mało ciekawy pomysł, ale jak to mówią, liczy się gest), bo widać, że facetowi bardzo na niej zależy.
Trochę nie bardzo rozumiem stosunku Ingi do znajomości z tym nowym sąsiadem, chyba Przemek jest mu na imię. Wie, jakie są poglądy faceta na temat związków, wie, że jakaś dziewczyna często w jego mieszkaniu przebywa. Jednak raz z nim flirtuje, potem znów się złości. Pozostawiając faceta w nieświadomości, co do przyczyny takiego zachowania.
Ona o nic nie zapyta, on nie odpowie i tak krążą we mgle. A mi się zdaje, że pewnie ta cała Agnieszka to siostra. W każdym razie nikt, kto "stałby na drodze" Indze.
Anka. No cóż niestety ponosi teraz konsekwencje swoich błędów. Nie zazdroszczę jej tego. Tym bardziej, że takiego bydlaka miała za męża. Normalnie miałam ochotę walnąć tego łotra w łepetynę. Co za glista. Mam nadzieję, że Dorota da mu nieźle popalić.
Dobrze, że Anka próbuje się stawiać. Nie do końca jej jeszcze wychodzi, ale ważne że zaczyna walczyć (rozmowa z teściową).