Książeczki... Czytuję sobie książki, ale jakoś tak ciężko mi się zebrać, żeby podzielić się wrażeniami. I to nie, że tu, ale generalnie.
Poczęstowałam ostatnio moje dziewczyny newsem, że czytam coś wybitnie krwawego. Sięgnęłam ponownie po pana Mastertona. Tym razem książka nosi uroczy tytuł
"Krew Manitou". I tak, zdecydowanie jest w niej sporo krwi. Ogromna ilość krwi. Chwilami mam wrażenie, że tylko krew. Aż dziwię się, że od takiej treści strony nie zrobiły się czerwone.

Generalnie... miasto zapada na jakiś rodzaj epidemii, która polega właśnie na piciu cudzej krwi. Aktualnie jestem w 1/3 książki i już jest ponad 120 krwiopijców i ponad 140 ich ofiar z poderżniętymi gardłami. Myślę, że jeśli w ogóle skończę tę zacną pozycję, to do pana Mastertona więcej nie wrócę. Istnieje jednak też ryzyko, że jej nie skończę, bo chwilami mocno obrzydza. Tylko ciekawi mnie, jak się skończy i taka mocno rozdarta jestem.
Przeczytałam też wiedźminkowe opowiadania zebrane w
"Ostatnim życzeniu" Sapkowskiego. Bardzo dobra książka! Żałuję, że nie wzięłam się za to wcześniej, a także, że jeszcze nie zaczęłam kontynuacji. Jest szansa, że lada chwila zacznę, bo "Miecz przeznaczenia" dzielnie stoi na półce i cierpliwie czeka na swoją kolejkę. Sapkowskiego czyta się szybko, a opowiadania wciągają. Sam Wiedźmin jest naprawdę fajnie stworzoną postacią. Myślę, że złapałam bakcyla i przebrnę przez to 8 tomów. Znaczy jeszcze 7.
Wypożyczyłam też sobie ostatnio
"Chichot losu" Lemańskiej. Serial tak bardzo lubiłam i byłam ciekawa, na ile wiernie odtworzyli. Okazało się, że książka mocno odbiega od serialu, ale czyta się ją naprawdę przyjemnie. Początek wydawał się podobny, do pewnego momentu myślałam, że nic mnie nie zaskoczy. A jednak mnie zaskoczyło i to sporo. O tyle ciężko mi się czytało, że za wszelką cenę umysł podsuwał mi Martę Żmudę Trzebiatowską i Mateusza Damięckiego, ale poza tym miła lektura. Taka lekka i przyjemna opowieść, która nie wymagała ogromnego skupienia. No i nie rozumiem oburzenia ludzi na końcówkę książki. Madzia mówiła mi, że naród zawiedziony, że liczyli na coś innego, na rozwinięcie serialowej końcówki etc. Uważam to za dziwne, bo jednak to zakończenie w książce powinno bardziej zadowolić fanów "Chichotu...", a nie serialowe, ale ok.

Dla mnie oba zakończenia były dobrze zrobione - chociaż totalnie, totalnie różne.
"Milcząca dziewczyna" Tess Gerritsen. Po świętach zaczęłam to czytać, potem porzuciłam. A niedawno doszłam do wniosku, że wrócę i skończę. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. I w zasadzie jestem zadowolona z tej książki. Moja początkowa niechęć spowodowana była prawdopodobnie umieszczeniem akcji w specyficznym klimacie Chinatown, ale w końcu się przemogłam. Poza tym miałam długą przerwę, więc brnęłam przez pierwsze ileś tam, ale potem było lepiej i lepiej. W drugiej połowie książki trafiłam na ładnie poprowadzone wątki, już nie dłużyło mi się nic. Jedynie Madzia miała rację, co do zakończenia. Jeśli ktoś najpierw czytał Larssona, to zdecydowanie ma małe ksero. Wiadomo, że nie dokładnie to samo, ale mocno podobne i nasuwa skojarzenie. To jest taki mały minusik tej książki. Poza tym raczej na plus. No i bardzo miły motyw z odwiedzinami Szczurka i Miśka. Swoją drogą... już jakiś czas temu znalazłam dla Maury nowego kawalera i jakoś nie bardzo po mojej myśli prowadzi Tess ten wątek. Znaczy.. pewnie w końcu ich połączy, on chce, ona będzie chciała, ale niemrawo to idzie, kolejną książkę już... A ja chciałabym poczytać, że i ona jest szczęśliwa.