Żeby zabić nudę, wpadłam na pomysł kilkuczęściowego opowiadania.
Chętnych zapraszam do poczytania:
Gdy każdy wybór jest zły…
Marysia obudziła się wcześnie rano z uczuciem, którego nie mogła określić słowami.
Miała niejasne przeczucia, zalewające ją cieniutką strużką lęku, że dzisiaj wydarzy się coś niedobrego. Popatrzyła na Artura. Leżał obok niej. W Grabinie. Lekko chrapał, co jej akurat wydawało się wyjątkowo słodkie. Ostatnio w Przychodni miał pełne ręce roboty. Sezon grypowy kwitł niczym handel przed gwiazdką. Zasłużył sobie na sen jak mało kto. Uśmiechnęła się do niego łagodnie tak, jakby mógł to zobaczyć.
Za dwa tygodnie miały się zacząć święta Bożego Narodzenia. Kolejne, które mogli spędzić wspólnie, rodzinnie. Nie tylko z ich cudowną córeczką, Basieńką, ale także z mamą oraz ukochaną siostrą Martą, która obiecała, że na pewno zjawi się w rodzinnym domu, najpóźniej w Wigilię. Sędzia Wojciechowska, trzeba powiedzieć uczciwie, nie miała szczęścia w miłości, ani w życiu osobistym. Niestety, kolejny jej związek okazał się pomyłką. Lizała rany po rozstaniu, a gdzie mogła to zrobić lepiej niż przy boku ludzi, którzy ją kochają?
Rogowska już nie mogła się doczekać, kiedy utuli swoją małą siostrzyczkę, obie przykryją się kocem, napiją nalewki swojej mamy i pozwolą płynąć łzom.
Pora nie skłaniała do wstawania, ale Rogowska nabrała ochoty na mocną kawę z dodatkiem nieprzyzwoitej ilości cukru oraz świeżego, wiejskiego mleka, które Basia Mostowiak przynosiła od sąsiadki, która nadal, mimo sędziwych lat, zajmowała się obrządkiem.
Pod ręką miała gruby szlafrok: mąż kupił jej go na pierwszą rocznicę ślubu kościelnego. Był puchaty, w kolorze zgaszonej zieleni. Uwielbiała w nim chodzić po domu niemal tak samo, jak kochała Rogowskiego.
Zanim odważyła się zdjąć kołdrę i zanurzyć się w chłodzie poranka, odwróciła się w stronę lekarza, aby po prostu na niego popatrzeć. Oddychał miarowo. Spokojny sen przywodził na myśl poczucie bezpieczeństwa. W istocie, wiedziała, była tego absolutnie pewna – było mu tutaj dobrze. Po tym, jak popełnił ten kardynalny błąd z romansem ufała, że już więcej nie podepcze ich miłości.
Jak ona go kocha!
Za mało dziękowała Bogu za niego. Zmieni to. W najbliższym czasie, będzie z niej jako żony zadowolony.
Miała wyrzuty sumienia, że tylko on w związku się stara. Ona przyjmowała najlepszą cząstkę niego jako oczywistość, ale nie zawsze coś dawała mu od siebie. Ciągle zapominała, że już nie jest na pozycji „tej lepszej”, bo „pokrzywdzonej”. Wybaczyła mu, a wybaczenie ma swoje prawa.
W duchu policzyła do trzech, po czym zdjęła z siebie kołdrę oraz energicznie założyła kąpielowy płaszcz: szlafrok zawsze pachniał Rogowskim – jego perfumami oraz wodą kolońską – od lat taką samą.
Wsunęła stopy w miękkie, futerkowe kapcie.
Po drodze wstąpiła do pokoju córeczki. Spała snem sprawiedliwego, cała rozkopana – goła stópka wystawała jej spoza kołdry, a ta ostatnia była w totalnym nieładzie. Poprawiła jej pled, którym była przykryta oraz na paluszkach wyszła.
Była z niej bardzo dumna. Dziewczynka zakwalifikowała się do finału olimpiady wojewódzkiej z zakresu znajomości literatury 20-lecia międzywojennego.
Już się nie mogła doczekać, kiedy pojadą razem do Warszawy. 21 stycznia 2020 – to miał być wielki dzień w życiu panienki Rogowskiej oraz jej rodziców.
Wszystko było takie piękne. Więc może zbyt idealne? Czy można mieć szczęście przez całe życie, czy bilans zysków i strat powinien się wyrównać i wyjść tylko nieco powyżej zera?
Nic nie mogła na to poradzić, że nastroiła się filozoficznie. Troszkę się przeraziła. Pierwszy raz od ślubu czuła, że los każe im zapłacić za to bezgraniczne szczęście, które trwa nieprzerwanie.
Strach dosiadł do maleńkiej miotełki, która łaskotała ją delikatnie w serce i powodowała na razie nieduży, ale rosnący systematycznie lęk przed nieznanym.
Mogła się czuć spełniona jako matka. Miała trójkę zdrowych dzieci. W różnym wieku. Już dawno przestała traktować związki Pawła jako swoją osobistą porażkę. Gdyby nie Artur, obwiniałaby się o to nadal. To on, swoim spokojem oraz rozsądkiem wytłumaczył jej, że młodszy z bliźniaków Zduńskich sam ponosi odpowiedzialność za swoje wybory i nie rzadko popełnia szereg kardynalnych błędów, które go skazują na samotność.
Weszła do kuchni. Nalała do czajnika wody. Zamknęła gwizdek, po czym podpaliła gaz. Słońce jeszcze nie wzeszło. Za oknem świt dopiero nieśmiało wyłaniał się z nocy, wylęgając swoją zimową szarość z czerni grudniowego snu.
Kochała ten spokój. Mama również spała. Pod czujnym okiem Rogowskiego seniorka kwitła. Bywały momenty, że Marysia była o ich relacje zazdrosna. Bo jak to jest, że teściowa nie da sobie złego słowa o zięciu powiedzieć? Nawet gdyby chciała ponarzekać na męża, nestorka zawsze stanie w jego obronie.
Czajnik dał o sobie znać głośnym świstem. Podbiegła do niego szybko, ściągnęła z palnika oraz zalała wcześniej przygotowaną mieszankę kawy. Chwilę odczekała, po czym dodała z lodówki świeżego, wiejskiego mleka.
Usiała przy stole, tyłem do drzwi. Mały chochlik niepewności stawał się co raz bardziej zuchwały. Skakał po jej ciele w różnych kierunkach, nie dając spokoju. Próbowała go odgonić jak natrętną muchę, ale bez skutku.
Na karku poczuła smak znajomych, kochanych ust. Z niczym nie mogła ich pomylić.
Artur złożył na szyi ukochanej dwa nieduże pocałunki. Zmrużyła oczy i uśmiechnęła się leniwie jak kotka na cieplutkim piecu.
-Dzień dobry, kochanie – powiedziała słodkim, zalotnym głosem, który buzował seksapilem oraz obietnicą.
-Dzień dobry, co tak wcześnie? - zapytał wyraźnie zatroskany.
-A...jakoś nie mogłam spać. Miałam ochotę napić się tej pysznej kawki, którą przywiozłeś z ostatniej konferencji – mówiła spokojnie, ale znów strach złapał ją i ściskał we wszystkich tkankach ciała. Koniecznie musi się czymś zająć, bo inaczej to myślenie ją zniszczy. Jak można z góry przewidywać nieszczęście? Tylko kobieta to potrafi. Tylko kobieta potrafi szyć z nieistniejącego materiału obraz nędzy, rozpaczy, w „najlepszym wypadku” skandalu.
Artur podszedł do kuchenki. Dolał wody do czajnika. On również chętnie napije się gorącej kawy.
Usiadł naprzeciw ukochanej. Ręce miała podłożone na policzki. Wiedział, że myślami była daleko.
Przez chwilę była cisza – jedna z tych słodszych, które nie powodują dyskomfortu. Państwo Rogowscy kontemplowali czas spędzony we dwoje.
-Kochanie, na pewno jest wszystko w porządku? - lekarz był uparty.
Ona uśmiechnęła się nieznacznie. Nie wiedziała czy powinna go obarczać swoimi myślami przybyłymi gdzieś z daleka nie wiadomo w jakim celu? Z drugiej jednak strony byli najlepszymi przyjaciółmi. Zawsze działali wspólnie – jak w jednej drużynie, w rodzinnych barwach.
Skrzywiła się nieznacznie na twarzy. On spokojnie ją obserwował. Patrzył w jej słodkie, bursztynowe oczy, w których buzowały niezbyt dobre emocje. Nie dał się oszukać. Zbyt dobrze ją znał.
-Mam dziwne przeczucia – wyrzuciła szybko, jednym tchem.
Nie zbagatelizował jej słów. Nie oddał na półkę z napisem: „babska histeria”. Przygryzł dolną wargę. Uśmiechnął się nieznacznie, tworząc z ust kształt półksiężyca.
-Marysiu...nawet, jeśli spotka nas coś złego, to mamy siebie, pamiętasz? Razem wszystko nam się uda. Nie bój się. Kocham cię, cokolwiek się nie wydarzy.
