Autor Wątek: Newsy, ciekawostki, wywiady itp.  (Przeczytany 54832 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Donia

  • Art's Souls
  • *****
  • Wiadomości: 1149
  • Płeć: Kobieta
  • Wyróżnienia:
Newsy, ciekawostki, wywiady itp.
« dnia: Maj 24, 2012, 23:12:54 »
...czyli różnego typu wiadomości dotyczące "naszego" serialu ;)

Offline Klaudia

  • Moderator Globalny
  • *****
  • Wiadomości: 2494
  • Płeć: Kobieta
  • Wyróżnienia:
Odp: Newsy, ciekawostki, wywiady itp.
« Odpowiedź #1 dnia: Maj 24, 2012, 23:14:37 »
Okej to ja się pofatygowałam i przekopiowałam wywiady z p.Marią. :) Kiki, wybaczysz? :D

Jest postrzegana jako kobieta luksusowa, gwiazda. Tymczasem w dzieciństwie zaznała głodu i biedy. Maria Pakulnis szybko dorosła, bo musiała sobie radzić w życiu. Kto sobie nie radził, ginął. Tak jak jej brat. O trudnym dzieciństwie, wileńskich rozterkach, ubeckich prześladowaniach, ale też o szczęściu do mężczyzn i ludzi opowiada Dorocie Wellman.

Kiedyś miała nerwy na wierzchu, była nadpobudliwa i nerwowa. Jak zwierzątko, musiała wszystkiego dotknąć i trzy razy powąchać, żeby zaufać. Na szczęście pozwoliła, by życie i bliscy ją "oswoili". Teraz spokojnie patrzy w przyszłość. Twierdzi, że mimo wszystko miała szczęście do ludzi.


Aktorka

GALA: Mimo że życie mocno cię poturbowało, jesteś "nie do zdarcia". Ostatnio zostałaś producentem i menedżerem. Nie bałaś się?
MARIA PAKULNIS: Trochę. Ale nie chcę bezczynnie czekać na propozycje. Szkoda czasu. Postanowiłam zadziałać po swojemu, co nie jest takie trudne. Tylko nie wolno udawać, że się wszystko umie. Nie udawałam więc wielkiego producenta. Popełniałam błędy, dzięki temu jestem bogatsza o doświadczenia. Ważne, jakich ludzi po drodze spotykałam. Mam do nich absolutne szczęście. Żyję prawie pół wieku i mam poczucie, że spotykałam fantastyczne osoby. Począwszy od mojego Giżycka, gdzie nauczycielka tak mnie "lekutko dutknęła palicem", że dzięki niej trafiłam do szkoły teatralnej. Potem spotkałam Tadeusza Konwickiego, zdobyłam doświadczenia, grając u Kieślowskiego. To było prawdziwe szczęście.

GALA: Środowisko aktorskie nie należy do najłatwiejszych. Ty też masz charakterek.
M.P.: Można bardzo łatwo skrzywdzić człowieka jedną przypiętą łatką. Potem zła opinia ciągnie się przez lata. Mnie przypięto etykietkę osoby, z którą się trudno pracuje. To absolutna bzdura, ale ta opinia powodowała kłopoty zawodowe. Porozmawiaj z kimkolwiek z ekip, z którymi pracuję, z reżyserami. Przyjaźnimy się, mamy dobre wspomnienia.

GALA: Kto wyrobił ci taką opinię?
M.P.: Kiedyś zrobili to ci, którzy chcieli mi zaszkodzić. Jeszcze nigdy nikomu o tym nie mówiłam. Zaczęłam pracę w bardzo trudnym momencie, wtedy wprowadzono stan wojenny. Najważniejsze rzeczy działy się w teatrze. Najpiękniejszy okres dla aktorów. Widzowie reagowali na najmniejszą aluzję, na znaczące słowo. To był rodzaj walki o wolność. Byłam młoda i znalazł się taki jeden ubek, który chciał mnie namówić do niegodnych rzeczy. Odmówiłam. Zaczął się mścić. Groził mi. Mówił, że nigdy nie zrobię w tym kraju kariery, że mnie załatwi. Po latach dowiedziałam się, że kiedy przychodziły propozycje filmowe z innych krajów, ktoś za mnie odpowiadał odmownie. Nie byłam dopuszczana do pracy w telewizji. Kiedyś opowiem, co ten człowiek do mnie mówił, co proponował. Zrobię wszystko, żeby do niego dotrzeć. Teraz jest już taka możliwość, na pewno mam swoją teczkę.

GALA: Jakie jeszcze były plotki na twój temat?
M.P.: Mówili, że dobrze gotuję, świetnie prowadzę samochód, że dobrze się trzymam. Nie plotkowano o mnie, bo trzymam się z boku. Nie bywam na salonach, nie uczestniczę w imprezach. Zachowałam naiwność dziewczynki z prowincji, zwariowałabym, gdyby moje życie miało się sprowadzić do tego, że leżę u kosmetyczki i się klepię, żeby dobrze wyglądać na wieczór. Latać codziennie na jakąś imprezę to nie mój styl. Zgwałciłabym samą siebie. Ale może to błąd? Może poznałabym kogoś ważnego, może bym się przypomniała niektórym? Ale wolę inaczej się przypominać. Zrobić coś dobrego w teatrze, ciekawie zagrać rolę. Tak chcę być dostrzeżona. I wolę pójść do domu, pogrzebać w ogródku, coś ugotować. A wieczorem napić się z przyjaciółmi wina. Jak Boga kocham, tak wolę.

Kresowianka

GALA: Ile jest w tobie cech ludzi Wileńszczyzny?
M.P.: Wszystko! Począwszy od zabobonów, przesądów i snów. Wszystko wyśnię, każdą podróż . Dużo wcześniej wiem, że gdzieś pojadę. W dzieciństwie, gdy miałam 7 lat, byłam poważnie chora. To było straszliwe, obustronne zapalenie płuc. Znalazłam się na granicy życia i śmierci. Wtedy przyśniło mi się, że pojechałam z klasą do raju na wycieczkę. Gdybym była malarzem, namalowałabym, jak ten raj wygląda, bo ja już tam byłam, ale wróciłam. Noszę w sobie ten obraz. Widzę to światło, które przenika przez ciebie, cudowne drzewa. Wstydziłam się komuś o tym powiedzieć. Bałam się, że powiedzą o mnie: wariatka.

