Obiecałam, że wpadnę podzielić się wrażeniami… wpadam zatem. Przewinęło mi się przez ostatnie 2 miesiące sporo książek – niektóre pochłonęłam, inne skończyłam dla zasady, bo jednak niekoniecznie trafiły do mnie. Niektóre mnie wręcz mocno zniesmaczyły.
Przede wszystkim poczytałam
Olgę Rudnicką. Zaczęłam od
”Lilith”, potem czytałam
”Martwe jezioro” i drugą część jeziorka
”Czy ten rudy pies to kot”, która to właśnie książka mnie zniesmaczyła okrutnie. Po Rudnicką sięgnęłam przypadkiem, po prostu ładnie się prezentowała na półce w bibliotece, potem dowiedziałam się z licznych zachwytów nad nią, że to godna następczyni Chmielewskiej i już samo to wywołało u mnie ambiwalentne uczucia. Następczyni Chmielewskiej dla kogoś, kto na Chmielewskiej wyrósł i kocha miłością czystą i prawdziwą to naprawdę wielkie słowa. I w tym wypadku rozczarowanie okrutne, bo widać, że pani Olga na Chmielewskiej też wyrosła i chciałaby pisać tak, jak ona, ale nie pisze. Zdecydowanie nie. Jeszcze „Lilith”… może przez wzgląd na tematykę, może przez wzgląd na to, że to było moje pierwsze zetknięcie… w każdym razie nie miałam negatywnych odczuć po zakończeniu. Owszem – Rudnicka miejscami pisze mocno infantylnie, dialogi ma zbyt wydumane i miejscami ma się wrażenie, że ona na siłę tworzy tak, żeby górnolotnie brzmiało, ale w „Lilith” nie jest aż tak źle. Przeplatają się tam symbole okultystyczne, są wiedźmy i nastrój grozy… oj tak wieczorem po ciężkim dniu to można zerknąć. Za to dwie kolejne książki, to już gorzej. Wychodzi młody wiek autorki i to, jak bardzo stara się być zabawna. Nie jest zabawna. Albo po prostu kieruje swoje książki jedynie do młodych, a ja już jestem za stara na takie żarty i czarny humor. Możecie poczytać i ocenić, jednak w zasadzie nie polecam. No i absolutnie nie zgadzam się na porównania do Chmielewskiej. O nie. Daleko jej, a w zasadzie mam wrażenie, że nigdy, ale to nigdy się nie zbliży do fenomenu Joanny.
Skończyłam już tak oficjalnie czytanie książek
Tess Gerritsen. Doczytałam
”Dawcę”,
”Ogród kości" i
”Ostatni, który umrze”. „Dawca” mną wstrząsnął, w „Dawcy” się zakochałam. Przeraził mnie swoją tematyką, ponieważ Tess zajęła się problemem
Spoiler
dostarczania dawców bogatym i wpływowym, którzy to dostają serduszka poza kolejką… i niestety od dzieci, które przeznacza się specjalnie do tego celu. Żywe. Oburzające, wstrząsające…
.
Najgorsze jest to, że Tess potrafi pisać w taki sposób, że gęsia skórka atakuje i przestaje się oddychać… A kiedy pojawiają się jeszcze dzieci. Aj, długo nie mogłam dojść do siebie po tej lekturze. „Ogród kości” różni się troszkę od pozostałych pozycji autorki. Przeplata się tu współczesność z wydarzeniami z 1830 roku, kiedy to rozgrywa się akcja główna. Ładnie splecione dwa wątki, dobrze napisane. Dla odmiany w tej formie też można Tess poczytać. No i „Ostatni…”, który zarazem jest ostatni w serii o Jane i Maurze. Madź mnie postraszyła, że słabe, ale czytało mi się przyzwoicie. Tylko końcówka… oj mogła się Tess bardziej postarać. Jednak ja od początku serii byłam „maurowa” i „jej” książki mi zawsze bardziej leżały. Jak bardzo zatęsknię za autorką, to powrócę sobie do „Doliny umarłych”. Moim zdaniem najlepsza w cyklu. A skoro przeczytałam już wszystkie thrillerowate, to nie pozostaje mi nic innego, jak czekać na nowe pozycje. Za romanse… jakoś nie mam serca się brać. Przeczytałam jeden, czy dwa i to nie to samo. Nie moja Tess.
