Też tak na początku myślałam, ale świat nie jest chyba jednak tylko czary i biały. Ma też przecież wiele odcieni innych kolorów, chociażby szarości. Hana owszem, zostawiła Piotra i to zdecydowanie odebrało jej prawo do domagania się późniejszego (czyli- po uświadomieniu sobie, że to Piotr jest tym jedynym, a raczej- że James nim nie jest) ratowania czegokolwiek, bo ratować nie ma czego. Przynajmniej odkąd prosto w twarz powiedziała Piotrowi, że Jamesa kocha i dlatego Piotr powinien sobie odpuścić. Zagranie absolutnie poniżej pasa. To wszystko nie przemawia jednak za tym, aby Hanie nie współczuć, mimo wszystko i choć trochę. Ja nie wyobrażam sobie sytuacji kiedy po latach odnajduje się ktoś kogo kochałam tak, jak Hana kochała swojego męża, ktoś z kim tworzyłam- bądź co bądź- rodzinę. Czy byłabym w stanie tego mężczyznę odrzucić? Tak po prostu, od razu, zostawić go w szpitalu, bo sorry, ale ułożyłam życie na nowo? Wydaje mi się, że to zbyt trudna sytuacja, nawet do wyobrażenia jej sobie, aby można było jednoznacznie stwierdzić, że Hanie nie należy odrobina współczucia i zrozumienia.
Chociaż prawda jest taka, że ja też serial oglądam już tylko wyrywkowo, bo o ile pomysł na niektóre wątki był w założeniu dobry, to kontynuują je wszystkie w złym kierunku i wychodzą z tego jakieś dziwne rzeczy, zbyt pokomplikowane i odchodzące od realiów jakichkolwiek, abym co tydzień zasiadała przed telewizorem i śledziła te bzdury.