Co prawda trupa Starka nie zobaczę, ale żywego raczej też nie, co skutecznie odbiera mi ochotę na dalsze oglądanie. Dziwne uczucie, kiedy ginie twój ulubiony bohater. Tym bardziej, że w tej historii nie ma szans na triumf jakiejkolwiek sprawiedliwości.
Dlaczego on to zrobił? Dlaczego się publicznie przyznał do zdrady i zaakceptował nowego króla? Zrobił to dla Sansy? Wolałabym, żeby umarł nie upadlając się tak wcześniej.
No zapewne tak własnie by zrobił, gdyby nie rodzina, a zwłaszcza córki.
Wcześniej w rozmowie z Pająkiem, który namawiał go do przyznania się do błędu a w zamian wszystko skończy się dla niego jedynie tym, że zostanie wcielony do Straży Nocnej, Stark powiedział coś takiego "Nie cenię życia na tyle, by dla kilku lat nędznej wegetacji splamić honor rodu.... Dorastałem wśród żołnierzy, wiem jak umrzeć z honorem". Niestety honor w starciu z miłością, tu miłością ojcowską, nie zawsze wychodzi zwycięsko.
O tym właśnie prawił Jonowi Snow ślepiec na Murze. O tym co to jest honor i dlaczego Strażnicy nie mogą mieć własnych rodzin - żon, dzieci. Dla nich najważniejsza jest powinność, która stanowi nierozłączną parę z honorem.
Na sądzie Ned Stark postąpił wbrew sobie, wbrew honorowi, chcąc ratować córki. Może sądził, że prawda o morderstwie Roberta, o pochodzeniu Joffrey'a i tak kiedyś wyjdzie na jaw. Honor powróci, córki będą żyły. W porównaniu z tym jego życie nie jest aż tak ważne.
Sceny sądu na placu wciskające w fotel. Przemowa Neda, w której przyznaje się do zdrady i winy niezwykle przejmująca. Podobnie towarzysząca jej wyciszona muzyka. Do tego potępiające wrzaski "publiczności", wśród których chowa się Arya przerażona widokiem "przegranego" ojca. Ona wiedziała, że to są kłamstwa, że ojciec jest nie winny. Bolało ją jego poniżenie. Jest taka młodziutka, jest jeszcze dzieckiem, a już w geście ratowania taty sięga po swoją "Igłę". Sansa nie myśli o poświęceniu rodzica, nie widzi, jakie boje ze sobą musi toczyć rodzic. Ona ma tylko nadzieję, że ojciec ocaleje. Nawet uśmiecha się do Joffrey'a, gdy ten publicznie oświadcza, że jest ona jego przyszłą żoną. Niemal oddycha z ulgą wierząc, że wszystko zakończy się pomyślnie, gdy nagle twarz młodego króla przybiera zawistny wyraz i z usta padają słowa "Przynieś mi jego głowę". Sansa rozpacza, Arya biegnie ojcu na ratunek, ludzie wrzeszczą ucieszeni wyrokiem, muzyka staje się bardziej dramatyczna... I ciach! Cisza na placu, przeszywający dźwięk katowskiego miecza i wzbijające się w niebo gołębie... I to wszystko na oczach córek.
Na wspomnienie tego sądu ciarki przechodzą mi po plecach
Mistrzowska sceny! Wszystkie jej elementy trafiają w serce i umysł widza.
Eddard nie żyje, szkoda, bo to jeden z najlepszych bohaterów "Gry..."

Gdzie jest ten Stannis do jasnej anielki? Chociaż teraz to nie wiadomo, kto udowodniłby, że ma prawo do tronu a że nie ma go ten chory, rudy bękart. Mam nadzieję, że mamusię kiedyś też zetnie. Jestem zła na maksa.
Stannis będzie w drugiej serii, ale nie wiadome jest czy będziemy cieszyć się, czy smucić z jego działań

