Mnie się wątek Jona i Ygritte podobał. Może nie najlepszy jeśli chodzi o napięcie, ale to było uzależnione od charakteru Snow'a. To raczej skryty chłopak, z kompleksem bękarta, nauczony, że nie ma "takiej wartości" jak prawowite dzieci Starka. Największą jego zaletą, jeśli chodzi o atrakcyjność bohatera, to ciągłe dylematy, ciągle stawiano go w sytuacjach, w których musiał coś wybierać. No i to, że wciąż czegoś musiał się uczyć.
A ja jestem tak pomiędzy wami. Zgadzam się z Jean, że Ygritte jest trochę irytująca z tymi swoimi odzywkami. Poza tym nie do końca rozumiem jej zachowanie wobec Jona. Niby Go kocha i tak dalej, ale momentami to mam takie wrażenie, że go nadal wkręca i tak na prawdę zaraz wykręci mu jakiś numer.
No wiesz, Ygritte to nie Sansa, dama wychowywana w królewskich niemal warunkach, w kochającej się rodzinie. To dziewczyna z Dzikich. Tam od małego się polowało, walczyło (i nie tylko z ludzkim wrogiem ale także z naturą - kraina nie należy raczej do przyjaznych), a co za tym idzie ufność nie leżała w ich naturze. Ygritte stosuje zasadę - zanim ktoś cię zaatakuję, zrób to pierwsza. Poza tym jest dziewczyną, powinna być słabsza, więc musi pokazać, że tak nie jest. Ygritte wyczuła, że Jon to taki "prawiczek" we wszystkim, mało jeszcze wie o świecie, a już na pewno o świecie na północ od Muru. I to ona tak naprawdę jest bardziej doświadczona w życiu, niż ten chłopak. Dlatego mu powtarza "mało wiesz Jonie Snow".
Nie wiem, czy Ygritte go kocha, ale na pewno bardzo go lubi. I tak naprawdę ich stosunki jako "para" podobały mi się chyba najbardziej. Rozwijały się "normalnie". Była jeszcze Brienne i Jaime, ale tu bardziej chodziło o szacunek, może przyjaźń, niż o miłość.
I po co oni właściwie lezą na ten Mur- pomóc czy napaść?
Na pewno nie pomóc. Dzicy mają na pieńku ze Strażą Nocną. Są uważani za zgraję wyrzutków, bandytów, buntowników . Sam ich szef, Mance Rayder, należał przecież do Wron, ale nie bardzo potrafił się podporządkować regułom rządzącym SN i zwiał za Mur, tworząc własne królestwo.
Dzicy chcą po prostu zdobyć Mur dla siebie, to bardzo strategiczne miejsce. Tak jak powiedziała Justek, może chronić zarówno przed ludźmi z Westeros, jak i Innymi.
Później zaś, po ścięciu Neda, wszystko to zostało zastąpione przez udawany szacunek, wynikający z dobrego wychowania Sansy
Powiedziałabym, że bardziej ze strachu i bezradności. Sansa zdała sobie sprawę w jakiej pułapce się znalazła i co może ją uratować. Przytakiwanie.
Dokładnie. Jest samiuteńka w gnieździe żmij, więc zdała sobie sprawę, że tylko całkowite poddaństwo (a właściwie udawanie go) może ją uratować. To akurat zrozumiała. Choć tak do końca wcale nie zmądrzała. Nie nauczyła się nie ufać ludziom. Wie gdzie jest, w jakim położeniu się znalazła, a wystarczy, że ktoś się do niej uśmiechnie, ktoś ją pocieszy, ktoś jej obiecuje pomoc a ta już się odkrywa, już się zwierza.
Co do Dan...powtórzę się, ale ja ją lubię
Choć prawda jest taka, że nie potrafię sobie wyobrazić jej w realiach życia w Siedmiu Królestwach, walczącej w grze o tron np. przeciwko Tywinowi. Chociaż trzeba przyznać, że może być interesująco, w końcu jest Matką Smoków i to stanowi jej siłę, potrafi również znaleźć wspólny język z ludźmi, którzy mają dla niej walczyć. Ja np. obstawiałabym, że ona mogłaby się "zbratać" z Dzikimi
ale to oczywiście tylko moje spekulacje.
Też ja lubię. Z różnym natężeniem tej "miłości", ale lubię

W pierwszym sezonie bardzo, w drugim troszkę mniej, a w trzecim najbardziej. Dlaczego? Bo ona chyba jedna w ciągu trzech serii przeszła największą metamorfozę z dziewczęco niewinnej, zahukanej, bardzo uzależnionej od brata do zdecydowanej, twardej, władczej. I nadal ma zasady. Na dodatek te zmiany zachodziły stopniowo. Na naszych oczach Dany uczyła się życia, które ma doprowadzić ją do Żelaznego Tronu. I o ile nie mogłabym sobie jej wyobrazić walczącej o ten tron w pierwszym sezonie, kiedy była taka krucha, to teraz właśnie mogę.
Pierwsze oznaki były już w drugim sezonie, kiedy próbowała przeżyć wraz z garstką Dothraków po ich upadku, ale wtedy jeszcze błądziła we mgle, jej decyzję nie były do końca trafne.
A już całkiem wytrawną władczynię pokazała w momencie targu o Nieskalanych. To było mistrzostwo świata. Mało kto wytrzymałby bez mrugnięciem oka, gdyby ktoś go wyzywał od najgorszych, jawnie pokazywał, że ma go za nic, że drwi sobie z niego. Ona wytrwała do końca i jeszcze na dodatek zrobiła w bambuko Kryznosa. Udając "zieloną w interesach". Gdyby Kryznos uznał ją za godnego przeciwnika, od razy skapnąłby się, że Dany w życiu nie pozbyłaby się smoka. Co więcej wykorzystałaby "swoje dzieci", żeby pozbawić go wojska bez zbędnego targowania się.
Kolejna mądrość Dany przejawia się w tym, że ona zdaje sobie sprawę iż szanując maluczkich, zjedna sobie ich przychylność (o czym wie o także na przykład Margaery, zjednując sobie poddanych ciepłym słowem, pomocą biednych, tylko że Dany robi to dodatkowo z serca, a Margaery z wyrachowania), dlatego jest dobra dla nich - Nieskalanym na przykład zwróciła wolność.
Ja sobie jedynie wyobrażam, że w obliczu większego zagrożenia/wroga większego kalibru , można swoje siły połączyć i na chwilę zapomnieć co kto wcześniej o kim mówił.
Inaczej księżniczka ze smokami zastanie kraj pełen zombie. Swoja drogą, ta też bywa irytująca. Niedługo morza się będą na jej znak rozstępować.
Wcale bym się nie zdziwiła

Przecież to serial fantasy, magię mamy w pakiecie. Co niektórzy zmartwychwstają (Beric Dondarion - szef Bractwa Bez Chorągwi, wiem, że zmartwychwstanie także jedna z lubianych przez widzów postaci

), niektórzy zmieniają twarz na zawołanie - Jagen H'ghar, w samej Dany płynie smocza krew, jest potomkinią pierwszych władców Siedmiu Królestw, ma smoki na usługach. Dlaczego więc nie może mieć władzy nad morzami?

Inni w Westeros się leją między sobą, intrygują, a ona powoli, konsekwentnie posuwa się coraz dalej. Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta
