Autor Wątek: Literatura  (Przeczytany 50563 razy)

0 użytkowników i 2 Gości przegląda ten wątek.

Offline Mintek

  • Ekspert
  • *****
  • Wiadomości: 1047
  • Płeć: Mężczyzna
  • Polski faszysta
  • Wyróżnienia:
Odp: Literatura
« Odpowiedź #75 dnia: Lipiec 22, 2014, 07:33:31 »
Właśnie w sobotę zarezerwowałam sobie w bibliotece "Grę o Tron", bo już mnie ciekawość zżera, dlaczego jest to taka popularna książka. Pewnie poczekam jeszcze kilka tygodni, ale mam nadzieję, że będzie warto.
Sądzę, że Ci się spodoba. Nie jest to takie typowe fantasy, bardziej coś jak średniowiecze (ze wszystkimi "atrakcjami") w jakimś alternatywnym świecie podobnym do Ziemi (gdzie pory roku trwają po kilka ziemskich lat). Fakt, że książka bardzo brutalna - morderstwa, gwałty, rzezie całych wiosek, pijaństwo, rozpusta to w sumie nieustające tło zmagań bohaterów, ale nie powinno Cię to aż tak razić.
Ja podchodziłem do tej sagi "na czysto" - nie znałem serialu, nie znałem bohaterów, co jakiś czas tylko prychałem "O co chodzi z tą Grą O Tron....?!". A powiem, że wsiąkłem, jak będę tylko miał okazję zabiorę się za serial, tyle, że teraz leci czwarty sezon, a jakbym miał oglądać to od początku. Może znajdę kogoś kto ma na płytach ;)
A ten Joff to i tak menda i jak znam życie to ktoś mu sztylet w plecy wrazi .... :)
"Kłótnia z idiotą jest jak gra w szachy z gołębiem. Możesz być lepszy ale gołąb i tak poprzewraca figury, nasra na szachownicę i będzie się cieszył, że wygrał"

Offline Avant

  • Aktywny użytkownik
  • ***
  • Wiadomości: 133
  • Płeć: Kobieta
Odp: Literatura
« Odpowiedź #76 dnia: Lipiec 22, 2014, 14:39:21 »
Ja podchodziłem do tej sagi "na czysto" - nie znałem serialu, nie znałem bohaterów, co jakiś czas tylko prychałem "O co chodzi z tą Grą O Tron....?!".
To zupełnie tak, jak ja teraz. Wiem o tej książce tyle, ile mi napisałeś. I że jest bardzo popularna, podobnie jak serial.

Bardzo lubię "Władcę Pierścieni", dlatego Twoje porównanie do tej książki mnie zaciekawiło tym bardziej. Teraz trochę obawiam się, czy autor z tą brutalnością nie przesadził, ale nie wypowiadam się, póki nie przeczytam. Zaufam Ci, że będzie dobrze. ;)

Offline Justek

  • Moderator Globalny
  • *****
  • Wiadomości: 2302
  • Płeć: Kobieta
  • we are only the sun
  • Wyróżnienia:
Odp: Literatura
« Odpowiedź #77 dnia: Lipiec 22, 2014, 16:56:16 »
Moim zdaniem porównanie "Gry o tron" do "Władcy pierścieni" jest bardzo...hm, ryzykowne ;) i główne, by nie powiedzieć, że jedyne podobieństwo jest takie, że obydwie lektury są z gatunku fantasy. Inni są natomiast bohaterowie, w GoT więcej jest złych postaci, intryg, brutalnych scen i zaskakujących zwrotów akcji. Łączy je również oczywiście to, że obydwie pozycje literackie są rewelacyjnie napisane i godne polecenia.
Mintek, Avant...jak Was wciągnie to polecam również serial. Trzyma ten sam poziom co powieść - i piszę to z perspektywy osoby, która przeczytała kilka tomów sagi i obejrzała wszystkie dostępne dotychczas sezony serialu.

Offline El

  • Ekspert
  • *****
  • Wiadomości: 1261
  • Płeć: Kobieta
  • zagubiona w czasie...
  • Wyróżnienia:
Odp: Literatura
« Odpowiedź #78 dnia: Lipiec 22, 2014, 22:15:37 »
Zgadzam się z Justkiem co do podobieństw tych dwóch powieści. "Władcy pierścieni" bliżej do baśni dla dorosłych (i nie mam tu na myśli sfery erotycznej), a "Gra o tron" to coś a'la dramat polityczny z wątkami obyczajowymi. ;D

U mnie jak zwykle gatunkowy miszmasz ;D Zniechęciłabym się do czytania, gdybym lubowała się tylko w jednym. Jedynie horrorów na moich półkach nie uświadczysz.
Ostatnia moja lektura to komedia, a właściwie gorzka komedia.


Uśmiałam się co niemiara, bo gwara wiejska, którą posługuje się bohater powieści - Marian Żywotny - opisując swoje życie (książka ma formę pamiętnika) oraz humor sytuacyjny rodem z przygód panów z wilkowyjskiej ławeczki (serial "Ranczo") dostarczają niezłej zabawy.

"Jeden tylko któryś anonimowo pamiętniki swoje pisał i pono że do dziś naukowcy personaliów jego próbują dojść. I nie dziwota, bo jak ten któren o sobie co paskudnego wyczytał, toż elementarnej ulgi do końca świata nie zazna, gdy po ryju chociaż raz jemu nie nakładzie. Dlatego ja, ażebym o tchórzostwo i zaprzaństwo przez potomnych posądzony nie został, w pierwszych słowach, bogobojnie, prezentacji całościowej dokonałem." (s.9)

Denerwowałam się okropnie, bo ów Żywotny był postacią niezwykle irytującą: autorka skumulowała w nim wszystkie ludzkie przywary składające się na mentalność niejednego Polaka. I należy zaznaczyć, iż zrobiła to po mistrzowsku. Cel swój osiągnęła - co miało denerwować, denerwowało.
A i parę łezek uroniłam w końcówce, bowiem wrażliwa ze mnie duszyczka i wzruszyłam się względem jednej z bohaterek, która tyle złego od Żywotnego doświadczyła, bez słowa znosząc swoją dolę jako karę za nie swoją winę.

