Tak z ciekawości zapytam, której partii zależy na Polsce?
W kampanii z pewnością każdej
Ale poza tym?
Tak, tak, wiem. Tylko jeśli kampania, to tylko kampania, a program, to tylko puste słowa, to trzeba to mieć w nosie, olać i przestać wierzyć, że cokolwiek się zmieni na lepsze?
Żyłam sobie w małej mieścinie, w której pozamykali wszystkie zakłady pracy. Bezrobocie gigantyczne. Nagle okazuje się, że ktoś próbuje coś tam robić. Nie wiem, czy to, co robi ma sens, czy cokolwiek może się udać, ale widzę ruch. Widzę ludzi, którzy zebrali się i chcą. A ja nie chcę żyć na Śląsku, w Niemczech, w Norwegii, czy w Kanadzie, tylko chcę wrócić do mojej małej mieścinki i mieć tam szansę znaleźć pracę, mieć szansę wierzyć, że nie chodzi o układy i znajomości, tylko jest lepiej i uczciwiej. Głupia jestem, naiwna i w ogóle się nie znam (tak generalnie), ale podoba mi się, że ktoś wstał i powiedział: tu się dzieje źle, tu nie powinno być ZUSu, w którym pracuje 450 urzędników, którzy to mają wypasione samochody, a właśnie instytucja planuje się zaopatrzyć w drukarki po 15 tysięcy. Podoba mi się, że ktoś wstał i powiedział głośno, że pora przestać się śmiać z kawału "chcesz pracę w Częstochowie? Zapisz się do SLD", tylko sprawić, żeby inni też mieli szansę. Najpracowitsza mieszkanka mojej mieścinki ma 5 etatów, a jej siostra przejęła szósty. Żona posła SLD. Przez 20 lat miałam w nosie, ale w zasadzie dlaczego miałabym mieć w nosie? Dlaczego miałabym patrzyć, jak pieniądze się rozchodzą, jak nie ma w Częstochowie nic poza Jasną Górą. I boli, że 50% moich rówieśników jest poza miastem, bo tu nie mają po co być, a 25% nie ma stałej pracy. A jak mówię, że w najbliższej pięciolatce wracam, to wszyscy pytają: A po co? Przecież tam masz lepiej!
Młodzi ludzie? Cóż, część siedzi za granicą a część jest sfrustrowana a jeszcze część to wali.
No jasne

To niech wali ich dalej. W tej chwili pośród moich znajomych co 3 para decyduje się na dziecko, bo pozostali mówią: nie stać mnie. Drugie dziecko, to w ogóle abstrakcja. No ale co się dziwić? Ja myślałam, że mnie stać i jakoś sobie damy radę. I pewnie byłoby mnie stać z palcem w nosie, gdyby obyło się bez prywatnych lekarzy (bo państwowo w lutym zapisują na grudzień), bez prywatnych rehabilitacji (bo państwowo trzeba poczekać kilka miesięcy, a pierwsze miesiące są kluczowe w rozwoju dziecka), bez lekarstw (się wymagające i chorowite trafiło, oszacowałam, że przez ostatnie pół roku w aptece zostawiłam 1.5tys.) i bez sztucznego mleka (a mus był, w pierwszych miesiącach zostawiałam na mleko 300-400zł miesięcznie). Podołałam i zamierzam dalej sobie radzić, nawet drugie urodzić zamierzam, a może nawet i kiedyś trzecie, ale system przeklinam i przeklinać będę. Tak samo jak to, że musiałam oddać dziecko do prywatnego żłobka, bo na państwowe nie miałam najmniejszej szansy. W końcu po co więcej niż jedno państwowe na cały Chorzów? Zbyteczne. Przecież dla rodziców 600zł miesięcznie to bułka z masłem. Droższe toto co prawda niż prywatna uczelnia, ale komu by to przeszkadzało. Chciałam mieć dziecko? Chcę pracować? Nie mam babci w zasięgu? Moja sprawa. I mam nie narzekać, bo zawsze mogłam płacić 1.5tys. opiekunce - więc i tak trafiła mi się promocja.
Przeczytałam dzisiaj, że powinnam być wdzięczna za Unię, bo jeżdżę po fantastycznych ulicach, uczę się w fantastycznych uczelniach, mam ścieżki rowerowe i sale gimnastyczne. Chwała im za to! Szkoda, że idąc z wózkiem nie mam równego chodnika, zjazdów ze schodów (a jak już mam to takie strome, że nie jest fizyczną możliwością po nich zjechać), autobusy są przystosowane na 1 matkę z wózkiem, a najczęściej są przystosowane na 0 matek z wózkiem, bo co prawda miejsce byłoby, ale komunikacja wypchana po brzegi i o wciśnięciu pojedynczego ludzia można zapomnieć, a o ludziu z wózkiem można zapomnieć już całkiem. Kiedyś usłyszałam, że zamiast narzekać mogłabym po prostu jechać samochodem. Proste, nie?
A już najbardziej mierzi mnie to, że za 3 dni siedzenia w domu z moim chorym dzieckiem ZUS przesłał mi 42zł

Ja wiem, że mam pół etatu i gównianą sumę na umowie i mi więcej nie przysługuje. Tylko to jest po prostu śmieszne. Inna sprawa, że ja nie potępiam prywaciarzy, którzy zatrudniają, jak zatrudniają. Wychodzę z założenia, że każdy robi, co może. Kurde z 1680zł brutto na konto trafia 1220zł. 460zł nie trafia, a jeszcze dochodzą do tego koszty pracodawcy. 1/3 zarobków! I na co? Trudno w zasadzie wyczuć, bo korzyści z tego żadnych nie odczuwam. No, ale ktoś musi te drukarki za tysiące zasponsorować.
Ble ble ble.
Nie podoba mi się to wszystko. Uważam, że powinno być łatwiej - założyć i utrzymać firmę, zatrudnić pracowników, dostać się do lekarza, kupić 5 syropów bez zostawiania w aptece 1/5 pensji i wyjechać raz w roku na wakacje. Kurde, gdybym ja cudów wymagała. Ja nawet nie wymagam, żeby państwo mi dawało nie wiadomo co. Ja po prostu chciałanym, żeby mi nie utrudniało egzystować. Tylko tyle.
No i tak sobie myślę, że chyba to raczej w naszych łapkach jest to, czy coś się zmieni, czy nie. Nie naszych rodziców i dziadków. Tylko w zasadzie łatwiej mieć w nosie niż coś spróbować zrobić. Niestety.
Ech. Takie tam... moje frustracje. Ja właśnie jestem młodzieżą (starszą) sfrustrowaną. I chyba tylko dlatego się odmeldowuję na wyborach i staram się zawsze wybrać opcję, która wydaje się dobra... A im dalej w las, tym moja frustracja tylko rośnie.