U mnie języki... to długa opowieść

Od zawsze uczyłam się
niemieckiego i się go nie nauczyłam. Cała ja. Naukę rozpoczęłam w 1 klasie SP i miałam do końca ósmej klasy. Potem 4 lata w LO, gdzie w 3 i 4 klasie po 9h w tygodniu. I zdając maturę umiałam go naprawdę dobrze. Świetnie wręcz. A potem... popełniłam jeden z większych błędów w moim życiu, poszłam studiować tenże język i się zniechęciłam. Zaczęłam się uwsteczniać w mowie, w piśmie - zamiast się rozwijać, to miałam wrażenie, że znam słabiej i słabiej... aż porzuciłam na 2 lata.

Po 2 latach zaliczyłam 3 lata kursów - ale to już całkowicie rekreacyjnie: nauka, jako miły sposób spędzania czasu. Porzuciłam w styczniu

I w ten sposób niemiecki znowu odszedł na bok. Ale... i tak uczyłam się go w sumie 18 lat, więc... sporo
Czy lubię? Owszem. Bardzo! Tylko szkoda, że tak naprawdę nie władam nim biegle... nie ma tragedii - właściwie czytam, właściwie piszę, gorzej z mówieniem, najgorzej z rozumieniem ze słuchu. Ale z tym generalnie mam problem w każdym języku.
W LO w moim życiu pojawiły się jeszcze dwa języki:
angielski i
rosyjski. Tak, byliśmy takim dziwnym tworem z 3 językami obcymi. Rosyjski kochałam, angielski wręcz przeciwnie.

Z rosyjskiego zdawałam ustną maturę, w ogóle uczyłam się go z pasją... i na koniec LO naprawdę nieźle mówiłam. Jednak.. potem 6 lat przerwy i jest średnio. Teraz od 2 lat chadzam sobie na zajęcia, ale to jest tak jak z niemieckim - dla zabicia czasu, dla zabawy... uczę się mniej pilnie, więc postępów nie robię za dużych, ale język na równi z niemieckim traktuję. Takie moje dwa ulubieńce.
Angielski... no cóż. Nie, nie, nie... ale do czasu. Nie chciałam się go uczyć, twierdziłam, że mi się do niczego nie przyda, w ogóle skreślałam. Przyszedł taki dzień, że siadłam sama z siebie. Tłumaczę teksty, wbijam słówka do głowy. Bardzo, BARDZO boję się odezwać, ale wydaje mi się, że... kiedyś może i będę mogła powiedzieć, że i ten język znam. Po obejrzeniu niezliczonej liczby seriali - częściowo z napisami, częściowo w oryginale... łapię się na tym, że zdania przestały być dla mnie niezrozumiałym bełkotem, zaczynam rozróżniać wyrazy, zaczynam łapać sens, coraz więcej rozumiem. Opowiadania po angielsku czytam ze słownikiem, ale coraz mniej słówek wymaga tłumaczenia... ot po prostu jest nieźle - jak na kogoś, kto pałał taką niechęcią.

Na studiach łapałam martwą
łacinę i wciąż żywy
szwedzki. Łacina była super, nie miałam z nią najmniejszych problemów, jej nauka opierała się na nauce gramatyki i na tłumaczeniu tekstów i w ogóle wspominam strasznie miło. Nie pamiętam nic. Ze szwedzkim nie jest o wiele lepiej - przedstawię się, powiem, gdzie mieszkam. Aaaa i policzę do 6.

Jednak... żałuję, że tego nie kontynuowałam, bo akurat język szwedzki był moim marzeniem i uczyło mi się go łatwo, szybko i przyjemnie. No ale... to było bardzo dawno.