Zaplątał mi się też
Eric Emmanuel Schmitt, bo wypożyczyłam książkę
”Ulisses z Bagdadu”. Miałam w domu na półce
”Oskar i pani Róża”, więc z rozpędu przeczytałam obie. Napisałam potem na jednym z portalu taką opinię do „Ulissesa”:
Pełna głębokich przemyśleń historia o poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi, o miłości i o śmierci. Historia i styl jak u Coelho - tylko w mniej banalnym (i tym samym dużo lepszym) wydaniu. Podobało mi się, chociaż chwilami treść wydawała mi się zbyt naiwna, naciągana. Ładne, chociaż miejscami brutalne.. I podtrzymuję. Obie książki są w stylu a’la Coelho, tylko lepiej. Do samego Coelho nic nie mam, czytałam w swoim czasie… chociaż to nie były książki, w których się bezgranicznie zakochiwałam. Zbiory złotych myśli i ładne historie, napisane ładnie brzmiącym stylem. Tu jest podobnie, tylko na poziomie wyżej. Mniej ‘kiczowate’ tak jakby.
Sapkowski…
”Czas pogardy” i
”Chrzest ognia”. Sapkowski zachwyca mnie niezmiennie, chociaż ostatnia czytana podobała mi się najbardziej. I czytając jego książki mam tak bardzo sprzeczne odczucia – z jednej strony rozkoszuję się każdym rozdziałem, z drugiej już chciałabym wiedzieć, jak to się skończy, a jest nawet trzecia strona, kiedy to mam ochotę udusić autora za takie prowadzenie postaci. Mota, nic nie wyjaśnia, urywa w ciekawych momentach… Ech! Niezmiennie najmocniej lubię Yennefer

Kłania się słabość do dziwnych postaci. Na dodatek żeńskich.
Pani
Camilla Lackberg” -
”Kamieniarz” i
”Ofiara losu”. Camilla… jak to Camilla. Dobra lektura na wieczór, kryminał z elementami obyczajówki… Obie książki naprawdę przyjemne w odbiorze. „Kamieniarz” podobał mi się bardziej – a może nawet najbardziej z dotychczas czytanych, ale „Ofiara losu”, która miała być najsłabsza moim zdaniem taka nie była. Trochę oklepany wątek – to fakt, może słabiej przedstawiony – też fakt, a jednak przeczytało mi się szybko, sprawnie i z apetytem na więcej, więc źle nie było. „Bękarta” przyniosłam w końcu z biblioteki (Naprawdę kocham nasze chorzowskie biblioteki za to, co oferują. Beletrystycznie są wyposażone pierwsza klasa!) i w tym miesiącu ruszę z Camillą dalej. Przynajmniej taki jest plan.
I jak już tak lecę jednym autorem/jedną serią, to w poprzedni weekend spotkałam się pierwszy raz z panem
Murakami. Rety! Tutaj to dopiero mam ambiwalentne uczucia! Zaczęłam od
1Q84… Z jednej strony jest to coś, co zupełnie nie powinno mnie zainteresować. Zupełnie. Obyczajówka, niewiele się dzieje.. No, może poza kilkoma wątkami kryminalnymi, ale tak delikatnie zakreślonymi, że w życiu nie powiedziałabym, że czytam kryminał. Jednak… pochłania się to to z zapartym tchem, bo cały czas coś wisi powietrzu. A to coś jest takie… nieokreślone. Może się okazać niczym i po zakończeniu 3 tomu powiem: ojej, to była obyczajówka, w której nic mnie nie zaskoczyło, chociaż miało! Ale może też się w każdej chwili przerodzić w horror? thriller? kryminał? fantasy? Nie wiem. W coś. Na końcu powieści zaczynają się plątać dwie przestrzenie czasowe, dwa światy – ten rzeczywisty i taki, który z rzeczywistością nie ma za wiele wspólnego. Tak naprawdę naprzemiennie pojawiają się dwie postaci, których losy są widocznie splecione, ale które tak naprawdę nie spotykają się i nie wiadomo, czy się spotkają. (Podejrzewam, że tak). Pierwszy tom zupełnie nic nie wyjaśnia, ale ładnie wprowadza w drugi. I tak naprawdę mimo specyficznego stylu, specyficznej tematyki i poczucia, że czytam coś ‘nie mojego’, nie mogę przestać o tej książce myśleć i drugi tom też szybko przewiduję przeczytać.