GALA: Jesteś zabobonna?
M.P.: Jestem nieszczęśliwa, jak mam wrócić tam, skąd właśnie wyszłam, bo czegoś zapomniałam. Muszę wtedy usiąść, żeby nic złego się nie stało. Jak kogoś złego zobaczę, spluwam. Stawiam krzyżyki. Gdy jest pełnia księżyca, trzy razy się mu się kłaniam. To takie litewskie, pogańskie zabobony.

GALA: Po co się kłaniasz księżycowi w pełni!?
M.P.: Jak oddasz trzy pokłony, do końca życia będziesz młoda duchem. Mam kresową wrażliwość, a nawet nadwrażliwość. Dostrzegam drugiego człowieka, widzę jego krzywdę. Nigdy nie przejdę obojętnie, zawsze wyciągnę rękę. Mój syn ma taką samą naturę. Kresowe są we mnie też smaki. Jestem po kresowemu gościnna. Przesadzam zjedzeniem, trunkami. I nie robię tego, żeby się pokazać. Tylko dlatego, że kocham gości i chcę ich ugościć prawdziwie. Jestem cała przepełniona Litwą. Nie urodziłam się tam, ale cała moja krew jest stamtąd. I cała dusza.

GALA: Byłaś na Litwie?
M.P.: Mama mi opowiadała, jak tam było. Jak te pagórki wyglądały, jak się rzeka snuła. Kiedy pojechałam pierwszy raz do Wilna, czułam, że jestem w domu, że to wszystko moje. Tu wuj na uniwersytecie studiował, tu mieszkali rodzice, tu urodził się dziadek. Cudowne poczucie powrotu do korzeni. Noszę to wszystko w sercu.

Dziewczynka

GALA: Miałaś trudne, traumatyczne dzieciństwo.
M.P.: Ojciec nie skończył studiów, bo wybuchła wojna. Trafił do obozu, na Syberię. Obóz w ogromnym stopniu go złamał, dużo w nim zniszczył. Przy całej swojej wielkiej duszy i wrażliwości nie umiał być twardzielem. Alkohol też zrobił swoje. Tata nigdy nie mówił o przeżyciach w Rosji, ubecja musiała mu grozić, bał się. Musiał być piekielnie zastraszony. O jego przeżyciach dowiedziałam się już jako dorosły człowiek. Matka też sobie nie radziła. Wyobraź sobie ludzi, którzy żyli szczęśliwie, aż nagle ktoś wyrwał ich z rodzinnych stron. Mieli jakieś mająteczki, sielski spokój. Musieli wszystko zostawić. Moi rodzice nie umieli się z tym pogodzić ani poradzić sobie w nowej rzeczywistości. Dziś w pełni to rozgrzeszam. Jako dziecko tego nie rozumiałam. Wracałam do domu, a tu drzwi są otwarte i nikogo w domu nie ma. Dowiadujesz się od sąsiadów, że ojca nie ma, a pogotowie zabrało matkę. Nie ma nic do jedzenia. Miałam poczucie potwornego, nieustającego strachu i totalnego braku bezpieczeństwa. Mam te lęki do dzisiaj. To siedzi we mnie głęboko. Wszyscy się ze mnie śmieją, że mam zawsze przesadne zapasy w lodówce. Ale wtedy czuję się bezpieczna. Doświadczyłam głodu, totalnej biedy. Moje dzieciństwo tkwi we mnie jak zadra. Nie rozliczyłam się z nim. Od dziecka wiodłam samotne i dorosłe życie.

GALA: Takie dzieciństwo potrafi zostawić piętno.
M.P.: I zostawiło. Do dzisiaj nie do końca wierzę w swój sukces. Nigdy nie mam pewności, że zrobiłam coś dobrze. Jestem pełna lęku i strachu. Dopiero ludzie mnie upewniają, pogłaszczą po głowie. Wtedy pomalutku zaczynam wierzyć w siebie. Jestem postrzegana jako kobieta silna i twarda. Skąd się to bierze? Jeżeli człowiek od małego musi dawać sobie radę w życiu, dławi w sobie ból i strach, wtedy twardnieje. Jeżeli sobie nie poradzisz, giniesz. Tak jak zginął mój brat. Potrzebował wsparcia, rodziny, ojca. Był najwrażliwszy z nas wszystkich. W wieku Chrystusowym, w czasie kiedy urodził mu się syn, zmarł na zawał. Rozerwało mu serce. W tym sercu zbierały się okropne przeżycia całego życia. Dziś wiem, że nie mogę się poddać, bo mam dla kogo żyć i pracować.

GALA: A dobre wspomnienia?
M.P.: Mam i takie. Mieszkałam w pięknym miejscu, nad jeziorami. Błądziłam po lasach, zbierałam grzyby, kąpałam się w czystej wodzie. To mnie uratowało. Bogu dziękuję, że przetrwałam.

GALA: Przyjechałaś do Warszawy z jedną tekturową walizką.
M.P.: Niewiele brakowało, a bym tu w ogóle nie przyjechała. Rodzina nie miała pieniędzy na moje studia. Miałam iść do pracy, po to skończyłam pięcioletnie liceum medyczne, żeby mieć zawód, zarabiać na życie i pomagać rodzinie. Za moją pierwszą pensję kupiłam sobie dwa prześcieradła, lampę i adapter.

Kobieta

GALA: Ale do mężczyzn miałaś szczęście.
M.P.: Nie będę ukrywała. Moim najważniejszym mężczyzną jest Jasiek. Syn. Miałam dwadzieścia parę lat i przepełniał mnie instynkt macierzyński. Nie mogłam od razu mieć dziecka. Nie miałam pieniędzy, mieszkania. Przez dziewięć lat z mężem tułaliśmy się po wynajętych pokojach. Po trzydziestce urodziłam dziecko i codziennie dziękuję za to Bogu. Poszłam na USG, które wtedy zaczynało być modne. Lekarz nie mógł się dopatrzyć, kto tam jest w brzuchu. "Chyba dziewczynka" - powiedział. Popatrzyłam się na niego i pomyślałam sobie: "Akurat, dziewczynka. Mam w brzuchu Jaśka. Ja to po prostu wiem". I jest Jasio.

GALA: Masz sposób na dobre stosunki ze swoim dzieckiem?
M.P.: Być sobą, nie odgrywać roli matki. Traktuję syna jak partnera. Jak mam gorszy dzień, mówię. Jak mnie coś boli, skarżę się. Jak mnie wkurza, mówię mu, dlaczego. Tłumaczymy sobie siebie. Zawsze z synem rozmawialiśmy. Nie trzymamy go pod kloszem, ma swobodę. A Jaś w rozsądny sposób korzysta z tej swobody. Melduje się, informuje nas, dokąd idzie, nie spóźnia się. Nigdy nas nie zawiódł. Ma kindersztubę, wie, jak się zachować wobec kobiety. Był i jest wychowywany.

GALA: A Krzysztof Z.?
M.P.: Z Krzyśkiem Zaleskim jestem już 25 lat. Nie mieści mi się w głowie, że można tyle ze sobą przejść. Ja z Jasiem jesteśmy bałaganiarzami, lubimy swobodę i luz. A Krzysiek, jako zodiakalna Panna, musi mieć dookoła poukładane i zaplanowane. Dzięki tym jego cechom funkcjonujemy normalnie. Krzysiek jest też najlepszym segregatorem świata. Jak ktoś chce ułożyć książki w bibliotece, proszę dzwonić do Zaleskiego. Ułoży tematycznie, powie, co warto zachować, oceni księgozbiór. Jest też superprzechowalnikiem. W lodówce każda rzecz leży w osobnym pojemniku.

GALA: Przeżyliście kryzysy małżeńskie?
M.P.: Pewnie, przecież to normalne. Dzięki temu, że mamy wielką pasję twórczą i rozumiemy się w lot, sprawy poboczne przestawały być konfliktowe. Bywaliśmy o siebie zazdrośni. Teraz wiemy, co jest ważniejsze. Możemy się pokłócić, ale mam w nim przyjaciela. Możemy nie gadać, możemy się mijać, a czasami nie widzimy się tydzień, ale wiem, że mogę na niego liczyć.

GALA: Bycie aktorką, żoną reżysera nie jest łatwe.
M.P.: Oboje mamy swoje miejsce na artystycznej mapie. Ani ja nie musiałam jechać na jego grzbiecie, ani on na moim. Całe życie ludzie pytali mnie, co to znaczy być żoną reżysera. Nie zauważyli, że nie grałam u niego samych głównych ról, a grałam częściej w trzecim planie. Byłam tak zafascynowana jego teatrem, że wolałam w Mahaghonny zagrać epizod niż główną rolę w filmie.

GALA: Inni mężczyźni w twoim życiu?
M.P.: Miałam wiele fascynacji. Zawodowych. Tadeusz Konwicki. Będę go nosiła w sercu do końca życia. Nigdy nie zabiegałam, aby dosiąść się do jego stolika w Czytelniku czy u Bliklego. Jestem przepełniona szacunkiem dla tego wyjątkowego człowieka, dla jego książek i filmów. Zadebiutowałam w jego filmie Dolina Issy. W tym czasie dopiero urządzałam się w Warszawie. Wynajęłam mieszkanie i okazało się, że zostałam sąsiadką Konwickiego. Mieszkaliśmy drzwi w drzwi. Cały stan wojenny spędziliśmy razem, z jego balkonu wygrażaliśmy pięściami zomowcom. Dzieliliśmy się paczkami.

Mańka

GALA: Znam cię tyle lat i doszłam do takiej konkluzji: jak byłaś młodsza, byłaś brzydsza. Teraz jesteś piękna.
M.P.: Masz rację, byłam brzydkim kaczątkiem, które ciągle "jarało" papierosy. Jestem jak dojrzałe wino.

GALA: Zmieniłaś się też wewnętrznie.
M.P.: Musiałam się zestarzeć, dojrzeć, poznać smaki życia. Potrafię już patrzeć w słońce i czuć, jak jego promienie przenikają mnie do głębi. Wiem, co to rześki poranek, rosa na trawie. Potrafię się zachłysnąć tym i podziękować Bogu za każdy darowany dzień, za zdrowie. Bardzo długo dojrzewałam, bo mnie nikt wcześniej niczego nie nauczył. Nie miałam żadnych drogowskazów. Żyłam jak zwierzątko. Musiałam wszystkiego dotknąć. Nerwy miałam na wierzchu. Byłam znerwicowana. Chciałam wszystko szybko ogarnąć. Zrobiłam masę błędów. Teraz siebie akceptuję, a jak się człowiek akceptuje, to inaczej wygląda. Inaczej żyje.

GALA: Nie boisz się dojrzałości?
M.P.: Bardzo boję się utraty zdrowia. Nie chcę być ciężarem dla nikogo. Nie wiem, jakbym zareagowała na cierpienie fizyczne. Boję się cierpienia. A starości nie. Jak miałam 40 lat, nauczyłam się dla mojego syna jeździć na nartach. Jestem z siebie dumna. Nie jest ze mną tak źle. Syn przytula mnie i mówi: "Mój ty Mamusiaczku, dzielna jesteś". Ja się rozpływam.

GALA: Słyszę jakąś małą Marysię.
M.P.: Pewnie. Jestem wciąż tą małą dziewczynką. Łatwo się wzruszam. Jestem naiwna. Łatwo mnie nabrać. Umiem się zachwycać jak dziecko. Pogodziłam się ze sobą. Ja jestem Maryśka. Nie pozbędę się tej dziewczynki, nie stanę się dojrzałą, nabzdyczoną matroną. Wciąż jestem szaloną Mańką.

Rozmawiała Dorota Wellman
Nr 20/21, od 16 do 29 maja

Offline Klaudia

  • Moderator Globalny
  • *****
  • Wiadomości: 2494
  • Płeć: Kobieta
  • Wyróżnienia:
Odp: Newsy, ciekawostki, wywiady itp.
« Odpowiedź #2 dnia: Maj 24, 2012, 23:15:03 »
I drugi wywiadzik :)
Po dwóch latach od śmierci ukochanego męża, reżysera i aktora Krzysztofa Zaleskiego wróciła na plan serialu "Pierwsza miłość". Gra również tajemniczą gwiazdę w "Miłości nad rozlewiskiem" i jedną z głównych ról w sztuce "Dziewczyny z kalendarza" w Teatrze Komedia. Pięknie się tam rozbiera i odważnie pozuje do zdjęć. Znowu zaczyna czuć, że żyje. Bo mąż nad nią czuwa.

Z jakimi uczuciami przyjęła Pani propozycję pozowania nago do zdjęć w sztuce "Dziewczyny z kalendarza" w Teatrze Komedia?

- Nie było łatwo, przyznaję. Będzie się pani śmiała, bo najbardziej obawiałam się reakcji syna. Jak to: mama nago?! I rzeczywiście, na początku był zaskoczony, ale kiedy zobaczył nasz, czyli występujących w sztuce wraz ze mną aktorek, plakat, bardzo dyskretny, nie miał nic przeciwko temu. Sztuka cieszy się ogromnym powodzeniem. Jest ciepła, mądra i radosna.

Dużo Pani ostatnio pracuje. Wróciła Pani do serialu "Pierwsza miłość". Gra również w "Miłości nad rozlewiskiem". Pani bohaterka, Ewa, to dawna gwiazda, która wraca na Mazury w poszukiwaniu wspomnień. Pani także pochodzi z tamtych stron. Czy Ewa przypomina Panią?

- Nie, nie ma mnie w tej postaci. Ewa jest wymyślona. Nie wiadomo, kiedy jest prawdziwa ani też co się w jej życiu wydarzyło i z jakiego powodu wraca po trzydziestu paru latach tam, gdzie przeżyła swoją pierwszą miłość. Widz musi szukać prawdy o tej kobiecie. Ona zresztą również szuka siebie, zadaje pytania. Czasami robi rachunek sumienia, a innym razem kryje się za jakąś maską. A ja, jak pani widzi, nie chowam się za niczym - przyjmuję panią w domowym stroju, nieumalowana, z kotem na kolanach i pomidorówką gotującą się za plecami. Ale świetnie się bawię, pracując nad tą rolą, a przy okazji żartuję z samej siebie - z bycia gwiazdą.

Ależ jest nią Pani!

- Nie jestem. Dzisiaj celebryci są gwiazdami. Megagwiazdą staje się ktoś, kto zagrał w jednym serialu. A w ślad za tym sypie się kasa, fury... Kiedyś wszyscy jechaliśmy na jednym wózku, nikt nie miał pieniędzy. Nie było celebryctwa, sztucznego blichtru. Ze ślubów czy z narodzin dziecka nikt nie robił wydarzeń o randze światowej. Strasznie mnie to śmieszy! "Urodziła i karmi!, "Idzie z maleństwem na zakupy". Paranoja.

Sporo Pani ostatnio podróżuje, ciągle w drodze - z planu na plan, z teatru do teatru: Warszawa, Wrocław, Olsztyn, Białystok. W białostockim Teatrze Dramatycznym im. Węgierki gra Pani aż w dwóch sztukach: "Lot nad kukułczym gniazdem" i "Tektonika uczuć".

- We Wrocławiu, Olsztynie, Białymstoku wyhamowuję. Wsiadam do taksówki i podczas drogi z hotelu do teatru przenoszę się w inny świat. Białystok to specyficzne miasto. Tam rozmowy mają ludzki wymiar. No i jest wspaniała, wrażliwa publiczność. Zawsze grałam w różnych teatrach. W Warszawie można mnie też zobaczyć w Teatrze Komedia w sztuce "Prezent urodzinowy".

I chyba w Pani macierzystym Teatrze Ateneum...

- Już nie. Po przeszło dwudziestu latach podjęłam decyzję odejścia z Ateneum. To była dla mnie trudna i bolesna decyzja. Zagrałam tam w wielu znakomitych przedstawieniach. Pracowałam też z moim mężem. Dużo pięknych wspomnień, przyjaźni z wybitnymi, starszymi kolegami... Ale nie można być w domu, w którym już cię nie chcą. Zaczynam od nowa. Po śmierci męża jestem głową rodziny i muszę działać na różnych frontach, aby utrzymać siebie i syna, aby go wykształcić. Może znowu coś sama wyprodukuję... Będę działać.

Pamiętam Pani dwie udane produkcje: "Życie: trzy wersje" i "Przyjęcie".

- Były grane z dużym powodzeniem. Jestem w pełni sił twórczych, to może być mój najlepszy okres. A z trudnościami zmagam się przez całe życie, jestem przyzwyczajona, że należy zamykać pewne rozdziały i iść dalej. Bo ani martwienie się, ani życie w stresie nic dobrego nie przynosi. Kto wie, czy stres nie przyspieszył choroby mojego męża... A ten wspaniały, uczciwy człowiek przeżył stres gigantyczny!

Mówiło się, że Krzysztof Zaleski ma objąć dyrekcję Ateneum po Gustawie Holoubku. Tak się jednak nie stało. Czy to ma Pani na myśli?

- Nie chcę o tym mówić. Ci, którzy przyczynili się tego stresu, wiedzą, o co chodzi. Cóż, trudno. Stało się. Wierzę, że wokół mnie są wspaniali ludzie i jeśli w mojej samotnej walce stanę na krawędzi, na pewno mi pomogą. Jarosław Iwaszkiewicz, gdy miał 62 lata, napisał w dzienniku: "Życie się kończy, a tu wciąż nie ma odpowiedzi na najprostsze pytania".

Pani je zna?

- Wiem, co jest najcenniejsze: zdrowie. Nie ma nic ważniejszego na świecie. Ludziom się wydaje, że nieszczęścia ich nie dotyczą. (...) Nawet tego, któremu się wszystko udaje. I jest zadowolenie, i kasa, kasa, kasa. I pozycja, i dzieci kształcone za granicą. Zawsze przychodzi moment, kiedy trzeba spojrzeć na życie inaczej. A wtedy wielu spraw już nie naprawi się, bo będzie za późno. I to jest chyba najgorsze. Wszyscy się starzejemy. Prędzej czy później dotknie nas jakaś choroba, odchodzenie najbliższych czy niespodziewana śmierć przyjaciół.

Od odejścia Pani męża w październiku miną dwa lata. Jakie one dla Pani były?

- Bardzo trudne. Bardzo. I nadal bywa ciężko. Nie pogodziłam się do końca ze śmiercią męża. Mam momenty załamań, ciszy w domu. Potwornej samotności, kiedy nie ma syna. Jak mnie dopada złe - bolesna świadomość tego, co się wydarzyło i w moim dzieciństwie, i w ogóle w życiu, śmierć męża, jego odchodzenie przez dwa lata, i w tym wszystkim syn, który miał wtedy przystąpić do matury - płaczę. Ale za chwilę idę do ogrodu, pielę, sadzę kwiaty. Gotuję pomidorówkę albo piekę dla syna tarte. Czasem biegnę na wezwanie przyjaciół, bo trzeba im pomóc, coś załatwić. Trzeba żyć, bo mam syna, bo po to dostaliśmy dar życia od Pana Boga. A życie trzeba dobrze przeżyć. Tak, żeby po sobie zostawić dobro.

Brzmi prosto, ale dla wielu osób to zadanie karkołomne.

- Bo trzeba się umieć pochylić nad drugim człowiekiem, kiedy jest mu źle. I cieszyć się razem z nim, gdy są do tego powody. Umieć współczuć albo pobyć milcząco, jedynie trzymając kogoś za rękę. A ludzie udają twardzieli... Z tego, co mówią, wynika, że każdy potrzebuje ciepła, przytulenia, przyjaźni, że za tym potwornie tęsknią. Nie rozumiem więc, dlaczego tak się przed tym bronią... Po śmierci Krzysia przyrzekałam sobie, że nie będę okazywać emocji, że będę silna. I, jak to sobie obiecywałam idąc ulicą, popłakałam się. Ludzie na mnie patrzyli, a ja nie wstydziłam się łez. Bo tak czułam w głębi duszy. Niech mówią, co chcą; że "trzeba panować nad sobą" i "nie pozwalać sobie na słabości". Chrzanię te schematy. Będę taka, jaka jestem. Życie jest za krótkie, żeby marnować czas na udawanie. Magda Łazarkiewicz mówiła mi, że najgorsze dla niej po śmierci jej męża Piotra są powroty do pustego domu. To prawda. Do dzisiaj nasłuchuję zgrzytu jego klucza w zamku. A teraz będzie mi jeszcze trudniej, bo syn rozpoczyna studia w innym mieście i będę go widywała tylko w weekendy. Mam wspaniałego syna. Jest wrażliwy, opiekuńczy, nad wiek dojrzały. Uparł się, że w domu nie może być smutno i dzięki niemu pojawiły się u nas dwa koty, Fiodor i Wiera. Cieszę się, że je mamy, gdyż wniosły dużo życia. Otwieram drzwi a one na mnie czekają, gadają do mnie. A jak cudowne było obserwowanie ich dorastania! Nawet jak jest mi bardzo źle, one zawsze zrobią coś takiego, że się muszę uśmiechnąć.

Czy mąż przygotowywał Panią do rozstania?

- Nie, nie. Ale nie chcę o tym mówić, to intymne sprawy.

Pochodzi Pani z Wileńszczyzny, podobnie jak Tadeusz Konwicki, jeden z Pani mistrzów. Zanim zagrała Pani w jego "Dolinie Issy", los dawał Pani najróżniejsze znaki, włącznie z tym, że nieświadomie wprowadziła się Pani do klatki, w której mieszkał, i to na to samo piętro. Jest Pani też po wileńsku serdeczna, gościnna, zabobonna, miewa też sny na granicy jasnowidzenia. Czy przed chorobą męża miała Pani jakieś przeczucia?

- Miałam, miałam. Na rok przed tym wszystkim. Znaki, sny. Nie wiedziałam, co one znaczą, ale czułam, że stanie się coś złego. Zawsze wszystko wyśnię. Mam taki dar po mojej litewskiej rodzinie. Cokolwiek ważnego się w moim życiu zdarzało, zawsze w snach pojawiało się dużo wcześniej.

Taki dar, niczym szlachectwo, posiadają jedynie nadwrażliwcy, tacy jak Pani i Pani mąż.

- Krzysztof miał wielką wrażliwość na drugiego człowieka. Był prawy, miał silną osobowość i mocny moralny kręgosłup, niezmienne poglądy na temat uczciwości, życia, pracy. Rzadko zdarzają się tacy ludzie. Myślę, że teraz patrzy na nas z góry i też jest wyrocznią. Oboje z Jankiem to czujemy. Nie jest tak, że on gdzieś odszedł. Czuwa nad nami. Jest naszym dobrym aniołem.

Ma Pani wrażenie, że jest blisko? Przed czymś Panią przestrzegł?

- Zawsze jest blisko i zawsze daje mi znaki. Jak mi jest źle i smutno, najczęstszym znakiem, że jest przy mnie, jest... radio. Włączam je i słyszę nasz ukochany utwór: "Georgię" Raya Charlesa. Ciarki mi przechodzą po plecach. To niesamowite, bo zdarza się bardzo często.

Byli Państwo małżeństwem przez 28 lat. Pamięta Pani, jak to się zaczęło?

- Poznaliśmy się w 1981 roku, pobraliśmy trzy lata później. Teraz, po latach, wydaje mi się, że miałam najpiękniejszą suknię ślubną na świecie (śmiech). Do Teatru Współczesnego, w którym wtedy oboje pracowaliśmy, ktoś przyniósł worek z bawełnianymi rzeczami z Indii. Za grosze wyłuskałam z niego małą, bladoróżową sukienkę z obniżonym stanem. Fryzjerka z teatru uczesała mnie w dobieraną koronę. Wyglądałam jak dziecko. Skromnie, normalnie, cudnie. A najpiękniej było tuż po uroczystości. Wychodzimy z Pałacyku Szustra, a tu cały zespół Teatru Współczesnego zaczyna śpiewać songi - a byliśmy wtedy świeżo po premierze "Mahagonny". Zaintonowała Stasia Celińska. Było pięknie! Radośnie.

Pani mąż był od Pani o osiem lat starszy, dojrzalszy. Był Pani mentorem?

- Na początku potrafiliśmy gadać przez pół nocy w maleńkiej kuchence w wynajętym mieszkanku. Co to byty za rozmowy! Byłam już po studiach, ale... pochodziłam z Giżycka. Nie nadrobi się w ciągu pięciu lat studiów dziewiętnastu lat życia człowieka. Krzysztof wciągnął mnie w fascynujący świat sztuki, literatury, także tej podziemnej, o której nie miałam pojęcia. Dzięki niemu odkrywałam nowe rzeczy, uczyłam się życia. Poznawałam teatr, jego sposób myślenia o nim. Był chodzącą encyklopedią. Miał umiejętność szybkiego czytania, zapamiętywania. Fascynował się również matematyką, astronomią, czytał naukowe książki, studiował. Bardzo się w nim zakochałam. Wszystko wiedział. Nie wszyscy za nim nadążali. Więc w teatrze bywałam katalizatorem. Hamowałam go: "Krzysiu, spokojnie, daj czas innym". Bo on się strasznie denerwował. Nie było dla niego nic ważniejszego od literatury, sztuki, teatru, muzyki.

Miała Pani szczęście do wyjątkowych ludzi.

- To prawda. Z Krzysiem żyliśmy na co dzień i dużo razem pracowaliśmy, ale również pracowałam z tak wspaniałymi osobami, jak wspomniany już Tadeusz Konwicki czy Krzysztof Kieślowski. My, młodzi, zachłystywaliśmy się mistrzami - Łomnickim, Axerem, Holoubkiem i innymi. Traktowaliśmy to jako największe wyróżnienie, że przychodzimy do teatru, gdzie są takie osobowości! Dzisiejszy czas się różni od tamtego, że my chcieliśmy mieć mistrzów, uczyć się od nich. A teraz wszystko się odwróciło. Nikt już nikomu nie jest potrzebny, co jest ogromnym błędem, bo tylko w ten sposób może przetrwać tradycja.

Czym mąż Panią wzruszał?

- Całym sobą. Swoimi mądrymi spektaklami. A prywatnie? Na zawsze zapamiętam moment, gdy po raz pierwszy w życiu - choć byłam już znaną aktorką - zostałam zaproszona na zagraniczny festiwal. I to gdzie? Do Sorrento! Wielkie zaskoczenie, bo za komuny wciąż dostawałam po łbie, a moje nagrody w świecie odbierała pani sekretarka, o czym mnie informowano znacznie później. A tu naraz: zaproszenie. Ale był rok 1990 i mieliśmy już wolną Polskę! Jednak Jaś skończył właśnie siedem miesięcy i było dla mnie niepojęte, że mogę go zostawić. Co zrobił Krzyś? - Po prostu wywalił mnie na ten festiwal! Powiedział, że da sobie radę z dzieckiem, żebym się nie przejmowała i wreszcie zaznała wolności. Mówił: "Jedź, zobacz Włochy i to Sorrento, bo nie wiadomo, kiedy ci się w życiu coś takiego przytrafi" (śmiech). Ponieważ nie miałam w co się ubrać, koleżanki pożyczyły mi sukienki. Wzruszające też były moje powroty z nocnego planu. Zamykałam się w sypialni, żeby odpocząć, a mąż bawił się z Jasiem, żeby uszanować moje gigantyczne zmęczenie. Jeśli mój powrót zbiegał się z jakimś naszym świętem, zawsze czekał na mnie bukiet czerwonych róż. I prezent, który oni z Jankiem w tajemnicy przede mną kupowali. Była to albo piękna, mądra książka, albo płyta z naszą ukochaną muzyką, dobrym bluesem czy jazzem.

Mówiła Pani kiedyś, że prześladował ją jakiś ubek, mszcząc się za odmowę współpracy. Odgrażała się Pani, że do niego dotrze. Czy to się udało?

- Nie, nie mam na to szans. A z drugiej strony, po co budzić demony?! To już zamknięty rozdział. Obrzydliwy, nie chcę do tego wracać. Nigdy nie zapomnę drogi z placu Unii - ulicą Mokotowską do Wilczej. I tego sączącego się głosu, który bruka wszystko: "Po co się wiążesz z tym Zaleskim? On kariery nie zrobi w tym kraju i ty też". Gadanie na "ty", straszenie. Miałam dwadzieścia parę lat, to był początek mojej drogi. Bardzo się bałam.

W czasie wspomnieniowego programu w rocznicę śmierci Krzysztofa Zaleskiego, Piotr Adamczyk opowiadał, jak Pani mąż jako reżyser nakłaniał aktora Adamczyka do naturalnego pocałunku z Panią jako aktorką. Ładna historia. Mąż nie był zazdrosny? (śmiech)

- Nie wiem, był skryty. Nie okazywał do końca uczuć. Był introwertyczny, nigdy nie było wiadomo do końca, co myśli. Miał starszego tatę, w wieku swojej babci, który wychował go w zgodzie z przedwojennymi zasadami. Krzyś był wielkim dżentelmenem, co potwierdzą wszystkie kobiety, które go znały. Mnie to cieszy, bo nauczył tego syna. W tym pocałunku ujawniła się jego wielka umiejętność oddzielania prywatności od sztuki. Pytała pani, czym mnie wzruszał, dodam jeszcze, że przy swoim fantastycznym umyśle był bardzo nieporadny życiowo.

A ja słyszałam, że u Państwa w domu to Pan Krzysztof pilnował rachunków i spraw "administracyjnych"...

- Dzięki temu miał poczucie, że panuje nad codziennością. Każdy dokument był w osobnej koszulce, wpięty do segregatora (śmiech). Tak jak precyzyjnie segregował dokumenty, tak był precyzyjny w tworzeniu. Pisaniu,, adaptacjach wielowątkowych powieści, co jest bardzo trudne. Każdy jego spektakl zawierał jakąś myśl. Nie wymyślał efekciarskich rozwiązań. Do legendy przeszły jego j przedstawienia, takie jak "Ślub", "Mahagonny" czy "Lorenzaccio". Jasne, przejrzyste, bez żadnych sztuczek czy manipulacji. Był też i wspaniałym ojcem. Zdążył wiele przekazać Jasiowi. Godzinami prowadzili rozmowy o literaturze, sztuce, zasadach moralnych. To wspaniały spadek.

Czego trzeba Pani życzyć?

- Zdrowia, dobrych ludzi wokół i pracy. I żeby zawsze były przy mnie moje dobre anioły.

Maria Pakulnis - miała zostać w Giżycku pielęgniarką, ale polonistka namówiła ją do zdawania do szkoły teatralnej. Była aktorką warszawskich teatrów: Współczesnego i Ateneum.
W filmie zadebiutowała w "Dolinie Issy" Tadeusza Konwickiego. Już na początku kariery grała u najważniejszych polskich reżyserów - Kieślowskiego, Zaorskiego, Andrzeja Żuławskiego. Telewizyjnej publiczności jest najlepiej znana z serialu "Ekstradycja" (kilerka Nadieżda). Mąż Krzysztof Zaleski zmarł 20 października 2008 roku. Syn Jasiek ma 20 lat.


Aleksandra Szarłat
Gala 43-44/10
05 listopada 2010

Offline Donia

  • Art's Souls
  • *****
  • Wiadomości: 1149
  • Płeć: Kobieta
  • Wyróżnienia:
Odp: Newsy, ciekawostki, wywiady itp.
« Odpowiedź #3 dnia: Maj 24, 2012, 23:15:34 »
"Pierwsza miłość": Włodarczyk zrezygnowała z serialu.
No i stało się. Agnieszka Włodarczyk (32 l.), która wdała się w romans z kolegą z ?Pierwszej miłości? Mikołajem Krawczykiem (31 l.), nie wytrzymała presji grania na planie z jego byłą partnerką Anetą Zając (30 l.). Aktorka postanowiła odejść z serialu. 22 maja złożyła wypowiedzenie.