"Pod dwiema kosami..." to świetna satyra na nasze społeczeństwo, na Polaka, który we własnym mniemaniu "miejsce swoje we świecie znał: jako uczciwy człowiek, prawowity katolik i dobry patriota." (s.155) A tak naprawdę żółć go wszelaka zalewa, bo: jak ja nie mam, to sąsiad też niech nie ma, jak on zobaczy, co ja mam, to mu oczy zbieleją, jak on ma, to pewnie ukradł... i leci to wszystko między "Ojcze nasz" a "Zdrowaś Mario".

Polecam tę lekturę jak najbardziej. Rozrywka przednia ;D
« Ostatnia zmiana: Sierpień 06, 2014, 21:41:42 wysłana przez El »
Możemy nosić chińskie ciuchy, jeździć czeskimi autami, patrzeć w japońskie telewizory, gotować w niemieckich garnkach hiszpańskie pomidory i norweskie łososie. Co do kultury, to jednak wypadałoby mieć własną.
Andrzej Sapkowski

Offline Mintek

  • Ekspert
  • *****
  • Wiadomości: 1047
  • Płeć: Mężczyzna
  • Polski faszysta
  • Wyróżnienia:
Odp: Literatura
« Odpowiedź #79 dnia: Lipiec 23, 2014, 06:45:16 »
"Gra o Tron" a "Władca Pierścieni".... obie pozycje cechuje rozmach, epickość, bardzo szczegółowo wykreowany świat, fabuła - dlatego to tak mi się od razu skojarzyło.

O ile w "WP" fabuła jakby się nie rozwijała, to możemy się w sumie spodziewać takiego a nie innego końca - to w "GoT" nic nie wiadomo, bo co kilka rozdziałów akcja się wikła, także nasze sympatie i antypatie co do bohaterów  w trakcie czytania zmieniają się i to nieraz diametralnie :)
Tak, to głównie dramat polityczny. Bardzo wielowątkowy zresztą.
"Kłótnia z idiotą jest jak gra w szachy z gołębiem. Możesz być lepszy ale gołąb i tak poprzewraca figury, nasra na szachownicę i będzie się cieszył, że wygrał"

Offline El

  • Ekspert
  • *****
  • Wiadomości: 1261
  • Płeć: Kobieta
  • zagubiona w czasie...
  • Wyróżnienia:
Odp: Literatura
« Odpowiedź #80 dnia: Sierpień 06, 2014, 21:36:39 »

Osiemnastowieczna francuska tajna policja (Sekret Króla, czyli Czarny Gabinet - autentyczna komórka wywiadowcza z czasów Ludwika XV), zmyślna intryga szpiegowska połączona z osobistą zemstą.

Świetnie odmalowane polityczno-obyczajowe tło ówczesnej Francji. Wersal w wydaniu słodko-gorzkim: z jednej strony przepych, zabawy, bale, piękno natury (ogród), z drugiej smród i ubóstwo. Dodajmy do tego zarys gierek o wpływy na dworze królewskim (protegowani hrabiny du Barry kontra stronnicy Marii Antoniny). Większość bohaterów powieści to postaci autentyczne "wciągnięte" w fikcyjną historię. Delalande przybliża nam nieco ich obraz, operując od czasu do czasu faktami z ich życia. No i warto wspomnieć, iż kilka razy natrafiamy na wątki związane z Polską.

Część sensacyjna powieści dokładnie w klimacie płaszcza i szpady. Z początku akcja toczy się w umiarkowanym tempie, by z czasem nabrać pędu i wciągnąć czytelnika w wir knowań dwóch szaleńców, którymi kierują zupełnie inne motywy działania, ale przyświeca wspólny cel. Prowadzący śledztwo agent Viravolta ma trudny orzech do zgryzienia, bowiem z jednej strony musi zmierzyć się z duchami przeszłości, z drugiej zadbać o bezpieczeństwo pary królewskiej. Nie jest to łatwe, bo przeciwnik walczy niecodzienną bronią, wodzi policję za nos symbolami i bajkami La Fontaine'a. I w tej kwestii Delalande poradził sobie znakomicie. Wbrew pozorom nic nie jest wzięte z nieba, jedno wynika z drugiego. Ale o tym czytelnik dowiaduje się w miarę czytania książki.



Nazywano ich wilkołakami.
Działali po zapadnięciu zmroku. Wychodząc znienacka z leśnych czeluści, szybko i sprawnie wykonywali zadanie i niemal natychmiast rozpływali się w nocnych ciemnościach.

To oni byli ostatnią nadzieją Hitlera, gdy wojska sprzymierzone zaczęły pukać do berlińskich bram. Od wybuchów bomb i pocisków artyleryjskich nieprzyjaciela waliły się ściany Kancelarii Rzeszy, a Führer jeszcze wierzył, że wojny nie przegrał. Nie dało się pokonać wroga w bezpośredniej konfrontacji, trzeba więc postawić wszystkie karty na wysoko wyspecjalizowaną partyzantkę.
Werwolfowcy bowiem to nie legendarne bestie, a członkowie utworzonej przez Himmlera organizacji paramilitarnej (Hitler lubował się w wilczej terminologii, np. Wilczy Szaniec), której jednostki miały działać na odbitych przez aliantów terenach. Prowadzili dywersję na tych obszarach i mieli stanowić podwalinę dla odradzającej się nowej armii. O tym jak wielkie znaczenie miała partyzantka w walce z wrogiem hitlerowcy mogli przekonać się w trakcie "pobytu" w Polsce. To właśnie zasady działania polskiej partyzantki wzięli sobie za przykład ojcowie Werwolfu podczas tworzenia nowej siły. I to w Polsce powstała pierwsza szkoła treningowa.