To wystarczyło, żeby złagodzić negatywne emocje. Do głosu doszła miłość. Ich miłość, oraz jego rozsądek, jak również wola walki. Uspokoiła się. Wstała od stołu. Podeszła do męża. Objęła najpierw jego ramiona, a później delikatnie pocałowała go w czoło poorane głębokimi bruzdami.
Światło za oknem było co raz śmielsze. Na Marię spłynął spokój, którego potrzebowała.
-Zrobię śniadanie. Masz ochotę na jajecznicę? A może kanapki? Wiem, mogę też zrobić naleśniki z twarożkiem, które tak lubisz.
Lekarz zmarszczył brwi.
-Dobrze się czujesz? Albo nie, najlepiej powiedz, ile potrzebujesz – rzekł niezwykle poważnym tonem, za którym kryła się monstrualnych rozmiarów kpina. -Jako Twój mąż, jestem gotowy ponieść koszt każdej twojej zachcianki – mówił podniosłym głosem, bez cienia uśmiechu.
Kobieta przewróciła oczami, zdając sobie sprawę, że została wciągnięta do gry słów, którą tak lubiła w ich wykonaniu.
-No wiesz, kochanie, nie wiem czy cię na mnie stać. Przeceniasz się chyba...gdybym cię naprawdę nie kochała, to...bida by była, oj byłaby.
-Czyli co, nawet na jednego bucika, księżniczko, nie byłoby mnie stać? - uniósł brwi w dobrze zagranym zdumieniu.
Ona pokręciła głową.
-No cóż, najwidoczniej mam więcej szczęścia niż rozumu.
-Ty to powiedziałeś, nie ja. No to co, jajka, naleśniki czy kanapki? Szybka decyzja panie Rogowski?
Zamknął oczy. Zaczął kalkulować, co mu się bardziej opłaca. Zazwyczaj to teściowa przygotowywała dla nich śniadanie. Chciała się czuć potrzebna. Przyzwyczaił się do jej smacznej kuchni. Nigdy nie narzekał. Jadł, co mu podano pod nos. A teraz jego ukochana dała mu wybór.
Po długim namyśle doszedł do wniosku, że naleśniki będą chyba najlepszym rozwiązaniem. Czekała go prawdziwa uczta.
-Jeśli już jesteś taka łaskawa, moja kochana żono, to poproszę o naleśniki. Mogę nawet zjeść z dżemem, byleby były ciepłe. - A teraz mogę się w końcu dowiedzieć, ale pytam już zupełnie poważnie, co się dzieje? Skąd ta nagła ochota na pichcenie?
Wiedziała, że już nie może obrócić wszystkiego w żart. Głęboko zaczerpnęła powietrza. Zakręciło jej się w głowie od nadmiaru tlenu. Spoważniała.
-Nic wielkiego, po prostu cię kocham. I doszłam do wniosku, że za rzadko ci to okazuję – mówiła tak szczerze, jak to tylko możliwe.
On poczuł te słowa nawet na swoim języku. Były karmelowe, czułe, przeznaczone tylko dla niego.
W oczach kobiety pojawiły się łzy. Lekko się kołysały, rozmywając brąz bursztynu. Uśmiechnęła się do męża.
On delikatnie ujął jej dłoń. Chwila pomiędzy nimi trwała w najlepsze, mając swój unikalny cykl życia.
Marysia zapomniała już o swoich rozterkach. Nie było strachu, odleciał, przepędzony przez nadzieję.
Internista zjadł podwójną porcję przysmaku, który dla niego przygotowała żona i tylko rozsądek zwyciężył, aby nie poprosił o kolejną dokładkę.
Dzień zapowiadał się pięknie.
Około godziny 7 rano wstała Mostowiak, następnie mała Basia, z dużą pomocą – mamy, taty oraz trzech budzików: trzeba było uczciwie przyznać, że dziewczynka miała duże problemy ze wstawaniem i była niepoprawnym śpiochem.
Rogowscy poszli do pracy, wnusia i babcia zostały – miały dla siebie jeszcze dwadzieścia minut poranka. Później najstarsza z rodu miała się spotkać z najlepszą przyjaciółką – Zofią, natomiast latorośl Rogowskich zaczynała znienawidzoną przez siebie matematyką.
Sielanka trwała, ale nie stawała się przez to nudna. Na dworze nie sypał śnieg, ale temperatura spadła do – 15 stopni Celsjusza.
Państwo Rogowscy ubrali się ciepło, Marysia musiała założyć dodatkowy sweter, aby nie usłyszeć marudzenia męża, że o siebie nie dba. Słodki był, kiedy tak czarował ją w tych drobnych gestach. Była jego skarbem. Musiał jej strzec jak oka w głowie.
