Ostatnio w szkole mieliśmy pogadankę o aborcji. Z tego, co wiem, można ją przeprowadzić, kiedy życie matki jest zagrożone, kiedy życie dziecka jest zagrożone i w przypadku, kiedy matka była ofiarą gwałtu.
W tej chwili nie mam bladego pojęcia, co zrobiłabym, gdybym miała decydować w takiej sprawie. Jeśli się dokona aborcji, zostanie to na całe życie. Rany fizyczne się z czasem zagoją, ale psychiczne-nigdy. Wydaje mi się, że aborcji nie powinno się dokonywać, chociaż by z tego powodu, że odebranie życia nienarodzonemu dziecku spowoduje traumę na całe życie. Być może potem matka, która dokonała zabiegu, będzie żałować, że mogła jednak zadecydować inaczej. Jeśli chce już koniecznie, użyję brzydkiego słowa, 'pozbyć się' dziecka, niech chociaż pozwoli mu się urodzić. Zawsze są inne rozwiązania, np. oddanie dziecka do adopcji.
Czytałam również kiedyś tekst, trochę dłuższy, również bardzo wzruszający. Losy dziecka nazwanego przez rodziców TOTKIEM, poczętego z anencephalią (bezczaszkowiec). Powstał w głównej mierze na podstawie relacji matki.
Wyrosła i wychowała się w domu, w którym w sposób szczególny zwracano uwagę na wartości chrześcijańskie i humanitarne. Matka lekarz, aktywna w wielu dziedzinach życia, zwłaszcza w obronie życia nie narodzonych ruchu w ?pro-life?, oraz nauczyciel naturalnego planowania rodziny - znana w Polsce, w Anglii, na Litwie, Rosji, Niemczech - nadawała ton, którym brzmiała cała rodzina. Jej ojciec, inżynier, wykładowca na lokalnym uniwersytecie, oprócz tego, że żyje sprawami żony, angażuje się w różnego rodzaju akcje katolicko-społeczne. Atmosferą otwarcia się na innych, tworzoną przez jej rodziców oddychał cały dom: młodsza siostra i jeszcze dwaj młodsi bracia.
Już jako studentka medycyny zainteresowała się etyczną stroną inżynierii genetycznej, dzieląc się swoimi przemyśleniami na różnego rodzaju konferencjach, sympozjach narodowych i światowych, w grupach studenckich na uniwersytecie, w szkołach. Wzorem swojej matki zaangażowała się w ?pro-life? i kobiece organizacje katolickie. (Dzisiaj, gdy piszę artykuł, poleciała do Canberry na Światowy Kongres Kobiet Katolickich). Ukończyła medycynę ze specjalizacją pediatrii, kierując swoją uwagę naukową na neonatologię (gałąź pediatrii, która zajmuje się utrzymaniem przy życiu i ochroną dzieci urodzonych od 23 tygodnia ciąży).
Choć podjęła pracę zawodową w szpitalu, angażowała się dalej w różne prace społeczne, niekoniecznie ?pro-life?, jak np. czynny udział w Zrzeszeniu Studentów Polskich w Wielkiej Brytanii. Tam poznała swojego męża.
Zaszła w ciążę, którą wspólnie z mężem dokładnie zaplanowali. I od tego właśnie momentu zaczyna się historia życia Totka, poczętego dziecka, które ze względu na niewiadomą jeszcze dokładnie płeć, nazwali rodzice Totkiem, czyli To-to, co się ma narodzić.
W pierwszych miesiącach ciąży, choć dokuczały jej nudności i trudno było pracować, czuła się szczęśliwa. On pragnął doświadczyć ojcostwa. Myślał, jak to będzie, gdy ujmie główkę dziecka w swoją dłoń, oprze jego ciało na swoim przedramieniu. Będzie uczył Totka jazdy na nartach. Trzeba się będzie przenieść bliżej szkoły. Pamięta kartkę napisaną mężowi w Dniu Ojca, którą włożyła mu pod poduszkę. Śmiali się potem, komentując, jaki Totek jest już mądry.
Pojechali na pierwsze badanie. Zastanawiała się, czy nie będzie dwóch Totków, bo była większa niż kobieta powinna być w tym okresie ciąży. Były bliźniaki w rodzinie, więc przypuszczała, że tak może być w jej przypadku. Spotkali się w szpitalu. Wziął aparat fotograficzny, chciał zrobić żonie niespodziankę z USG, nie wiedząc, że z tego badania nie może otrzymać zdjęcia.
Był to 14 tydzień ciąży. Zobaczyli na USG rączki, nóżki, kręgosłup, żebra, bijące serce. Dosyć dużo płynów. Jest buzia. Prosiła, aby Pani od USG pokazała jej resztę głowy. Mówiła, że nie widzi. Matka rzekła błyskawicznie- anencephalia (bezczaszkowiec). Pani odpowiedziała, że zgadła sama. Zawołała radiologa, który potwierdził: nie ma uformowanej kości czaszki, a przez to mózg nie rośnie. Anomalia, z którą dziecko nie może żyć. Mąż nie wiedział, dlaczego zaczęła gwałtownie szlochać. Wyjaśniła o co chodzi. Był wstrząśnięty. Próbował ją podtrzymać, ale oboje byli ogłupiali.