Czytałam "Złodziejkę Książek" już jakiś czas temu. I muszę przyznać rację, że jest to rewelacyjna pozycja! Niesamowicie wciągająca, posiadająca interesujące opisy i bardzo różnorodne charaktery postaci. Taka trochę powieść z pogranicza faktu i baśni, o miłości do słowa pisanego. Film obejrzałam zaraz po przeczytaniu książki. Zrobił na mnie równie duże wrażenie jak powieść. Nic tylko polecać! 
Zgadzam się. Do
„Złodziejki…” zajrzałam. I mam bardzo podobne odczucia. Przede wszystkim podobał mi się sposób pisania, narracja, układ książki. Poza tym… trudna tematyka, a jak przystępnie podana! Bardzo dobra pozycja dla młodzieży. I bardzo godna polecenia.
Skończyłam też kolejną książkę
Kalicińskiej „Dom nad rozlewiskiem” , czyli coś od czego przygodę z autorką się zaczyna. Ja zaczęłam inaczej, ale nie żałuję, że zajrzałam i tu. Przede wszystkim klimat, jaki buduje autorka jest niezaprzeczalnie klimatem zbudowanym genialnie. Ciepło, które bije od postaci jest autentycznie odczuwalne, rodzinność, która w książce jest pokazana, jest czymś, co się marzy, a problemy… problemy są przyziemne, nie są wydumane, postaci nie są krystaliczne, a wątki zahaczają o każdą sferę życia. Są dzieci, jest miłość rodzicielska, jest śmierć, choroba, szczęśliwa miłość i ta nieszczęśliwa, jest alkoholizm, jest polska gościnność i życie na polskiej wsi pokazane w kontraście do życia w polskim mieście (największym!) i… jest wszystko to, czego oczekiwałabym po dobrej obyczajówce. Czytałam długo (ponad miesiąc), przeplatałam innymi powieściami, ale gdy tylko zatęskniłam za spokojem, kiedy było mi źle, brałam w łapki właśnie tę książkę i wybierałam się z bohaterami na targ, opalałam się z nimi nad jeziorem i robiłam z nimi przetwory. Super książka i tyle.
Justek proponowała mi
”Siewcę wiatru” Kossakowskiej. Zdobyłam i przeczytałam, chociaż moje czytanie tej powieści przypadło dość niefortunnie, bo na nadmorski czas. A tam (mimo urlopu) czasu na czytanie miałam baaardzo mało, odrywałam się, przerywałam, gubiłam wątki. I generalnie chociaż uważam, że to naprawdę dobra pozycja – zwłaszcza dla miłośników fantasy, to ja wolę małżonka. Dla mnie „Pan Lodowego Ogrodu” lepszy. Ale poczytam pozostałe książki i męża, i żony, może to tylko takie pierwsze wrażenie po skosztowaniu pierwszych pozycji obu. Zobaczymy.
Książką, którą mogę z czystym sumieniem polecić każdemu jest
„Troje” Sarah Lotz. Przede wszystkim fikcja w niej przedstawiona jest tak realna, że spędziłam kilka chwil w Internecie, żeby sprawdzić, co było naprawdę. Wynik poszukiwań mnie zaskoczył i za to największy plus dla autorki. Jest to książka dotycząca czterech katastrof samolotowych, które wydarzyły się jednego dnia. W trzech z nich ocalało po jednym dziecku. Nie jest to opowieść o tych katastrofach. Raczej zapis wywiadów, cytaty z gazet, rozmowy. Forma reportażu, w cudowny sposób zredagowana. Do tego dochodzi próba wyjaśnienia, dochodzą różne teorie spiskowe... Przyczepiłam się po przeczytaniu do ostatnich kilku stron, bo ja skończyłabym to inaczej, ale… i tak czapki z głów za całość.
Lubię czytać najpierw książkę, a potem oglądać film. Jakoś w tę stronę mi lepiej pasuje i staram się tak praktykować. I tym samym… tym samym przeczytałam
”Pożegnanie z Afryką” Karen Blixen, chociaż w trakcie czytania mi wyszło, że to można niezależnie od siebie, bo film jest filmem, a książka jest o czymś innym. Jest to pamiętnik, w którym Afryka jest pokazana w tak piękny, obrazowy sposób, że nie idzie się oderwać, chociaż de facto w całości nie dzieje się nic. Nic konkretnego przynajmniej, bo na farmie pełnej ludzi i zwierząt czas nie stoi w miejscu. Wspomnienia autorki są chaotyczne, skacze po wątkach, skacze po wydarzeniach… ale całość jest ładnie, zgrabnie i przystępnie dla czytelnika napisana.
Dawno, dawno temu czytałam „Ptaśka”, tym razem też
Whorton mi się zaplątał, ale z pozycją
”Spóźnieni kochankowie”. Bardzo polecam tę pozycję, chociaż… mam wrażenie, że ona ma więcej przeciwników niż zwolenników. Przede wszystkim jest mocno kontrowersyjna, odważna.. ale gdzieś w tym wszystkim autor nie gubi dobrego smaku. Jest to pozycja pełna… sztuki – piękne obrazy, widoki, dużo muzyki, a także przyjaźń, miłość przeplatają się ze sobą i spajają głównych bohaterów, dwóch outsiderów, którzy odnajdują w sobie coś więcej niż kiedykolwiek w kimkolwiek mogli odnaleźć. Pełno tu odwagi, ale też niewinności, czułości… oj piękna po prostu. Na zawsze zapamiętam. Niezwykła.
Podobnie jak niezwykłym przeżyciem było dla mnie czytanie pierwszej części zapisków blogowych
Magdy Umer i Andrzej Poniedzielskiego. Moje wrażenia zapisałam tak….
Genialne...
Oczywiście mocno nieobiektywnie genialne, bo ocenione przez pryzmat bezgranicznej miłości do Magdy Umer. I troszkę mniejszej, ale również intensywnej do Andrzeja Poniedzielskiego.
Listy, przemyślenia... Zestawienie pełnej życia, optymizmu i młodości Magdy z pesymistycznym, szarym i pozornie smutno-starszawym duchem Andrzejem. I chociaż piszą o tym samym w zupełnie inny sposób, to jednak mają wspólne (niesamowicie!!!) inteligentne poczucie humoru, tak samo trafne spostrzeżenia i cudowną umiejętność dobierania słów. Szanują te swoje słowa i wiedzą, co z nimi zrobić, żeby czytelnika zainteresować.
Tak, bardzo polecam. Nic nie poradzę, że trzy panie, które przyjaźniły się w rzeczywistości i dla mnie stanowią w pewnym sensie ‘przyjaciółki’, z którymi dobrze mi się idzie przez życie. Magda Umer, Krystyna Janda i Agnieszka Osiecka – każda wniosła (i wciąż wnosi) coś takiego, za co będę im dozgonnie wdzięczna. I lubię je poznawać na różne strony – czytuję to, co pozostawiła Agnieszka, słucham Magdy, oglądam Krystynę, ale, że panie wszechstronne i Krystyna zaśpiewać potrafi (rany, jak ona potrafi!), a i z Magdą piszą świetnie, reżyserują (bo ileż Magda stworzyła koncertów, ileż recitali, a Janda repertuarowo u siebie też nie ma się czego wstydzić). Bliskie mi są i tyle. Takie… moje.
Na koniec… bo kiedyś musi być i koniec mam jeszcze książkę
„Przed Państwem Krzysztof Materna (dla przyjaciół siostra Irena). Przygody z życia wzięte”. Takie tam… wspominki pana Materny.
Przeraża mnie, kiedy księgarnie zalewają książki pisane przez ludzi telewizji. Aktorzy, redaktorzy, celebryci... każdy ma coś do powiedzenia i wydaje to w twardej, kolorowej okładce. Czasami zdarza mi się wyciągnąć łapkę i sprawdzić, czy faktycznie jednostka zasługuje na chwilę uwagi, czy jednak nie. W swoim czasie zgłębiałam rockmana Manna, teraz postanowiłam sprawdzić, czy jego przyjaciel Materna też pisze ciekawie. Pisze. Wspomnienia i przemyślenia ma interesujące, ładnie złożone i ładnie wydane. Nie jest tego przytłaczająco dużo, nie ciągnie się i nie nudzi. Ot taka poczytajka na wieczór, ale naprawdę sympatyczna.