W przychodni pierwszym pacjentem Artura była kobieta mniej więcej 20-letnia, ubrana w skąpy strój, zakrywający tylko niezbędne minimum powierzchni ciała, z agresywnym, dyskotekowym makijażem. Kiedy weszła do środka jego gabinetu, żona lekarza wzdrygnęła się lekko. I to wcale nie z powodu zazdrości. Przeciwnie, ten etap miała cudownie za sobą. Sama sobie dopisała historię dziewczyny oraz umiejscowiła ją w niej jako tę, która uprawia najstarszy zawód świata.
Z tym ostatnim, faktycznie trafiła w dziesiątkę. Resztę ulepiła z domysłów. Tym sposobem powstała całkiem zgrabna masa, która nie trzymała się prawdy, lecz gry pozorów.
Aby się zrelaksować, jednocześnie wypisywała karty pacjentów, kserowała dokumenty oraz robiła wszystkie rzeczy, o które poprosił ją rano Rogowski i przypominała sobie przyjemności minionego poranka (nie tylko te kulinarne).
Nie skupiała się specjalnie na chorej, która terminowała u internisty już dłuższy czas – dłuższy niż standardowa pacjentka. Myślała tylko o tym, jaką niespodziankę przygotowała mężowi na wieczór. Byle tylko dotrwać do końca zmiany.
Kolejka na korytarzu zdawała się gęstnieć, tupać nogami. Rogowski nigdy sobie nic z tego typu zachowań nie robił. Uważał, że medycyny nie należy zamykać w tabelkach. Odbiorcą jego działań jest żywy, cierpiący człowiek – a ludzie cierpienie znoszą każdy na swój własny sposób. Poświęcał pacjentowi tyle, ile ten ostatni potrzebował.
Nagle drzwi gabinetu otworzyły się z hukiem i Artur na rękach wyniósł nieprzytomną dziewczynę na korytarz. Nie tracąc czasu na wsparcie, jeszcze wewnątrz swojego królestwa, ze swojego prywatnego telefonu zadzwonił po pogotowie oraz rozpoczął masaż serca. Sukces był połowiczny. Dziewczynę udało się przywrócić do świata żywych, ale jej stan był poważny.
Kiedy mężczyzna szedł z nią, czuł nie tylko jej ciężar na swoich barkach, ale również ciepło, które z niej buchało. I bez termometru wiedział, że temperatura przekracza minimum 39 stopni Celsjusza, a może nawet i 40!
Artur nie miał czasu na zbędne tłumaczenia. Jeszcze w drzwiach minął się z Jadwigą – emerytowaną internistką, która, aby nie siedzieć w domu, czasem brała dyżury, sprytnie uciekając przed samotnością. To ona miała przejąć jego pacjentów. Mieszkała dwa kroki od przychodni. Zawsze można było na niej polegać.
Pulchna pani w dojrzałym wieku z krótko ostrzyżoną fryzurą, na której próżno było szukać siwych włosów szeroko uśmiechnęła się do Marysi. Poprosiła wszystkich zebranych o moment cierpliwości, aby mogła się zapoznać z kartami pacjentów.
Ludzie lubili ją – za dociekliwość oraz życzliwość (kolejność dowolna). Śmiało mogła konkurować z doktorem Rogowskim o względy staruszek.
Przychodnia w Grabinie tętniła życiem oraz ciepłem. Wszystkich znali po imieniu.
Żona internisty napisała do męża SMS-a:
„Kochanie, o której będziesz? Czy wszystko w porządku? Kiedy będziesz mógł, odpisz, proszę. Całujemy Cię mocno: ja i Jadwiga. Zgadnij, która bardziej”?
Uśmiechnęła się sama do siebie. Dzień zdecydowanie należał do udanych.
Kolejka do doktor Jadzi zmniejszała się. Kolejni pacjenci opuszczali przychodnię z receptami w dłoniach tudzież zwolnieniami lekarskimi (lub z jednym i z drugim).
Rogowskiego nie było dłuższą chwilę. Pielęgniarka zaczęła się już lekko niepokoić, ale nie na tyle, aby nie mogła normalnie funkcjonować.
Niestety, nie było jej dane długo nacieszyć się spokojem. Zabrzęczała komórka. Odczytała treść SMS-a. Zbladła, z trudem utrzymała aparat w dłoni.
Wiadomość była krótka, ale wszystko wyjaśniała. Rozpoczął się dramat, który mógł się zakończyć różnie.
„W szpitalu, na sali, w której przebywam z moją pacjentką leży mężczyzna, u którego zdiagnozowali gorączkę krwotoczną”.
Padł na nią blady strach. A co, jeśli nigdy się już nie zobaczą?