A Cersei aż tak okrutna jak jej synalek nie jest. Być może ona kiedyś taka wredna nie była. Może zawiedziona miłość ją tak zmieniła. Była kiedyś taka rozmowa jej z Nedem, w której miała chwilę słabości i przyznała, że kochała męża szczerym uczuciem. To on ją odtrącał, mając w pamięci Lyannę, nagminnie zdradzając ją z przygodnymi kobietami, przychodząc do łoża napity jak bela.
Cersei poszukała ujścia uczuć gdzie indziej, nie widząc nic złego w tym, że to "indziej" to jej własny brat, na dodatek bliźniak. Jako przykład dała plemię Dothraków, gdzie współplemieńcy dzielą się kobietami, a Jaime był z nią jeszcze w łonie matki, łączy więc ich coś więcej niż zwykła miłość siostrzano-braterska. Dziwaczne rozumowanie, ale ona w to wierzyła.
Być może odrzucona przez męża-króla, zaczęła też bardziej dbać o własny interes. Najlepsza wg niej droga do tego to intrygi, spiskowanie, kalkulacja. Ona wiedziała, że pozbawienie życia Starka to niezbyt trafiony pomysł. Zaczęto by snuć domysły (jeden po drugim namiestnicy giną jak muchy) i na dodatek Starkowie to mimo wszystko potężny ród, za którym poszłyby inne pomniejsze. A na wojnie, jak to na wojnie. Nie wiadomo, kto może zginąć.
Pozostawienie Starka przy życiu, odesłanie na Mur, to same korzyści. Stark poniżony, rodzina nie będzie się mściła, Ned nie wyda tajemnic królewskich w obawie przed zemstą na córkach. Dlatego w momencie, gdy usłyszała z ust syna "Przynieś mi jego głowę" krzyknęła "To szaleństwo!".
Ale już wkrótce sama się przekona, że wyhodowała żmiję na własnej piersi...
W dodatku nie wiem co tam z Drogo, z Dany, z dzieckiem. Jakieś czary do tego jeszcze, cały namiot się tam trząsł aż. Jorah, jak najbardziej na plus. Musiałabym długo się nim zachwycać. Szkoda, szkoda Drogo, polubiłam go.
Oj, tu takaż sama dramaturgia jak powyżej. Dwa bardzo mocne wątki w jednym odcinku.
Niektórzy nie rozumieją słowa wdzięczność.
Dany, narażając się na gniew ludzi z plemienia Dothraków, a w konsekwencji samego Khala uratowała dwukrotnie Maegi, najpierw od gwałtu, później od śmierci. Dany zaufała jej powierzając życie ukochanego w jej ręce. A ta w podziękowaniu wycięła jej numer z chorobą Drogo i... ciiii

A przecież widziała strach w oczach Dany, że mąż cierpi, że może umrzeć, musiała widzieć, że ona go kocha.
Te sceny na pustyni, w namiocie, walka Jorah'a w obronie Dany, jej bezradność wobec choroby męża, chęć poświęcenia wszystkiego, nawet największej świętości plemiennej, czyli konia samego Khala... Co za emocje, ile napięcia!Rewelacja!
Robb i jego matka to taktycy przedni. Tak czy siak udało im się zwieść przeciwników. Dla ojca i sióstr jest w stanie poświęcić się i ożenić z niezbyt urodziwą panną. Arya i tak ma gorzej...
Matka, jak zawodowy dyplomata. Rozmowa z Freyem to mistrzostwo w jej wykonaniu. Widać było, że cała ta rodzinka nie bardzo jej się podoba (głowa rodziny to staruch obleśny), ale spokojnie, dyplomatycznie, trochę z wazeliną wyłuszczyła o co chodzi i sprawę załatwiła. Co prawda Robb musiał się zgodzić na dość drastyczne warunki, ale pomoc uzyskał. No a rodzina Freyów jej udzieliła, bo niezłe profity z umowy miała (wejście do tak znakomitej rodziny, jak Starkowie, to nie byle co). Greyjoy trochę się podśmiewał z Robba, ale młodemu Starkowi nie do śmiechu było...
Dobrze, że w ręce swoje dostał Jaimego. Ma teraz kartę przetargową w walce z Lannisterami.

Najlepszy fragment z Tyrionem to przygotowania do bitwy, którą zresztą spędził nieprzytomny, zdeptany przez Wikingów. I hasło jego rycerza - wybawiciela : "Ch***owy z ciebie wojownik"
Ja też

Wśród tej całej dramaturgii sceny z Tyrionem trochę śmiechu wniosły.
Niezły wojownik z niego. Rusza do walki:
Bronn (jego... ochroniarz

): Trzymaj głowę nisko.
Tyrion: Ja?
B; Może cię nie zauważą.
T: No to jestem szczęściarzem.
... i zanim jeszcze bitwa się rozpoczęła karzeł dostał w łeb i przeleżał nieprzytomny przez całą walkę

Taki to był jego udział w tej potyczce.
Tyrion do Bronna: Kochałeś kobietę, nie wyszło, więc teraz boisz się kochać. Nie... to o mnie.
No i jeszcze jeden, dziesiąty odcinek, też meeega! Z jedną z najpiękniejszych scen w serii z Dany w roli głównej

A kurczę, ja tu posta machnęła, a Jean już o ostatnim odcinku napisała.
Obejrzę Paradoks i się ustosunkuje...

Aaaa i witam nowego maniaka "Gry o tron"
