Pytałam już o to, zapytam raz jeszcze. Wtedy kiedy Leszek w szpitalu prosił przekazać Uli, że ją kocha to mówił szczerze czy to było bardziej dla uspokojenia sumienia?
Jestem tego samego zdania co Anula. Wydaje mi się, że był szczery. Od początku podkochiwał się w Uli, ale na większe zainteresowanie z jego strony go niestety niebyło stać, bo głowę miał zaprzątniętą innymi sprawami. O szczerości jego słów świadczy dla mnie również fakt, że gdy Siekierko zbił go za próbę samobójczą Uli, to Leszek się nie bronił. Wiedział, że postąpił źle, ale też musiał coś do niej czuć. Jeżeli porównamy sobie dwie sceny: scenę zbicia Leszka i scenę zbicia tego drugiego pracownika, to widzimy zupełnie dwie różne postawy. Ten drugi też wiedział, że źle zrobił, jednak szedł w zaparte. A Leszek pokornie przyjmował kolejne razy. I zapomniałabym całkowicie o rozmownie Uli i Leszka, która też potwierdza szczerość Talara. Siekierko każe mu pojechać z węglem na chwilę przed ślubem. Leszek pierwotnie nie chce się zgodzić, a później jednak zmienia zdanie. Dlaczego? Bo Ula mu powiedziała, żeby się zgodził i posłuchał jej ojca, bo inaczej ten go wyleje, a ona nie chce żeby odchodził.

"Jedenaste: Nie wychylaj się."
Czyje to właściwie było przykazanie? 
Słowa te padają z ust Jurka Korna. Wydaje mi się, że wszyscy robotnicy FSO wiedzieli, że warto przestrzegać tego przykazania. To jest to o czym pisałam już wcześniej. Trzeba być przeciętnym, bo ten nie wystaje. Choć pewnie jednak każdy z bohaterów mógłby przyjąć i przestrzegać tego przykazania.
A na mniejszy wyrok dla Andrzeja, mam wrażenie, że wpłynął Jasiński - mylę się? 
Może nie tyle wpłynął, co na pewno stał po jego stronie. Starał się bronić Andrzeja, widać było, że chce mu pomóc. W końcu to z jego ust padają słowa: "Musimy wziąć pod uwagę intencje inżyniera Talara". Wiedział, że tylko to może zapewnić łagodniejszy "wyrok" Andrzejowi. I udało się. Także jakiś swój udział Jasiński w tej sprawie miał

A mnie udało się zobaczyć odcinek 12. Utwierdziłam się tylko w przekonaniu, że jest to wspaniały odcinek i mój ulubiony. Sama nie wiem od czego powinnam teraz zacząć, tyle się dzieje. Odcinek jest dość długi. Tak jak poprzednie miały około 1h 20min., tak ten ma około 1h 40min.. I tak jak w jednej minucie możemy się cieszyć i śmiać z bohaterami, tak w tej samej możemy z nimi płakać. Tyle jest wzruszających momentów, że nie ma innej możliwości jak oglądanie z chusteczkami. Wiele istotnych spraw zostało przez nas już opisane. Postaram się jednak jakoś poukładać moją wypowiedź.
Warto chyba zaznaczyć, że poprzedni odcinek został zrealizowany i (chyba też) wyemitowany w 1982 roku. Odcinek 12 to rok 1987, czyli pięć lat później. Dla mnie widać ogromnie tę różnicę. Jest to dość istotny fakt, bo wyjaśnia wiele sytuacji, które wpłynęły na losy bohaterów. Tomasz Borkowy, gra Andrzeja tylko w jednej scenie - powrotu z FSO. W innych gra już jego dubler (co bardzo dobrze słychać po głosie), bo Borkowy wyjeżdżał już wtedy do Wielkiej Brytanii, także wyjazd Andrzeja do Włoch, był tym podyktowany. Podobne zabiegi były wcześniej stosowane w przypadku Krzysztofa Pieczyńskiego i Joanny Pacuły. Bronek ginie, bo Pieczyński wyjeżdżał do Stanów, tak samo jak Pacuła, ale w przypadku serialowej Ewy po prostu zamieniono aktorki. Wracając do 12 odcinka... Jeżeli chodzi o Jasińskiego, to pojawia się do scen z wyprowadzką Mietka. Ani na pogrzebie Popiołka go nie ma, ani w scenie przygotowania do wielkiej wyprowadzki ze Złotej. Jak już wcześniej pisałam, Wirgiliusz Gryń niestety nie dożył premiery tego odcinka. Śmierć Popiołka była również podyktowana scenarzystom przez los. Z przyczyn rodzinnych Wacław Kowalski zrezygnował z dalszego grania. Scena, w której Talarowa przymierza suknię na ślub kościelny a Popiołek jedzie do Osucha, jest jak dla mnie również zmontowana. Mogę się mylić, pewności nie mam. No i do tego scena końcowa, która najbardziej pokazuje różnice. Wystarczy porównać sobie Halinkę i Mundka z tej sceny i z wcześniejszych. Mundi dopiero co miał kruczoczarne włosy a na pogrzebie Popiołka i na samym końcu ma włosy lekko siwe. A Halinka? Początkowo blondynka a w ostatniej scenie już też prawie siwa. Ok, mogę zrozumieć, że to od zmartwień związanych ze śmiercią Popiołka i wyprowadzką ze Złotej

Fajnie się ogląda te sceny. Widać, jak się zmienili aktorzy.
To co najbardziej lubię w tym odcinku, to oczywiście Jasińscy, ale tego tłumaczyć nie muszę, to widać.

