Co
do starszego pana, to czytałam gdzieś, że okaże się, że to jest ojciec
Jurka, czyli dziadek Basi.
Albo musiał się bardzo zmienić ten "pan Stefan" ( może nawet jakaś operacja plastyczna czy poważna choroba), albo też zostawił syna, czyli Jurka dawno temu...zostawił i sobie poszedł, dokładnie jak to zrobił Jurek z Basią.
Dlaczego tak piszę? Nie rozpoznała go Ala a przecież była jego synową 
Podejrzewam, że pana Stefana już nie było w otoczeniu syna, gdy ten żenił się z Alą. Pytanie dlaczego? Albo winny jest ojciec, albo syn. Z tego co nam tu serwują stawiam na syna. Charakterystyka dziadka (czysty, zadbany, nie pije - to od Ali, zna perfekcyjnie angielski - to od Janka, ma zdjęcie wnuczki, kocha ją, czyli interesuje się nią od dawna, skrycie ale jednak) oraz syna pozwala mi pofantazjować tak: synalek zrobił coś, co diametralnie zmieniło życie ojca. Może zhańbił nazwisko jakimiś szemranymi interesami (zwiał za granicę), zaszkodził w jakiś sposób firmie, gdzie pracował rodzic, może ojciec wziął na siebie odpowiedzialność za grzeszki syna odsuwając się od niego ("nie można mu ufać" - ostrzegał Alę). A to wszystko działo się albo jeszcze przed ślubem, albo akurat w tym czasie a Jurek (?) nie doprowadził do spotkania ojca z narzeczoną (żoną).
W ogóle może to był ślub kameralny (para młodych i świadkowie), taki na łapu capu, bo byli zakochani na "amen". Ślub nowoczesny - rodzina nie zna partnerów swoich dzieci, poznaje dopiero... po rozwodzie. Albo nie ma rodziny wcale

Swoją drogą dziwna to rodzina. Ojciec boi się syna, przebija mu opony, gada, że ten nie zasługuje na drugą szansę.
Mnie się wydaje, że pan Stefan nie tyle boi się syna, co po prostu go unika (nie chce, aby ten wiedział, że ojciec się tu kręci). A opony, to może sposób (przyznaję, że dość naiwny) na przegonienie syna z "tego podwórka". Bo dziadek jest przekonany, że tym sposobem chroni wnuczkę.
Rozmowa Ali z przyszłą teściową - jeden z najgorszych dialogów jakie słyszałam. Sztuczna, drewniana, bezproduktywna, denna, bez jakichkolwiek emocji. Woskowa Ala, i sorry, że tak oceniam, ale woskowa Maria.
Barbara miała aż dwie akcje w jednym odcinku - najpierw rzuciła się do Ulki o tort, potem skoczyła na Maryśkę...chociaż tutaj miała dużo racji. I nie pamiętam, żeby Małgosia pseudo "szczurzyca" jako specjalnie sygnalizowała, że jej w małżeństwie z Tomkiem źle
Poza ostatnia sprawą z samochodem, przy której jej nie pomógł. A tak? Chodziła gdzie chciała, jeździła gdzie chciała (miesiącami szlajała się po Europie), w nosie miała wszystkich, bo na przykład...miała pilną robotę.
A ja parsknęłam śmiechem, gdy Marysia broniła Gośki mniej więcej takimi słowami "A co miała robić? Zostać? To byłoby jeszcze gorsze. Życie w kłamstwie". Dla mnie nie jest w tym wszystkim najgorsze to, że Gośka powiedzmy zakochała się w innym, doszła do wniosku, że z Tomkiem to pomyłka i się z nim rozstała. Najgorsze było to, jak ona sprawę załatwiła. Zwiała z kochankiem, okłamała rodzinę, zabrała syna (ja bym powiedziała, że go "ukradła" ojcu) i pozostawiła w niczym nie świadomego męża. Ohyda i perfidia najwyższego lotu.
Na Ewcię i Mareczka patrzeć już nie mogę. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda.
Babka sypia z facetem już od jakiegoś czasu, facet spędza noce w jej domu, wyjeżdżają na romantyczne weekendy... a ta cnotkę udaje przed przyszłą teściową. A teściowa jaka zadowolona, że po domu Ewcia rankami się pałęta. Niechby Mareczek na noc Ankę zaprosił, a ta w jego szlafroku skoro świt do kuchni zawitała. Jak nic Barbara już by na mszę dawała, aby synalek do opamiętania wrócił i nie gorszył ogniska domowego baraszkowaniem w pościeli z "nie żoną". Zaś sama Anka zapewne potraktowana zostałaby jak trędowata

"Z tą niech sypia pod moim dachem, bo ją lubię, z tamtą absolutnie nie, bo jej nie lubię"