"Operacja Werwolf" przedstawia nam proces konstruowania terrorystycznej jednostki na terenach zajętych przez Amerykanów oraz jedną z ich pierwszych misji - zamach na Eisenhowera. W kontrze mamy dwóch agentów CIC (amerykański Korpus Kontrwywiadu), utajnionych do tego stopnia, iż ich mundury oznakowane były jedynie oficerskimi naszywkami na kołnierzach, bez wskazań na rangę.
Powieść oparta jest na faktach, a nawet można powiedzieć, że stanowi dokładną ilustrację wydarzeń, o czym dowiadujemy się z dokumentów umieszczonych w końcowej części książki. Warto też zaznaczyć, iż jeden ze wspomnianych agentów to alter ego autora. Ib Melchior był w czasie wojny pracownikiem amerykańskiego wywiadu wojskowego, później kontrwywiadu, a za udział w operacji przeciw Werwolfowi został odznaczony.

Klimat (nie treść, a atmosfera, styl narracji) "Operacji Werwolf" przypomina nieco serial "Tajemnica twierdzy szyfrów". Fabułę tej powieści może kiedyś również będziemy mieli okazję zobaczyć na ekranie, bo jak się okazuje Melchior to także scenarzysta, reżyser i producent filmowy.

Polecam tę pozycję miłośnikom historii II wojny światowej, a przede wszystkim tym, którzy lubują się w poznawaniu mniej znanych faktów z tego okresu.
Możemy nosić chińskie ciuchy, jeździć czeskimi autami, patrzeć w japońskie telewizory, gotować w niemieckich garnkach hiszpańskie pomidory i norweskie łososie. Co do kultury, to jednak wypadałoby mieć własną.
Andrzej Sapkowski

Offline El

  • Ekspert
  • *****
  • Wiadomości: 1261
  • Płeć: Kobieta
  • zagubiona w czasie...
  • Wyróżnienia:
Odp: Literatura
« Odpowiedź #81 dnia: Sierpień 19, 2014, 22:00:53 »

Waniuszki dla letników z wielkiego miasta to wieś sielska, anielska. Natura nie do końca tknięta ręką współczesnej cywilizacji, urzekające przydrożne kapliczki, drewniane chaty o pięknie rzeźbionych gontach, oplecione powojem płoty i inne folklorystyczne atrakcje nierzadko w postaci ludzkich „dziwolągów”. Jak na przykład szeptucha - człowiek do zadań specjalnych, wyróżniona przez Stwórcę niezwykłym darem uzdrawiania, czy jasnowidzenia. Swoje „sesje” lecznicze zawsze wspiera modlitwą i prośbą do Boga.

„Pomóż i ocal tego tu sługę Bożego od niemocy, zawiści i zazdrości. Zdejmij z niego choroby, guzy i narośle, aby mógł znowu swoimi rękami pracować, na własnych nogach chodzić, ustami swymi Cię chwalić. Pomóż i ocal, zabierz cierpienie, żeby sługa Twój mógł żyć na Twoją chwałę. Bądź wola Twoja, teraz i zawsze, i na wieki wieków. Amen.” (s.7)

Waniuszki dla miejscowych to ciężka praca na roli i trudy codziennego życia spięte klamrą wierzeń, zwyczajów i obyczajów przekazywanych z dziada pradziada. A trzeba przyznać, iż podlaska tradycja jest wyjątkowo ciekawa: wielokulturowa i wieloreligijna (Polacy, Ukraińcy, Romowie, Tatarzy, Bialorusini). Dzięki temu mamy tu niesamowitą mieszankę przeszłości z teraźniejszością i religii z magią.
Czytając powieść Iwony Menzel mamy okazję skosztować tego smakowitego koktajlu. Sama szeptucha Olesia opowiada nam o nim. Poznajemy historię mieszkańców Waniuszek, ich dole i niedole, miłosne zawirowania, przywary, winy i kary. A wszystko okraszone niezwykłymi legendami, tajemnicami. Pierwszoosobowa narracja powieści odkrywa także przed czytelnikiem smutki, udręki, marzenia i pragnienia samej szeptuchy.

„Szeptucha” to nie jest powieść dla zatwardziałych realistów. Aby dać się jej ponieść trzeba mieć w sobie choć krztynkę magii. Ja chyba mam, bo długo nie mogłam wyrwać się z opisywanego tu świata. Książkę odłożyłam o piątej nad ranem…



Makabryczna zbrodnia, nietuzinkowy pruski (mający polskie korzenie) inspektor policji, plejada równie osobliwych bohaterów - mieszkańców małego miasteczka, z których każdy ma swoje tajemnice, każdy jest podejrzany, każdy może być mordercą, przesłuchania, rozmowy, na podstawie których analityczny umysł policjanta pozwala powiązać fakty i wyciągnąć właściwe wnioski przedstawione dopiero w finale powieści. Finale przywodzącym na myśl słynne wywody Herkulesa Poirot.