Większość już napisałyśmy, że Mietek odchodzi, że Lidka jest dobrą matką i że strasznie szkoda Stanisława. Śmieszy mnie tylko to, że w tym całym FSO "góra" nie umiała liczyć, że skoro jest rok 1967 a Jasiński urodził się w 1903, to jakby nie patrzyć nie skończył jeszcze 65 lat. Jednak na emeryturę go wysłali, bo już 65 skończył. Ciekawe

Mnie zastanawia Henio Lermaszewski. On był żonaty przed Danusią z Sierpuchowa?
W scenie, kiedy wybiera się z Talarową by obejrzeć co to otrzymała w testamencie odnalezionym w piecu, mówi do jakiejś kobiety stojącej przed kamienicą : "kochanie zaraz wracam". No i tak, kobieta zdecydowanie za młoda na matkę, nawet jeśli miałoby to brzmieć: "kochani, zaraz wracam". Hmmm...to mnie właśnie zaciekawiło 
No miał tam jakąś "towarzyszkę życia" w tym odcinku. Wszędzie z nią chodził, mieszkała z nimi chyba też, bo wciąż się kręciła na Złotej. No, ale przecież mogło im nie wyjść, prawda?

Swoją drogą, podobno gdyby Złota istniała po wojnie w miejscu, w którym była przed wojną, to znajdowałaby się w okolicach Pałacu Kultury. W testamencie jest ul. Śliska, która również znajdowała się w tych okolicach. Pewnie jest to jakieś nawiązanie.
Leszek - ten to miał głowę do pakowania się w kłopoty. Jak nie ślub, to wyścigi konne. Nie umiem zrozumieć tylko, dlaczego jego były dowódca tak go namawiał do obstawienia tych pieniędzy? Bez sensu... Faktem jednak jest, że go namówił. A "z końmi jak z kobietami, zawsze najlepsze okazują się nie te, na które stawiamy". I pieniądze zniknęły bardzo szybko. Syrenkę zachciało mu się sprzedać, żeby odzyskać pieniądze, ale i do tego nie doszło. A mówił mu Henio, gdy wsiadał za kierownicę, że może do konfesjonału dojechać. I mało brakowało, żeby znalazł się na tamtym świecie. W tych scenach widać również, że Syrenka, którą myje Ewa z chłopcami pod blokiem, to inny model niż ten, którym rozbija się Leszek. Ot, taka mała podmiana samochodu

No i historia miłości Talarowej i Popiołka

Czyż można wyobrazić sobie piękniejszą? Początkowo pomysł Halinki z ogłoszeniem wydaje się absurdalny. Były bokser, którego wyrzuca Mundi rewelacyjny.

A później ta niepewność Marii, kogo spotka w "Domu chłopa". Jak razem jechali tramwajem, to żaden prawdy nie powiedział. Talarowa jechała do kościoła jak zwykle, a Popiołek "wyjechał załatwić sobie trochę spraw w mieście". I to zaskoczenie jak się później dowiedzieli prawdy. Zaskoczenie a zarazem ulga i radość, że trafili na kogoś kogo znają. Jakże urocze są ich spotkania, rozmowy, to kombinowanie, co by tu powiedzieć Ewie, że jak nie msza to inne majowe.

I te rozpadające się w odpowiednich momentach krzesła w mieszkaniu pana Ryszarda.

Pięknie pokazane uczucie dwojga ludzi po sześćdzi... ekhm... pięćdziesiątce

I jak tu ich nie kochać? Szkoda, ze to wszystko kończy się tak tragicznie, ale to ma jednak drugie dno, o którym pisałam wcześniej. Scena pogrzebu bardzo mocna. Wszyscy lokatorzy pochyleni nad grobem. I przemowa Kazanowicza, pełna smutku, wyrzutu do Boga, że "tak się nie robi". "Co to za dom bez Pana Popiołka? Co to za Warszawa bez niego? Panie Rysiu, tu nie lokatorzy stoją, tu stoją sieroty, sieroty po Tobie..."

I jeszcze w tle ta charakterystyczna muzyka, która u mnie zawsze wyciska łzy. Koniec świata...
Całe szczęście lokatorzy Złotej nie musieli się ostatecznie wyprowadzić, bo jak wiadomo w domu tym ukrywał się towarzysz Wiesław

Tak miała kończyć się historia losów mieszkańców kamienicy przy ul. Złotej 25. Cieszę się jednak, że powstały kolejne odcinki

Mam nadzieję, że napisałam wszystko to co chciałam. Jeżeli coś jeszcze przyjdzie mi do głowy, to najwyżej dopiszę...