Może znów wyjdę na gadułę: co mi tam, ale i tak mnie świerzbią palce, więc napiszę: mi podobało się wszystko.
Maria jest naprawdę szczęśliwa i taka słodka.
Cieszę się, że scena z pocałunkiem się pojawiła: perełka w koronie.
A oto moja bajka: wiem, że nikt nie przeczyta, ale niech chociaż będzie tutaj, gdzie są moje kochane dyskutanki

.

Jak zostać Bohaterem? - pyta Żuczek Rafał
Rafał mieszkał w niewielkiej, drewnianej chatce. Jego domek sąsiadował z łąką pełną dziwnych, fioletowych, cudnie pachnących kwiatów o rozłożystych, zakręconych kielichach, które wypuszczały słodkawy, lekko malinowy, czasem migdałowy zapach. Rozsiewały szczęście oraz pokój.
Każdy, kto znajdował się blisko dostojnych roślin, miał nieodparte wrażenie, że jest kimś wyjątkowym, jedynym i niepowtarzalnym. Chociaż wszystkie kwiatki były identyczne, to sprawiały swoją niespotykaną mocą, że zwierzątka czuły się cudownie.
Zaczarowany pyłek dziwnej substancji reguralnie tańcował w powietrzu oraz karmił tych, którzy byli na to gotowi.
Rafał nigdy nie poczuł się wyjątkowy. Przeciwnie - uważał, że nie ma na świecie bardziej pospolitego zwierzątka niż żuczek. A wśród innych żuczków, nie ma bardziej pospolitego żuczka od niego.
Chociaż miał dobre serduszko oraz mnóstwo miłości w sobie, trzymał się na uboczu życia: z daleka od szczęścia oraz migdałowej woni kwiatów. Po co mieć nadzieję? Przecież żuczkowy los jest już przesądzony. I to z góry!
Nigdy nie miał dziewczyny. Wszystkie żuczkowe panny na wydaniu darzyły go, owszem, sympatią, ale żadna nie chciała mieć takiego chłopaka czy w przyszłości męża.
Rafałek choć uczynny oraz łagodny, był potwornie gapowaty. Potrafił potknąć się o najdrobniejszy nawet kamyk. Nie raz dorobił się solidnej śliwy pod swoimi maleńkimi jak groszki oczkami.
Pech prześladował go niemal na okrągło. A to poparzył sobie łapki, kiedy zasnął na słońcu w pewien poranek, a to potłukł pancerzyk przy zbieraniu plonów na zimę, a to zadrapał się w chude czułki.
No, niezgraba jakich mało!
Żuczek uwielbiał marzyć, że świat jest pięknym miejscem, gdzie wszyscy są równi, a on jest bohaterem w lśniącej zbroi, który ratuje bajkowe księżniczki przed ogniem mściwego smoka.
Niestety, jeśli już żuczek postanowił kogoś wybawić z opresji, sam pakował się, przy okazji, w większe tarapaty. Tak było wtedy, kiedy spadła na niego pszczółka z ula: wprost na jego czułki, wypuszczając całkiem przypadkiem jad. Nieborak chodził potem po lesie w czułkami wielkości pomidora oraz z poczuciem, że śmieje się z niego cała łąka oraz wszyscy, bez wyjątku, sąsiedzi. Pszczółce absolutnie nic się nie stało. Innym razem mała biedroneczka potknęła się. Gdyby nie refleks Rafała, wykąpałaby się w zupełnie świeżym, i jakże nie aromatycznym...końskim łajnie. Żuczek, jak się domyślacie, kochani Czytelnicy, szczęścia tyle nie miał. Kilkukrotny prysznic, ziółka oraz maści - nic nie było w stanie zabić tej woni, jaka powstała na pancerzyku naszego pechowca. Złapał biedroneczkę w swoje łapki, postawił na ziemi, i niczym z górki na sanki, władował się z niezwykłą anty gracją w środek końskiej kupy. Co gorsza, przez to ominęła go wtedy żuczkowa studniówka - nikt nie chciał się bawić w otoczeniu Rafała, który nie dość, że okrutnie śmierdział, to jeszcze zwykł w przeszłości ściągać różne dziwne katastrofy na swoich znajomych, takie jak: brak prądu na sali sali weselnej, piosenkarz, który nagle traci głos czy też deszcz na imprezie na plaży. Czy wszystkie katastrofy były z winy Rafała - zapewne nie, ale jakoś tak się utarło, że żuczek był zawsze pierwszym podejrzanym.