„Pruska zagadka” to jednak nie tylko kryminał, to także bardzo interesująca podróż w przeszłość. Z niezwykłą dbałością o szczegóły Schmandt wprowadza czytelnika w klimat wkraczającego w XX wiek Wejherowa: wielkanocne obrzędy, architektoniczne i krajobrazowe ciekawostki, moda, savoir-vivre a przede wszystkim stosunki międzyludzkie w zróżnicowanej narodowościowo (Polacy, Niemcy i Żydzi) i religijnie (katolicy, ewangelicy, starozakonni) społeczności miasteczka.
Lojalnie uprzedzam, iż takich poza kryminalnych odniesień jest sporo i mogą nużyć tych, którzy oczekują szybkiej akcji, nagłych jej zwrotów. Będą oni uważać te fragmenty za zbędne, „zaśmiecające” fabułę. Dla tych zaś, którzy uwielbiają opowieści o minionych epokach (o mnie na przykład tu mowa), będą dodatkową atrakcją. A gdyby tak książkę wzbogacono podobnymi zdjęciami do tego na okładce (Wejherowo retro), to byłabym w siódmym niebie.
Obrazu powieści dopełnia subtelny, doskonale wyważony względem głównych treści, wątek miłosny dotyczący inspektora.
„Pruska zagadka” napisana jest ładnym stylem językowym, bez nadmiernej drastyczności, bez wulgarności.

Z przyjemnością zabrałam się za kolejną sprawę inspektora Brauna, w której ważną rolę odegra pewna fotografia.



Niestety, tym razem Schmandt trochę mnie rozczarował. Początek powieści wskazuje, że i tym razem sprawa, którą ma rozwiązać inspektor Braun, jest dość tajemnicza. Przesłuchania kolejnych świadków nic nie rozjaśniają. Genialny umysł pruskiego policjanta zawodzi. I wcale mu się nie dziwię, bowiem autor kryminału chyba troszkę się zapętlił i nie bardzo wiedział, jak z korowodu wzajemnych sympatii i antypatii tychże świadków wybrnąć. Przy każdej, następnej rozmowie Brauna z nimi miałam deja vu, tak jakby pisarz zaciął się, powielał dialogi. No i tym razem nie było porywającego finałowego podsumowania inspektora. Sprawa jakby rozwiązała się sama.
Plusy są za "zawiązanie" (początek) kryminalnej zagadki, za styl językowy, który pozostaje na bardzo dobrym poziomie, za stworzenie całkiem ciekawych portretów nowych bohaterów (w tle pojawiają się także znani już nam z pierwszej sprawy inspektora),za umiejętnie wykreowany klimat retro i za tych parę fotografii starego Wejherowa (Neustadt), na których brak narzekałam w "Pruskiej zagadce".

"Fotografia" nie zniechęciła mnie jednak do twórczości pana Schmandta. Mam nadzieję, że to tylko taka mała wpadka. Chętnie spotkam się jeszcze z jego bohaterami. W tej lub innej serii:)

Możemy nosić chińskie ciuchy, jeździć czeskimi autami, patrzeć w japońskie telewizory, gotować w niemieckich garnkach hiszpańskie pomidory i norweskie łososie. Co do kultury, to jednak wypadałoby mieć własną.
Andrzej Sapkowski

Offline Łukasz

  • Forumowy Informatyk
  • *****
  • Wiadomości: 234
  • Płeć: Mężczyzna
  • Wyróżnienia:
Odp: Literatura
« Odpowiedź #82 dnia: Sierpień 23, 2014, 02:10:56 »
Za to przymierzam się do książki "Chata" chyba w formie ebooka. Zaintrygowała mnie ta książka, ale nie wiem czy to dobre.
Czytał ktoś?
http://lubimyczytac.pl/ksiazka/99062/chata
Trochę czasu minęło. I jak zabrałaś się za czytanie?
Ja przeczytałem tą książkę i mnie się bardzo podobała. :)