? To była decyzja aktorki, którą szanujemy. Poinformowaliśmy o niej także telewizję Polsat, dla której realizujemy serial ? wyjaśnia Monika Salińska, kierowniczka produkcji ?Pierwszej miłości?, którą zapytaliśmy o komentarz.

Jak pisaliśmy niedawno, grana przez Włodarczyk bohaterka w ostatnim odcinku przed wakacyjną przerwą wpadnie pod koła samochodu. Wypowiedzenie gwiazdy nie pozostawia wątpliwości, że serialowa Anna umrze. Zając, którą Krawczyk zostawił dla Włodarczyk, może odetchnąć z ulgą. W końcu nie będzie już musiała spotykać się nią w pracy.

Offline Kiki

  • Administrator Forum
  • *****
  • Wiadomości: 1648
  • Płeć: Kobieta
  • Wyróżnienia:
Odp: Newsy, ciekawostki, wywiady itp.
« Odpowiedź #4 dnia: Maj 24, 2012, 23:18:31 »
Kiki, wybaczysz? :D
Nie, nie wybaczę, za nic w świecie! :D

A co do pani Włodarczyk - mam nadzieję, że to nie jest żart. Anka od dawna działała mi na nerwy i choć były sytuacje, w których moim zdaniem potrafiła się zachować, zdecydowanie częściej przekraczała granice zasad moralnych i dobrego smaku. A prywatnie... Tak, jak już ktoś kiedyś powiedział, dopóki Agnieszka i Mikołaj nie zaczęli biegać po wszystkich gazetach i ogłaszać całemu światu jak to teraz jest im naprawdę wspaniale, byli mi obojętni, ale później mój stosunek do nich uległ znacznemu pogorszeniu. W dodatku najbardziej na tej całej szopce ucierpi Aneta i oczywiście jej dzieciaki.

Także... Za serialową Anką tęsknić nie będę.
Jeśli "plan A" nie zadziała, alfabet ma jeszcze 31 innych liter. Nie martw się.

Offline Donia

  • Art's Souls
  • *****
  • Wiadomości: 1149
  • Płeć: Kobieta
  • Wyróżnienia:
Odp: Newsy, ciekawostki, wywiady itp.
« Odpowiedź #5 dnia: Maj 24, 2012, 23:19:20 »
A ja mam OGROMNĄ! nadzieję, że wraz z Anką znikną Adrian jak i Han wraz z tym całym wątkiem o szkole karate. Przecież to jest tak nudne, że tego się oglądać nie da. <olaboga>

Co do odejścia pani Włodarczyk - "krzyż na drogę, bomba w kieszeń". Ja również tęsknić za nią nie będę. ;)

Offline Jullcia

  • Aneta&Marek
  • *****
  • Wiadomości: 339
  • Płeć: Kobieta
  • Wyróżnienia:
Odp: Newsy, ciekawostki, wywiady itp.
« Odpowiedź #6 dnia: Maj 24, 2012, 23:20:07 »
Nareszcie jakaś dobra wiadomość. Będzie więcej miejsca na lepsze wątki typu"Anetka i Marek", "Ola i Robert", bo też dawno ich nie było. Więc razem z Anką tak jak Donia powiedziała, niech zniknie ta cała szkoła Han i Adrian :) Jeszcze trzeba się pozbyć Szanownej Pani Policjantki i Wojtka. I wtedy wszystko będzie okej.

Offline Donia

  • Art's Souls
  • *****
  • Wiadomości: 1149
  • Płeć: Kobieta
  • Wyróżnienia:
Odp: Newsy, ciekawostki, wywiady itp.
« Odpowiedź #7 dnia: Maj 24, 2012, 23:20:53 »
Z góry przepraszam za OT :)
Jullcia, Agnieszka już wyjechała z Wadlewa, więc mam nadzieję, że jej więcej nie zobaczymy. Oj tak, Wojtek również mógłby zniknąć.

Offline Jullcia

  • Aneta&Marek
  • *****
  • Wiadomości: 339
  • Płeć: Kobieta
  • Wyróżnienia:
Odp: Newsy, ciekawostki, wywiady itp.
« Odpowiedź #8 dnia: Maj 24, 2012, 23:23:41 »
Taaaaaak?! Naprawdę ?! O boże jak się ciesze  :) Nie wiedziałam, bo nie śledzę tego wątku, więc dziękuje Ci bardzo za tak dobrą wiadomość ;) No właśnie Igor jeszcze ma być, więc mam nadzieje, że jak to wszystko się zacznie tak szybko skończy :)

Offline Donia

  • Art's Souls
  • *****
  • Wiadomości: 1149
  • Płeć: Kobieta
  • Wyróżnienia:
Odp: Newsy, ciekawostki, wywiady itp.
« Odpowiedź #9 dnia: Maj 24, 2012, 23:24:18 »
W sieci pojawiła się informacja o odejściu Agnieszki Włodarczyk z serialu "Pierwsza miłość", a także o okrojeniu roli serialowego Pawła.
Informację o odejściu Agnieszki potwierdziła kierowniczka produkcji "Pierwszej miłości", Monika Salińska.
-To była decyzja aktorki, którą szanujemy. Poinformowaliśmy o niej telewizję Polsat, dla której realizujemy serial.
Mikołaj Krawczyk będzie rzadziej bywał na planie "Pierwszej miłości". Aktor poprosił produkcję o zmniejszenie ilości dni zdjęciowych, tak, by móc pogodzić pracę w drugim serialu "Misja Afganistan".