Każdy, kto znał żuczka - unikał go jak przysłowiowego ognia, gdy tylko w planach były jakieś uroczystości. Inaczej rzecz się miała, kiedy potrzebna była żuczkowa pomoc. Wszyscy wtedy wiedzieli, gdzie go znaleźć. Zawsze można było na niego liczyć. Dosłownie w każdej sytuacji. Nawet tej z góry beznadziejnej.
Kiedy zwierzątko straciło poczucie spokoju oraz nadzieję na to, że kiedykolwiek będzie szczęśliwe, nadarzyła się okazja, która zmieniła wszystko.
Rafał wybrał się na spacer po lesie. Nie czuł, że wydarzy się coś wyjątkowego. Jego babcia miała coś takiego, co nazywała żuczkową intuicją. On nigdy nie wywróżył sobie niczego dobrego, raczej - przepiękną, żuczkową katastrofę.
Chciał po prostu zaczerpnąć świeżego powietrza. Lubił zapach lasu: słodycz żywicy, świeżość zieleni oraz cierpkość mchu. Tam mógł schować się gdzieś poza konarami drzew, odpocząć, nabrać dystansu do siebie oraz swojego pecha. Tutaj mógł także do woli marzyć.
Wszyscy go kochali jak brata, on chciał znaleźć kogoś jednego, wyjątkowego, specjalnie dla niego. Kogoś, kto zmieni żuczkowy, ponury świat, w kolorowy i tęczowy. Wierzył, że gdzieś kto taki istnieje.
Właśnie tego pięknego dnia zobaczył myszkę. Dostrzegł ją już z daleka. Jakaż ona była idealna!
Rafał pracował na miano fajtłapy niezwykle solidnie i szczególnie wtedy, kiedy było mu to szczególnie nie na rękę, robił sobie największy obciach.
Oczy zwierzątka zrobiły się wielkie i błyszczące jak gwiazdy na polarnym niebie, żołądek skurczył się jak suszone winogrono, serce wykonało saldo machowe, zatrzymując się w jednym miejscu, gdzieś pomiędzy magią a wszechświatem. A on znalazł się w bajce, z której nie chciał wyjść.
Nastała niezręczna cisza, której zwierzątka nie umiały przerwać.
Nie wiadomo było, kto wstydził się bardziej: on czy ona.
- Cześć, mam na imię Monika. A ciebie jak zwą?
W żołądku biednego zwierzątka się zagotowało po raz drugi, serduszko biło mu jak oszalałe. Język zamienił się w mały, zasznurowany supełek.
Był oczarowany słodkim głosikiem myszki, jej łagodnością. Zakochał się od pierwszego wejrzenia. Wystarczyło jedno spojrzenie małych jak groszki, czarnych jak smoła oczu, by żuczkowy rozsądek zniknął jak kamfora.
"A więc to tak wygląda ta słynna miłość. Mam tylko nadzieję, że z moim pechem nie uszkodzę nikogo, jeśli będę się tak czuł cały czas. Ale co mi tam...jest mi świetnie! Czuję się wręcz bosko, moja miłostko" - kontynuował wręcz śpiewne rozmyślania, nie mogąc oderwać wzroku od ślicznej nieznajomej.
I natychmiast z chmur słodkich marzeń sprowadził go na ziemię, i to dosłownie, konar drzewa, który odbił się na pancerzu wrażliwego Rafała jak żywy bolesny tatuaż.
"Co za obciach! Wyłożyć się jak długi, i to przy tak pięknej dziewczynie, która wygląda jakby ją Anioł wydziergał z rajskiego jedwabiu - oczy jak perły, uszka jak cukiereczki, łapki jak mięciusie podusie i delikatne jak puszek waty wąsiki...a zniewalający uśmiech to prostu dodatek - naturalny makijaż podkreślający jej zniewalającą urodę".
- Nic ci nie jest? - zapytała słodko, kiedy zwierzątko zbierało swoją dumę z podłogi razem ze zranionymi łapkami.
Wiatr delikatnie zawiał. Szum z głowy biednego żuczka nie zniknął.
Był środek lata. Wszystkie zwierzątka harcowały po lesie niczym gromada przedszkolaków.
"Gdyby nie to, że jestem cały czarny, byłbym cały czerwony" - pomyślał troszkę bez sensu Rafał. Serduszko waliło mu jak młoteczek.
- Nie, jasne, że nie - odparł żuczek z godnością na jaką go było stać, pomimo pękniętego pancerzyka, spuchniętych czółek oraz zranionej łapki. Zdobył się nawet na czarujący uśmiech.
W głowie mu przyjemnie wirowało. Wiedział doskonale, że jego miłość nie ma przyszłości. Myszka nigdy nie pokocha żuczka. Żuczek nigdy nie będzie dobrym mężem dla myszki. Tak już natura w swoim sprycie wymyśliła. I nie można tego było zmienić.
Najpierw zrobiło mu się przykro. Ale przykro tylko na chwilę. Później sobie przypomniał słowa i wszystkie dobre rady babci żuczkowej. Od razu zrobiło mu się jakoś lepiej i cieplej na serduszku.
W myszce Monice kochały się wszystkie zwierzątka. Miała niesamowitą urodę, ale także dużo wdzięku oraz ciepła w sobie. Nie była ładna tylko na zewnątrz, ale również w środku.
Ona czekała na tego jednego, jedynego...księcia myszowatego. Najbardziej myszowatego spośród wszystkich mysz.
Zasługiwała na wszystko, co najlepsze.
Życie żuczka od momentu, gdy poznał Monikę zamieniło się w pasmo słodkiej udręki oraz tęsknoty.
Cóż miał jednak poradzić? Byli z dwóch różnych światów. Spotykali się tylko jako przyjaciele. Serdeczni, ale jednak tylko kumple."Tylko" dla żuczka, i "aż" dla myszki.
Nadeszła jesień. Na łąkę sprowadzili się nowi sąsiedzi - rodzina jeżyków: mama, tata i 16 dzieci. Nazywały się: Nadia, Nikodem, Nikola, Natalia, Nataniel, Norman, Norbert, Nina, Piotrek, Paweł, Patrycja, Paulina, Przemek, Paula, Pola. No i najmłodsza Nadzieja.
Rodzinka była żywa i radosna jak wiosna.
Urządzili ognisko powitalne, przyrządzili pieczone jabłka, orzechy, kasztany.
Sowa zaczęła śpiewać serenadę, następnie symfonię. Było miło i rodzinnie.
Niestety, podczas zabawy, Nadzieja złamała łapkę. Tak niefortunnie, że cały grzbiet maluszka zaczął krwawić.
Groza owiała całą leśną i łąkową krainą.
Nie minęła minuta, zebrał się tłum gapiów.
Zwierzątka załamywały bezradnie łapki.
Rodzice lamentowali. Rodzeństwo płakało.
- Znam jedno lekarstwo - powiedziała odważnie Monika. - Niestety, niezwykle trudno je zdobyć.
- To nic, że trudno. Co to za lekarstwo? - zapytał odważnie żuczek. Na wszelki wypadek nie patrzył w oczy pięknej myszki. Teraz najważniejsza była Nadzieja. To właśnie ją trzeba było wesprzeć.
Monika nabrała powietrza. Jej uszka zafalowały na wietrze.
- Jest daleko w górach czerwony śnieg. Tylko w jednym miejscu, tuż za gniazdem strasznego sokoła, który pilnuje jego tajemnicy. Ale ptaszysko można namówić do współpracy. I ja wiem jak. Tylko potrzebuję jedno zwierzątko, które pójdzie ze mną. Ktoś chętny?
Nagle tłum gapiów rozstąpił się jak Morze Czerwone. Tuż obok Nadziei został tylko żuczek: zatroskany, z łezkami w oczkach - tak mu szkoda było niewinnego dziecka.
Podróż w nieznane po lekarstwo wydawała mu się czymś skomplikowanym, wręcz niewykonalnym. Zwłaszcza spotkanie z mrocznym ptaszyskiem.