Offline mindreader

  • Aktywny użytkownik
  • ***
  • Wiadomości: 379
  • Wyróżnienia:
Odp: Literatura
« Odpowiedź #83 dnia: Sierpień 23, 2014, 14:52:19 »
Obiecałam, że wpadnę podzielić się wrażeniami… wpadam zatem. Przewinęło mi się przez ostatnie 2 miesiące sporo książek – niektóre pochłonęłam, inne skończyłam dla zasady, bo jednak niekoniecznie trafiły do mnie. Niektóre mnie wręcz mocno zniesmaczyły.
Przede wszystkim poczytałam Olgę Rudnicką. Zaczęłam od ”Lilith”, potem czytałam ”Martwe jezioro” i drugą część jeziorka ”Czy ten rudy pies to kot”, która to właśnie książka mnie zniesmaczyła okrutnie. Po Rudnicką sięgnęłam przypadkiem, po prostu ładnie się prezentowała na półce w bibliotece, potem dowiedziałam się z licznych zachwytów nad nią, że to godna następczyni Chmielewskiej i już samo to wywołało u mnie ambiwalentne uczucia. Następczyni Chmielewskiej dla kogoś, kto na Chmielewskiej wyrósł i kocha miłością czystą i prawdziwą to naprawdę wielkie słowa. I w tym wypadku rozczarowanie okrutne, bo widać, że pani Olga na Chmielewskiej też wyrosła i chciałaby pisać tak, jak ona, ale nie pisze. Zdecydowanie nie. Jeszcze „Lilith”… może przez wzgląd na tematykę, może przez wzgląd na to, że to było moje pierwsze zetknięcie… w każdym razie nie miałam negatywnych odczuć po zakończeniu. Owszem – Rudnicka miejscami pisze mocno infantylnie, dialogi ma zbyt wydumane i miejscami ma się wrażenie, że ona na siłę tworzy tak, żeby górnolotnie brzmiało, ale w „Lilith” nie jest aż tak źle. Przeplatają się tam symbole okultystyczne, są wiedźmy i nastrój grozy… oj tak wieczorem po ciężkim dniu to można zerknąć. Za to dwie kolejne książki, to już gorzej. Wychodzi młody wiek autorki i to, jak bardzo stara się być zabawna. Nie jest zabawna. Albo po prostu kieruje swoje książki jedynie do młodych, a ja już jestem za stara na takie żarty i czarny humor. Możecie poczytać i ocenić, jednak w zasadzie nie polecam. No i absolutnie nie zgadzam się na porównania do Chmielewskiej. O nie. Daleko jej, a w  zasadzie mam wrażenie, że nigdy, ale to nigdy się nie zbliży do fenomenu Joanny.
Skończyłam już tak oficjalnie czytanie książek Tess Gerritsen. Doczytałam ”Dawcę”, ”Ogród kości" i ”Ostatni, który umrze”. „Dawca” mną wstrząsnął, w „Dawcy” się zakochałam. Przeraził mnie swoją tematyką, ponieważ Tess zajęła się problemem
Spoiler
dostarczania dawców bogatym i wpływowym, którzy to dostają serduszka poza kolejką… i niestety od dzieci, które przeznacza się specjalnie do tego celu. Żywe. Oburzające, wstrząsające…
.
Najgorsze jest to, że Tess potrafi pisać w taki sposób, że gęsia skórka atakuje i przestaje się oddychać… A kiedy pojawiają się jeszcze dzieci. Aj, długo nie mogłam dojść do siebie po tej lekturze. „Ogród kości” różni się troszkę od pozostałych pozycji autorki. Przeplata się tu współczesność z wydarzeniami z 1830 roku, kiedy to rozgrywa się akcja główna. Ładnie splecione dwa wątki, dobrze napisane. Dla odmiany w tej formie też można Tess poczytać. No i „Ostatni…”, który zarazem jest ostatni w serii o Jane i Maurze. Madź mnie postraszyła, że słabe, ale czytało mi się przyzwoicie. Tylko końcówka… oj mogła się Tess bardziej postarać. Jednak ja od początku serii byłam „maurowa” i „jej” książki mi zawsze bardziej leżały. Jak bardzo zatęsknię za autorką, to powrócę sobie do „Doliny umarłych”. Moim zdaniem najlepsza w cyklu. A skoro przeczytałam już wszystkie thrillerowate, to nie pozostaje mi nic innego, jak czekać na nowe pozycje. Za romanse… jakoś nie mam serca się brać. Przeczytałam jeden, czy dwa i to nie to samo. Nie moja Tess.
Zaplątał mi się też Eric Emmanuel Schmitt, bo wypożyczyłam książkę ”Ulisses z Bagdadu”. Miałam w domu na półce ”Oskar i pani Róża”, więc z rozpędu przeczytałam obie. Napisałam potem na jednym z portalu taką opinię do „Ulissesa”: Pełna głębokich przemyśleń historia o poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi, o miłości i o śmierci. Historia i styl jak u Coelho - tylko w mniej banalnym (i tym samym dużo lepszym) wydaniu. Podobało mi się, chociaż chwilami treść wydawała mi się zbyt naiwna, naciągana. Ładne, chociaż miejscami brutalne.. I podtrzymuję. Obie książki są w stylu a’la Coelho, tylko lepiej. Do samego Coelho nic nie mam, czytałam w swoim czasie… chociaż to nie były książki, w których się bezgranicznie zakochiwałam. Zbiory złotych myśli i ładne historie, napisane ładnie brzmiącym stylem. Tu jest podobnie, tylko na poziomie wyżej. Mniej ‘kiczowate’ tak jakby.
Sapkowski”Czas pogardy” i ”Chrzest ognia”. Sapkowski zachwyca mnie niezmiennie, chociaż ostatnia czytana podobała mi się najbardziej. I czytając jego książki mam tak bardzo sprzeczne odczucia – z jednej strony rozkoszuję się każdym rozdziałem, z drugiej już chciałabym wiedzieć, jak to się skończy, a jest nawet trzecia strona, kiedy to mam ochotę udusić autora za takie prowadzenie postaci. Mota, nic nie wyjaśnia, urywa w ciekawych momentach… Ech! Niezmiennie najmocniej lubię Yennefer :D Kłania się słabość do dziwnych postaci. Na dodatek żeńskich. 
Pani Camilla Lackberg” - ”Kamieniarz” i ”Ofiara losu”. Camilla… jak to Camilla. Dobra lektura na wieczór, kryminał z elementami obyczajówki… Obie książki naprawdę przyjemne w odbiorze. „Kamieniarz” podobał mi się bardziej – a może nawet najbardziej z dotychczas czytanych, ale „Ofiara losu”, która miała być najsłabsza moim zdaniem taka nie była. Trochę oklepany wątek – to fakt, może słabiej przedstawiony – też fakt, a jednak przeczytało mi się szybko, sprawnie i z apetytem na więcej, więc źle nie było. „Bękarta” przyniosłam w końcu z biblioteki (Naprawdę kocham nasze chorzowskie biblioteki za to, co oferują. Beletrystycznie są wyposażone pierwsza klasa!) i w tym miesiącu ruszę z Camillą dalej. Przynajmniej taki jest plan.
I jak już tak lecę jednym autorem/jedną serią, to w poprzedni weekend spotkałam się pierwszy raz z panem Murakami. Rety! Tutaj to dopiero mam ambiwalentne uczucia! Zaczęłam od 1Q84… Z jednej strony jest to coś, co zupełnie nie powinno mnie zainteresować. Zupełnie. Obyczajówka, niewiele się dzieje.. No, może poza kilkoma wątkami kryminalnymi, ale tak delikatnie zakreślonymi, że w życiu nie powiedziałabym, że czytam kryminał. Jednak… pochłania się to to z zapartym tchem, bo cały czas coś wisi powietrzu. A to coś jest takie… nieokreślone. Może się okazać niczym i po zakończeniu 3 tomu powiem: ojej, to była obyczajówka, w której nic mnie nie zaskoczyło, chociaż miało! Ale może też się w każdej chwili przerodzić w horror? thriller? kryminał? fantasy? Nie wiem. W coś. Na końcu powieści zaczynają się plątać dwie przestrzenie czasowe, dwa światy – ten rzeczywisty i taki, który z rzeczywistością nie ma za wiele wspólnego. Tak naprawdę naprzemiennie pojawiają się dwie postaci, których losy są widocznie splecione, ale które tak naprawdę nie spotykają się i nie wiadomo, czy się spotkają. (Podejrzewam, że tak). Pierwszy tom zupełnie nic nie wyjaśnia, ale ładnie wprowadza w drugi. I tak naprawdę mimo specyficznego stylu, specyficznej tematyki i poczucia, że czytam coś ‘nie mojego’, nie mogę przestać o tej książce myśleć i drugi tom też szybko przewiduję przeczytać.