Offline Klaudia

  • Moderator Globalny
  • *****
  • Wiadomości: 2494
  • Płeć: Kobieta
  • Wyróżnienia:
Odp: Newsy, ciekawostki, wywiady itp.
« Odpowiedź #10 dnia: Maj 24, 2012, 23:26:51 »
Z okrojenia roli Pawła się nie cieszę, ale za to przeogromnie się cieszę z odejścia Anki! :D Nawet nie wiecie jak bardzo! Już nie będę miała okazji (całe szczęście) widzieć wiecznie zazdrosnej Anki, która nie może pogodzić się z myślą, że nie ma Pawła na wyłączność... Ale tak jak napisałam na początku okrojenie roli Pawła, no cóż mi się to nie podoba, ale w sumie zawsze jest szansa, że zajmą się rozbudowaniem innych WAŻNYCH wątków. :)

Offline Donia

  • Art's Souls
  • *****
  • Wiadomości: 1149
  • Płeć: Kobieta
  • Wyróżnienia:
Odp: Newsy, ciekawostki, wywiady itp.
« Odpowiedź #11 dnia: Maj 26, 2012, 01:19:49 »
Włodarczyk chciała ograniczyć rolę Zając!
Pomimo zapewnień, że romans z Mikołajem Krawczykiem nic nie zmienił w pracy na planie Pierwszej miłości Agnieszka Włodarczyk postanowiła odejść z serialu. Postać aktorki zginie pod kołami samochodu ratując życie niemowlaka, co ma przy okazji pomóc jej "ocieplić" trochę wizerunek. Obawiamy się, że w świetle nowych informacji ta próba może się nie powieść.

Jak podał Fakt przyczyną rezygnacji Włodarczyk z roli był konflikt z producentami serii. Aktorka postawiła żądania, na które nie zgodził się Polsat.

Chciała podwyżki, ale nie to było aż tak istotne ? mówi tabloidowi osoba z produkcji. Agnieszka domagała się, by role jej i Mikołaja Krawczyka zostały jeszcze bardziej rozbudowane i chciała mieć wpływ na losy ich postaci. A co najważniejsze, życzyła sobie, żeby Krawczyk miał ograniczone do minimum sceny z Anetą Zając.

Czy to zagranie fair - najpierw odbić Zając partnera, a później próbować zminimalizować jej rolę w serialu? Na pewno wszystko to tłumaczy fakt, że są z Krawczykiem "jednym ciałem astralnym".


Źródłem co prawda jest pudelek, ale jeśli to nie jest plotka, to naprawdę współczuje Anecie, a zachowanie Włodarczyk pozostawię bez komentarza. Brak słów...

Offline kasiuleńka

  • Nowy użytkownik
  • *
  • Wiadomości: 28
Odp: Newsy, ciekawostki, wywiady itp.
« Odpowiedź #12 dnia: Maj 27, 2012, 11:57:33 »
Hurra!!! Pani Włodarczyk odchodzi na zawsze! Nareszcie! Ale ona jest bezczelna żeby jeszcze stawiać producentom takie warunki, żeby ograniczyć role Anety i Mikołaja. Już się nie mogę doczekać ostatniego odcinka z jej udziałem.

Offline Inka

  • Art's Souls
  • *****
  • Wiadomości: 158
  • Płeć: Kobieta
  • Rizzoli& Isles, NCIS, CSI:NY, Lekarze ?
Odp: Newsy, ciekawostki, wywiady itp.
« Odpowiedź #13 dnia: Czerwiec 07, 2012, 13:56:40 »
Znalazłam wywiad z p. Marią. Krótki, bo krótki, ale jest. :th_0girl_dance:

Powróciły demony przeszłości. Rajmund Schmidt daje się we znaki Anecie...
- Niebezpieczny człowiek. Bez skrupułów realizuje swój cel. Kiedy chce kogoś zniszczyć, posuwa się do najohydniejszych metod, włącznie z pozbawieniem życia. Aneta ma tego świadomość. Chcąc chronić osoby bliskie jej sercu, czyli Marysię i Julkę, które - jak się okazuje, są na jego celowniku, zrobi wszystko, by udaremnić jego plany.

Podobno przyłoży się do tego dawno niewidziany syn. Sporo ryzykuje, pomagając matce.
- Kto jak kto, ale właśnie on powinien stać u boku matki, która też wielokrotnie ryzykowała, żeby ratować go z różnych tarapatów. Syna Anety gra Kuba Kamieński. Ciepły, odpowiedzialny człowiek. Lubię z nim pracować.

A jak układają się relacje między Anetą i Markiem? Ich gesty i słowa, jakimi się obdarzają, świadczą o tym, że zależy im na sobie?
- Oboje wiele przeszli. Szanują się, rozumieją i troszczą o siebie. Dlatego Aneta nie chce mieszać Marka w sprawy związane z Rajmundem. Mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy i będą mogli pomyśleć o wspólnej przyszłości. (Chyba my wszystkie mamy taką nadzieję. :))

Od pojawienia się Pani na planie "Pierwszej miłości" minęło osiem lat. Jak Pani wspomina ten czas?
- Wspaniale! Z przyjemnością wracam do Wrocławia. Piękne miasto, otwarci i serdeczni ludzie. Już kiedy jestem na lotnisku, czuję dobrą energię. Na planie spotykam osoby, z którymi jestem bardzo zżyta. Mam szczęście do ludzi, z którymi gram. Dobrze pracuje mi się z Maćkiem Tomaszewskim, Zbyszkiem Suszyńskim, Michałem Czarneckim i innymi osobami. Silną więź - nie tylko w przypadku zdjęć do serialu, ale również poza planem, odczuwam w kontakcie z Anetą Zając. Przemiła, dzielna dziewczyna z dużą klasą.

Niedługo przerwa wakacyjna, ale Pani będzie pracować. W lipcu wchodzicie na plan "Pierwszej miłości".
- Cały czas pracuję. Myślę też powoli o monodramie i recitalu. Na razie można mnie zobaczyć w Teatrze Komedia w spektaklu "Premiera" w reżyserii Tomasza Dutkiewicza. Gram ze znakomitymi koleżankami i kolegami. Moim scenicznym mężem jest Wojciech Wysocki, którego znam od lat. Graliśmy w Teatrze Współczesnym w Warszawie, teraz spotykamy się po trzydziestu paru latach... Przyjaźnimy się też prywatnie.

Offline Inka

  • Art's Souls
  • *****
  • Wiadomości: 158
  • Płeć: Kobieta
  • Rizzoli& Isles, NCIS, CSI:NY, Lekarze ?
Odp: Newsy, ciekawostki, wywiady itp.
« Odpowiedź #14 dnia: Czerwiec 07, 2012, 14:05:36 »
Przepraszam z góry, że 2 posty po kolei.  ;)
Ostatnio jak oglądałam powtórki PM to zauważyłam, że coś jest nie tak z oczami Igora (Rafał Mohr). Pooglądałam zdjęcia w internecie i faktycznie, aktor go grający ma jedno oko niebieskie, jedno brązowe bądź piwne, ale raczej brązowe. Na dowód macie zdjęcie.  :)