Ale postanowił spróbować. Bo od czego są lęki? Gdy był mały mówił, że lęki są po to, aby się zwierzątka bały. A wtedy żuczkowa babcia odpowiadała, że lęki są po to, aby je zwierzątka pokonywały.
Rafał poprawił pancerzyk. Mało w tym było gracji. Coś mu gruchnęło i strzyknęło. Powiedział piskliwym głosikiem:
- Ja z tobą pójdę, myszko. Nic się nie bój.
Monika nie martwiła się. Po prostu się przeraziła. Tyle wspaniałych, dzielnych zwierzątek, a jej się trafił rycerz z nadwyrężonym pancerzem. Nic, tylko ratować z nim świat.
- Nie, no skąd, ja się nie boję. Ani troszkę. Nawet pół milimetra.
-To dobrze, to dobrze. A więc komu w drogę, temu....
-....temu kanapki - wtrąciła się mała pchełka Basia. Z workiem, która przewyższała ją jakieś 50 razy frunęła w stronę wędrowców.
- Dziękuję - uśmiechnął się żuczek.
-Nie ma za co, nie ma za co. Jeszcze kiedyś mi za to podziękujecie - dodała, kiedy dostrzegła kwaśną minę Moniki.
Żuczek ucieszył się, że ma taką wspaniałą koleżankę, która myśli za niego wcześniej, niż on sam ma czas pomyśleć w swoim imieniu.
Kochana, wierna pchełka!
A więc ruszyli po czerwony płatek śniegu w nieznane. Mała myszka, wytrwały żuczek.
&&&&&
Droga była trudna oraz wyboista. Szli dniami i nocami. Żuczek dbał, aby Monika się nie przemęczała. Gotował jej zupki z mchu, piekł ciasteczka, chronił przed kaprysami natury.
Każdy dzień przybliżał ich do czerwonego płatka śniegu.
Myszka lubiła towarzystwo zwierzątka. Był taki słodki i uczynny.
Pewnej bardzo mroźnej nocy rozpalili ognisko. Ogień przyjemnie ogrzewał ich łapki - zmęczone, zziębnięte.
Przyzwyczaili się do siebie nawzajem. Poczuli się dobrymi kolegami.
- Myszko, czy mogę ci zadać pytanie?
- No pewnie, że możesz, śmiało.
- Czy my się przyjaźnimy?
- Oczywiście, że tak - powiedziała Monika bez zastanowienia. W mięciutkich uszkach zrobiło jej się przyjemnie ciepło.
- Ale czy tak naprawdę, naprawdę my się lubimy?
- Tak naprawdę, naprawdę. Skąd te wątpliwości? - niemal zasmuciła się Monika.
- Moja babcia powiedziała, że przyjaźnić się, to jakby powiedzieć kocham do kwadratu. - Zastanawiam się, czy my właśnie tak się lubimy?
Monika popijała sok z kasztanów specjalnej receptury babci wiewiórki. Ognisko i gwiazdy służyło im za jedyne światło. I może to i dobrze, bo nie było widać ogromnych rumieńców na pyszczku małej myszki.
Przyjaciel był tak troskliwy, że zrobił jej kocyk z listków sklejonych żywicą. Jak prawdziwy, zaradny mężczyzna.
- To fajnie....no bo to ogólnie fajnie jest być kimś wyjątkowym.
- Fajnie, to jest być fajnym, żuczku - rzekła szczerze Monika.
Zwierzątku zrobiło się przykro. Co mu po "fajności", kiedy tak smutno jest żyć w samotności.
- Wiesz - powiedział żuczek - moja babcia powtarzała, że lepiej być ładniejszym w środku niż na zewnątrz. Ale to nieprawda. Tak do końca to nie jest prawda. Ale tak chyba najbardziej i najładniej to zwierzątku jest to twarzy, jest w parze.
Dziewczyna zamyśliła się. Po chwili pokiwała główką na znak, że zgadza się z tą tezą.
- Miałeś bardzo mądrą babcię - odrzekła. Zanurzyła pyszczek w soku z kasztanów, który smakował cudownie.
- Tak, zawsze mi tak powtarzała, bo śmiano się ze mnie w szkole, że jestem brzydal. A jak to babcia, musiała mnie jakoś pocieszyć - odpowiedział wesołym głosem. Ale w tę pozorną radość wpleciona była nutka żalu.