Czytałam "Złodziejkę Książek" już jakiś czas temu. I muszę przyznać rację, że jest to rewelacyjna pozycja! Niesamowicie wciągająca, posiadająca interesujące opisy i bardzo różnorodne charaktery postaci. Taka trochę powieść z pogranicza faktu i baśni, o miłości do słowa pisanego. Film obejrzałam zaraz po przeczytaniu książki. Zrobił na mnie równie duże wrażenie jak powieść. Nic tylko polecać! :)
Zgadzam się. Do „Złodziejki…” zajrzałam. I mam bardzo podobne odczucia. Przede wszystkim podobał mi się sposób pisania, narracja, układ książki. Poza tym… trudna tematyka, a jak przystępnie podana! Bardzo dobra pozycja dla młodzieży. I bardzo godna polecenia.
Skończyłam też kolejną książkę Kalicińskiej „Dom nad rozlewiskiem” , czyli coś od czego przygodę z autorką się zaczyna. Ja zaczęłam inaczej, ale nie żałuję, że zajrzałam i tu. Przede wszystkim klimat, jaki buduje autorka jest niezaprzeczalnie klimatem zbudowanym genialnie. Ciepło, które bije od postaci jest autentycznie odczuwalne, rodzinność, która w książce jest pokazana, jest czymś, co się marzy, a problemy… problemy są przyziemne, nie są wydumane, postaci nie są krystaliczne, a  wątki zahaczają o każdą sferę życia. Są dzieci, jest miłość rodzicielska, jest śmierć, choroba, szczęśliwa miłość i ta nieszczęśliwa, jest alkoholizm, jest polska gościnność i życie na polskiej wsi pokazane w kontraście do życia w polskim mieście (największym!) i… jest wszystko to, czego oczekiwałabym po dobrej obyczajówce. Czytałam długo (ponad miesiąc), przeplatałam innymi powieściami, ale gdy tylko zatęskniłam za spokojem, kiedy było mi źle, brałam w łapki właśnie tę książkę i wybierałam się z bohaterami na targ, opalałam się z nimi nad jeziorem i robiłam z nimi przetwory. Super książka i tyle.
Justek proponowała mi ”Siewcę wiatru” Kossakowskiej. Zdobyłam i  przeczytałam, chociaż moje czytanie tej powieści przypadło dość niefortunnie, bo na nadmorski czas. A tam (mimo urlopu) czasu na czytanie miałam baaardzo mało, odrywałam się, przerywałam, gubiłam wątki. I generalnie chociaż uważam, że to naprawdę dobra pozycja – zwłaszcza dla miłośników fantasy, to ja wolę małżonka. Dla mnie „Pan Lodowego Ogrodu” lepszy. Ale poczytam pozostałe książki i męża, i żony, może to tylko takie pierwsze wrażenie po skosztowaniu pierwszych pozycji obu. Zobaczymy.
Książką, którą mogę z czystym sumieniem polecić każdemu jest „Troje” Sarah Lotz. Przede wszystkim fikcja w niej przedstawiona jest tak realna, że spędziłam kilka chwil w Internecie, żeby sprawdzić, co było naprawdę. Wynik poszukiwań mnie zaskoczył i za to największy plus dla autorki. Jest to książka dotycząca czterech katastrof samolotowych, które wydarzyły się jednego dnia. W trzech z nich ocalało po jednym dziecku. Nie jest to opowieść o tych katastrofach. Raczej zapis wywiadów, cytaty z gazet, rozmowy. Forma reportażu, w cudowny sposób zredagowana. Do tego dochodzi próba wyjaśnienia, dochodzą różne teorie spiskowe... Przyczepiłam się po przeczytaniu do ostatnich kilku stron, bo ja skończyłabym to inaczej, ale… i tak czapki z głów za całość.
Lubię czytać najpierw książkę, a potem oglądać film. Jakoś w tę stronę mi lepiej pasuje i staram się tak praktykować. I tym samym… tym samym przeczytałam ”Pożegnanie z Afryką” Karen Blixen, chociaż w trakcie czytania mi wyszło, że to można niezależnie od siebie, bo film jest filmem, a książka jest o czymś innym. Jest to pamiętnik, w którym Afryka jest pokazana w tak piękny, obrazowy sposób, że nie idzie się oderwać, chociaż de facto w całości nie dzieje się nic. Nic konkretnego przynajmniej, bo na farmie pełnej ludzi i zwierząt czas nie stoi w miejscu. Wspomnienia autorki są chaotyczne, skacze po wątkach, skacze po wydarzeniach… ale całość jest ładnie, zgrabnie i przystępnie dla czytelnika napisana.
Dawno, dawno temu czytałam „Ptaśka”, tym razem też Whorton mi się zaplątał, ale z pozycją ”Spóźnieni kochankowie”. Bardzo polecam tę pozycję, chociaż… mam wrażenie, że ona ma więcej przeciwników niż zwolenników. Przede wszystkim jest mocno kontrowersyjna, odważna.. ale gdzieś w tym wszystkim autor nie gubi dobrego smaku. Jest to pozycja pełna… sztuki – piękne obrazy, widoki, dużo muzyki, a także przyjaźń, miłość przeplatają się ze sobą i spajają głównych bohaterów, dwóch outsiderów, którzy odnajdują w sobie coś więcej niż kiedykolwiek w kimkolwiek mogli odnaleźć. Pełno tu odwagi, ale też niewinności, czułości… oj piękna po prostu. Na zawsze zapamiętam. Niezwykła.
Podobnie jak niezwykłym przeżyciem było dla mnie czytanie pierwszej części zapisków blogowych Magdy Umer i Andrzej Poniedzielskiego. Moje wrażenia zapisałam tak…. Genialne...
Oczywiście mocno nieobiektywnie genialne, bo ocenione przez pryzmat bezgranicznej miłości do Magdy Umer. I troszkę mniejszej, ale również intensywnej do Andrzeja Poniedzielskiego.
Listy, przemyślenia... Zestawienie pełnej życia, optymizmu i młodości Magdy z pesymistycznym, szarym i pozornie smutno-starszawym duchem Andrzejem. I chociaż piszą o tym samym w zupełnie inny sposób, to jednak mają wspólne (niesamowicie!!!) inteligentne poczucie humoru, tak samo trafne spostrzeżenia i cudowną umiejętność dobierania słów. Szanują te swoje słowa i wiedzą, co z nimi zrobić, żeby czytelnika zainteresować.
Tak, bardzo polecam.
Nic nie poradzę, że trzy panie, które przyjaźniły się w rzeczywistości i dla mnie stanowią w pewnym sensie ‘przyjaciółki’, z którymi dobrze mi się idzie przez życie. Magda Umer, Krystyna Janda i Agnieszka Osiecka – każda wniosła (i wciąż wnosi) coś takiego, za co będę im dozgonnie wdzięczna. I lubię je poznawać na różne strony – czytuję to, co pozostawiła Agnieszka, słucham Magdy, oglądam Krystynę, ale, że panie wszechstronne i Krystyna zaśpiewać potrafi (rany, jak ona potrafi!), a i z Magdą piszą świetnie, reżyserują (bo ileż Magda stworzyła koncertów, ileż recitali, a Janda repertuarowo u siebie też nie ma się czego wstydzić). Bliskie mi są i tyle. Takie… moje.
Na koniec… bo kiedyś musi być i koniec mam jeszcze książkę „Przed Państwem Krzysztof Materna (dla przyjaciół siostra Irena). Przygody z życia wzięte”. Takie tam… wspominki pana Materny. Przeraża mnie, kiedy księgarnie zalewają książki pisane przez ludzi telewizji. Aktorzy, redaktorzy, celebryci... każdy ma coś do powiedzenia i wydaje to w twardej, kolorowej okładce. Czasami zdarza mi się wyciągnąć łapkę i sprawdzić, czy faktycznie jednostka zasługuje na chwilę uwagi, czy jednak nie. W swoim czasie zgłębiałam rockmana Manna, teraz postanowiłam sprawdzić, czy jego przyjaciel Materna też pisze ciekawie. Pisze. Wspomnienia i przemyślenia ma interesujące, ładnie złożone i ładnie wydane. Nie jest tego przytłaczająco dużo, nie ciągnie się i nie nudzi. Ot taka poczytajka na wieczór, ale naprawdę sympatyczna.