Monika popatrzyła na niego. Nigdy jeszcze nie była taka poważna jak tamtej nocy.
- Wiesz co, żuczku?
- No, co, myszko? - uśmiechnął się łagodnie.
Zaczerpnęła tchu.
- Lepiej być ładnym w środku niż na zewnątrz, bo ta pierwsza uroda zostaje na dłużej, jeśli nie na całe życie. To drugie piękno z czasem powszednieje. I myślę, że dwóm zwierzątkom tak dobrze jest w parze, bo właśnie oni są tacy ładni w środku. A nie ładni na zewnątrz.
- Być może. Prawda jest jednak taka, że nawet zwierzątka zwracają większą uwagę na to, co widać, a nie na to, co się odczuwa. Bo tej wewnętrznej urody nie widać. Wiem co mówię, myszko. Wszyscy mnie tak traktują. Widzą we mnie przyjaciela, ale jeszcze żadna, absolutnie żadna panna nawet jednym łaskawym okiem na mnie nie spojrzała.
Ognień trzaskał przyjemnie, mieszając się z ciszą nocy. Myszka zastanawiała się, co odpowiedzieć, aby nie zranić swojego ukochanego kolegi. Chciała, żeby był szczęśliwy. Bo przecież na to zasługiwał. Ona również na to zasługiwała. Gdzieś przecież czeka na nią najbardziej myszowata mysz, która sprawi, że jej życie zamieni się w bajkę. A więc na żuczka też gdzieś musiał czekać najbardziej żuczkowaty żuk, który odmieni jego smutny los.
- Może to głupie, ale wierzę, żuczku, naprawdę w to wierzę, że spotkasz kiedyś miłość swojego życia.
Serduszko biednego zwierzątka skurczyło się w bólu. Totalna porażka! Jego ukochana właśnie daje mu kosza, nie zdając sobie nawet z tego sprawy! No nic, tylko utopić się w strumyku!
- Dziękuję. To było bardzo miłe. I naprawdę mam głupią nadzieję, że się to kiedyś spełni. A jeśli nie, to nie będę płakał, a wiesz dlaczego?
Monika zaśmiała się pod nosem.
- Oczywiście, że wiem. Bo przyjaźń to miłość do kwadratu. Nie bardzo rozumiem jednak, dlaczego akurat do kwadratu? - myszka rozłożyła bezradnie przednie łapki. Na języczku czuła jeszcze smak soczku z kasztanów.
- Bo przyjacielowi daje się wolność, nie licząc na to, że do nas wróci. I chcemy dla niego jak najlepiej. Odnajdujemy swoje szczęście w jego sercu. Zagubione 5% własnego szczęścia.
- Co? - zaśmiała się po raz kolejny tego wieczoru myszka. Żuczek był czasami taki zabawny.
- Żuczkowa babuleńka zawsze powtarzała, że człowiek, jeśli nie ma chociaż jednego, prawdziwego przyjaciela, nigdy nie będzie szczęśliwy w 100%, bo kiedy się rodzimy, każdy otrzymuje swój przydział dobrych chwil. Ale są takie chwile, które w pojedynkę odczuwane nie są szczęściem, tylko cierpieniem. I chodzi się po tej ziemi tak długo, aż się znajdzie swój procent na piątkę.
Myszka poczuła, że serce zaraz wyskoczy jej z piersi. Zaczął sunąć po torach teraźniejszości jak pendolino. Z prędkością niemal światła.
Zabrakło jej tchu.
Co za dziwne uczucie!
Żuczkowe słowa są takie piękne. Nagle zniknął obraz niezdarnego ciałka Rafała. Madzia widziała tylko jego urodę wewnętrzną.
Również i ona wpadła jak śliwka w kompot.
No, i cóż: sama tego jeszcze nie wiedziała, ale się zakochała. Jej oczka rozświetlił blask gwiazd, które były niezwykle wyraźne.
Zbliżali się do końca swojej misji. Jeszcze jeden zakręt....dzielił ich od czerwonego płatka śniegu.