Offline Jean

  • Ekspert
  • *****
  • Wiadomości: 2669
  • Płeć: Kobieta
  • Wyróżnienia:
Odp: Literatura
« Odpowiedź #84 dnia: Sierpień 28, 2014, 20:54:06 »
A ja ostatnio przeczytałam posty El i Myszy  <tancze> A jak się czyta takie posty to już można to traktować jakby się jakąś książkę przeczytało  8) I to nawet ciekawą.



Przeczytałam już drugi raz a ja (poza "Chłopami") z żadną książką takich trików raczej nie robię.  Uwielbiam tę bohaterkę i jej pecha związanego z próbą rozstania się z tym padołem. Książka jest komedią, nawet w dobrym smaku, bez współczesnej papki i bez wmawiania mi jak mam żyć, żeby mnie w przeciwnym razie nie uznali za ciemnogród:P
Bohaterka jest około 30-letnią pisarką powieści odcinkowych o tematyce miłosnej do jednej w gazet. Marzy o wielkiej szansie, wydaniu swojej wielkiej powieści a choćby o awansie. Tymczasem nic się nie udaje. Podobnie w życiu - siostry mają mężów a jej rodzice ciągle wypominają brak towarzysza życia.
W końcu zostaje podjęta decyzja - samobójstwo. Dopracowane w każdym szczególe. W kiecce za całą wypłatę, bo przecież w trumnie też trzeba jakoś wyglądać. W hotelu - bo raz się żyje. Najlepiej tabletkami, bo trzeba ładnie wyglądać (nie żeby żyletki i ręce pocięte itd.). Wcześniej jeszcze tylko kilka listów pożegnalnych: do szefa, do rodziny z całą prawdą...z wszystkim, co bohaterka o nich myśli. Listy wrzucone do skrzynki, pokój wynajęty...to jeszcze ostatni drink w barze dla otuchy. I pech. Przypadkowo  spotkana osoba z dawnych lat krzyżuje wszystko. I choć bohaterka nadal dzielnie próbuje pozbawić się życia, nastaje ranek...
A listy są już w drodze:-)
Zabawne jest wszystko: od problemów z powodu których bohaterka próbuje się zabić, przez przygody bohaterki, po sposób narracji i język. Szczerze polecam dla relaksu ;D

Offline abby

  • Aktywny użytkownik
  • ***
  • Wiadomości: 159
Odp: Literatura
« Odpowiedź #85 dnia: Sierpień 29, 2014, 00:44:40 »
Jean, a jaki jest tytul orginalu tej ksiazki "Z deszczu pod rynne" ?

Czy orginal jest napisany po angielsku?Jesli po angielsku, to czy mozesz  podac ten tytul?
Autorka- Kerstin Gier- jakiej jest narodowosci? Jej imie brzmi tak skandynawsko, a nazwisko to nie wiem.

Offline Jean

  • Ekspert
  • *****
  • Wiadomości: 2669
  • Płeć: Kobieta
  • Wyróżnienia:
Odp: Literatura
« Odpowiedź #86 dnia: Sierpień 29, 2014, 13:04:56 »
"Für jede Lösung ein Problem" - to tytuł oryginału. Autorka jest Niemką. Nie czytałam w oryginale, ale sądząc już po tytule, książka została napisana po niemiecku. Zapewne książkę tłumaczono również na angielski :)

A kto mi powie na czym ma polegać narodowe czytanie Sienkiewicza? I po co to w ogóle? Nie dość, że grube, nudne to jeszcze brutalne. Mieli wycofać a robią narodowe czytanie - bez sensu. Młodzież zdecydowanie powinna myśleć bardziej globalnie, tolerancyjnie i nowocześnie. Ani życie przeszłością ani jakaś siedemnastowieczna obrona klasztoru na górce zdecydowanie w tym nie pomagają ;)

Offline abby

  • Aktywny użytkownik
  • ***
  • Wiadomości: 159
Odp: Literatura
« Odpowiedź #87 dnia: Sierpień 29, 2014, 13:44:46 »
A, to jednak orginal nie jest po angielsku.Jean, dzieki za informacje. :)
Nie lubie jak tematyka "samobojstwa" przedstawiana jest w lekki sposob.Trudno mi jest to wyrazic, ale uwazam, ze jesli czlowiek (szczegolnie mloda osoba) podejmuje taka decyzje, o odebraniu sobie zycia- to jest to wielka tragedia i jakos nie pasuje mi, ze mozna przedstawiac to w zabawny sposob.
Jednak Twoj opis tej ksiazki mnie zachecil do przeczytania jej- z ciekawosci, zobacze czy przekona mnie ten sposob podchodzenia do tego problemu.

Offline El

  • Ekspert
  • *****
  • Wiadomości: 1261
  • Płeć: Kobieta
  • zagubiona w czasie...
  • Wyróżnienia:
Odp: Literatura
« Odpowiedź #88 dnia: Sierpień 29, 2014, 23:53:46 »
A kto mi powie na czym ma polegać narodowe czytanie Sienkiewicza? I po co to w ogóle? Nie dość, że grube, nudne to jeszcze brutalne. Mieli wycofać a robią narodowe czytanie - bez sensu. Młodzież zdecydowanie powinna myśleć bardziej globalnie, tolerancyjnie i nowocześnie. Ani życie przeszłością ani jakaś siedemnastowieczna obrona klasztoru na górce zdecydowanie w tym nie pomagają ;)


Jaki cel ma ta akcja? Jak można przeczytać na prezydenckiej stronie:
"Podstawowym celem przedsięwzięcia jest popularyzacja czytelnictwa, zwrócenie uwagi na bogactwo polskiej literatury, potrzebę dbałości o polszczyznę oraz wzmocnienie poczucia wspólnej tożsamości."

Cel zbożny. Niestety absolutnie nie po myśli wspłczesnych młodych ludzi.
Bo po pierwsze, czytanie polskiej literatury jest faux pas - polscy pisarze nie potrafią dobrze pisać (na jednym z czytelniczych portali czytam często, że nie mają zamiaru tracić czasu na polską literaturę, bo jest mierna, bo przecież zachodnia jest wybitna).
Po drugie, jeśli w książce nie ma wulgaryzmów, scen pełnych drastycznych elementów, które wywołują czytelnicze podniecenie, są za to bohaterzy honorowi, uczciwi, wrażliwi, to taka literatura jest po prostu nudna (policjant na przykład ma ciekawą osobowość, gdy jest brutalny, ma problemy alkoholowe, a przez jego łóżko przewinie się tabun panienek, bo jest także nistabilny uczuciowo).
Po trzecie, ileż to razy słyszałam "nie czytam historycznych książek, bo nie cierpię historii". A przecież powieści historyczne to czasem rewelacyjny romans, kryminał, thriller, czy obyczajówka. Jak chociażby właśnie sienkiewiczowska trylogia :D
Możemy nosić chińskie ciuchy, jeździć czeskimi autami, patrzeć w japońskie telewizory, gotować w niemieckich garnkach hiszpańskie pomidory i norweskie łososie. Co do kultury, to jednak wypadałoby mieć własną.
Andrzej Sapkowski

Offline Jean

  • Ekspert
  • *****
  • Wiadomości: 2669
  • Płeć: Kobieta
  • Wyróżnienia:
Odp: Literatura
« Odpowiedź #89 dnia: Sierpień 30, 2014, 20:02:48 »
Cel zbożny, ale jest już za późno. Swoją drogą to niesamowite - notorycznie redukuje się lekcje historii, gdzie   omówienie historii, tej najnowszej, Polski (po 1945 roku) jest już niemożliwe a premier jest historykiem  <olaboga> (awanse  z niczego nie zwalniają :))
Róbta co chceta - takie już teraz jest moje zdanie:-)