Na szczycie skamieliny wędrowcy spotkali jastrzębia. Myszka już sama siebie widziała jako przekąskę w jego wielkim dziobie.
Ogromne, mroczne ptaszysko było wiernym przyjacielem Rafała - przecież kiedyś pomógł mu, zupełnie bezinteresownie, kiedy był małym, bezradnym pisklakiem.
Dlatego, nie tylko przywitał się z nim przyjaźnie, ale także zdobył jeden płatek śniegu - potrzebny do sporządzenia magicznego lekarstwa dla Nadziei.
- Jak ci się udało przekonać strażnika, żeby ci go podarował? - zdziwiła się Monika.
Jastrząb uśmiechnął się uroczo.
- To proste. Po prostu powiedziałem, że tu chodzi o miłość. I o przyjaźń też.
- I to wystarczyło? - oczy Moniki zrobiły się wielkie jak spodki.
- Nie co dzień zwierzątko spotyka na swojej drodze miłość. Lub przyjaźń. A dla tych dwóch warto poświecić wiele. Albo nawet i wszystko.
- To prawda - rzekł żuczek smutnym głosem. Przyszedł kres pięknej przygody.
Wrócili na grzbiecie jastrzębia do domu, wtuleni w jego czarne, pachnące ziemią pióra. Dumni z siebie, ale jacyś tacy smutni.
Rozstali się. Każde poszło w swoją stronę. Myszka powróciła do dawnego życia pełnego adoratorów.
Żuczek, jak zwykle pakował się w nowe kłopoty. I zawsze, każdy może na niego liczyć. Jego serduszko się nie zmieniło.
Myszka czuła się źle. Jakby ktoś ukradł jej połowę serca.
Mijały tygodnie. Z jesieni zrobiła się zima. Tęsknota była ogromna. Strach jeszcze większy. Smutek zawiesił się na wąsikach płochliwego zwierzątka, sprawiając, że jej uśmiech, chociaż nadal szczery, był zgaszony.
Nie była taka dzielna, jak się wszystkim wydawało. Pewna siebie też nie.
Coś, sama nie wiedziała co, sprawiało, że świetnie czuła się w towarzystwie Rafała.
Fantastyczna, pełna przygód podróż zakończyła się zbyt szybko, powodując niedosyt.
Myszka chciała zostać obok żuczka. Nieważne, że było to nielogiczne. Że nie miało to sensu.
I kiedy wydawało się, że już nie będzie dobrze i każde będzie żyło osobno, oboje wybrali się na spacer.
Dokładnie w to samo miejsce, w którym poznali się po raz pierwszy.
Myszka przygotowała sobie do termosu soczek z kasztanów.
Żuczek patrzył w gwiazdy. W oczekiwaniu na swoje pięć procent szczęścia zamyślił się.
Tym razem to myszka zagapiła się i potknęła. Słodki soczek rozlał się na czułki zwierzątka.
Pszczoły zebrały się w nadziei na łakomy kąsek. Ale gdy zobaczyły, że słodko jest tak naprawdę w uczuciach, nie w soczkach, oddaliły się dyskretnie, zostawiając zwierzątka same.
....a później cała łąka bawiła się na weselu młodej pary. Gdzie lał się kasztanowy sok, grała miłość i zasiadała przyjaźń.
Bo ważne jest to, co jest w środku. A gdy w środku jest miłość, to i żuczka oraz myszki będzie piękna para. Para, która została bohaterką bajki. Bajki o nadziei, która nie gaśnie.
Bo czy to żuczkowa, czy myszowata nadzieja - gdy jest prawdziwa, nie umiera.
Źródło:
https://www.facebook.com/Bardzo-lubi%C4%99-pisa%C4%87-szukam-Czytelnik%C3%B3w-1280838065307799/?__tn__=%2CdK-R-R&eid=ARDNyccSLQzpNS09IMvnvnuUovoBgImss_g2duTS4BZu5884z6IXQPS1-o4DmVfs_is8EiX4y2mbmbNo&fref=mentionsAutor: znany nieznany

, a tak naprawdę wiecie kto

Buziaki

Post Merge: Listopad 28, 2018, 21:44:38
Polecam odcinek 1404: powiem tylko tyle - "Mańce służy wiejskie powietrze"

, i to bardzo!