Potem spotkania z lekarzami. Powiedzieli, że są dwie opcje. Większość wybierała najłatwiejszą, bo pozbycie się ciąży z anomalią. Inni, że może ciążę kontynuować. Było to w środę. W piątek byli gotowi ją przyjąć, aby Totka usunąć. Powtarzała cicho: ja nie chcę w piątek, ja nie chcę przyjść w piątek.
Ale papiery zostały przygotowane. Jak się rozmyśli - mówili lekarze - może odwołać. Idź, przemyśl wszystko, jesteś dziś zdezorientowana.
Zadzwonili do rodziców obojga. Reakcja - żarliwa modlitwa. Oni też. Mąż bał się o żonę, nastraszony przez lekarzy perspektywą komplikacji w czasie ciąży. Ale też nie pragnął śmierci Totka. Sprzeciwiało się to religijnym przekonaniom wyniesionym z rodzinnego domu. Jaka nieszczęśliwa byłaby jego ukochana babcia! Nie chcieli tego oboje. Rozmowa z księdzem umocniła ich. Nie mogła skrzywdzić własnego dziecka. Na ekranie widziała przecież, jak ruszają się jego nóżki, rączki, uderza serduszko. To jest dziecko, ono żyje. Gdybym je zabiła - powiedziała - sama nie potrafiłaby żyć!
Następnego dnia, ogłuszona bolesną wiadomością, poszła do pracy. Powiedziała kolegom - pediatrom, co się stało. W odpowiedzi odrzekli: weź półtora tygodnia i ?wysortuj się?. Zrozumiała jednoznacznie radę. Myśleli, że wróci bez ciąży. Byli zaskoczeni, gdy wróciła w tym samym stanie. Wysłali ją na ultrasonografię, która potwierdziła raz jeszcze ciężką anencephalię. Od brwi wzwyż nic się nie wytworzyło. Rozmawiała z konsultantką, która powiedziała, że przyjmuje ją do szpitala na usunięcie. Była przekonana o jej ?tak?. Odrzekła, że się nie zgadza. Usłyszała wówczas: nie wygłupiaj się, nie rób z siebie trumny. Broniła się, że dziecko żyje, a jeśli obumrze, przyjdzie, by wywołać poród. Nieustępliwa lekarka zadzwoniła do specjalisty od rozwoju płodu, aby on doprowadził matkę Totka do decyzji, która zdaniem konsultantki była słuszna. Znów USG, bardziej złowieszcze: tkanka mózgowa pływa w strzępach wokół twarzy. Profesor też demonizował. Będzie miała dużo wód, nie zacznie rodzić sama, bo przysadka mózgowa u dziecka nie wytworzy się, by produkować hormony stymulujące poród. Trzeba będzie robić cesarkę, co z taką ilością wód jest niebezpieczne, grozi embolią, a w konsekwencji śmiercią na stole operacyjnym. Odpowiedziała, że będzie przychodziła regularnie na odprowadzanie płynów, by móc dalej kontynuować ciążę. Specjalista swoje: ma pamiętać o swoim zdrowiu na przyszłość. Zrozumiała, że podobnie jak koledzy, radził jej operację. Opanował ją lęk.
Szukała innych opinii. Znalazła ją u ginekologów ?pro-life?. Jeden z nich powiedział, że tylko w 50 % przypadków jest za dużo płynu, czasem takie dzieci rodzą się bez cesarskiego cięcia. Jeśli nie ma szansy uratować dziecka, ginekolog powinien zrobić wszystko, aby zapewnić maksymalne bezpieczeństwo matce. Bez cesarki, spuścić płyn, a potem stymulować poród. W tamtym szpitalu tego jej nie mówiono, naświetlano sprawę tendencyjnie. To, co usłyszała w tym szpitalu, uspokoiło ją do pewnego stopnia. Zdecydowali ciążę kontynuować.
To bolesne doświadczenie zbliżyło całą rodzinę. Pogłębiła się też więź między małżonkami. Odprężyli się nieco, gdy lekarze zgodzili się otoczyć matkę opieką. Jeśli będą komplikacje, będą radzili wywołać poród. Nie wcześniej jednak, jak w 20-26 tygodniu, wtedy bowiem będą mogli Totka ochrzcić i pochować. Byli w trójkę tacy szczęśliwi. Jak długo była w ciąży, Totek żył i był bezpieczny. Wywołanie porodu w tym okresie, znaczyło jego śmierć. Takie dzieci jak on, donoszone do 40 tygodnia, rodzą się nieżywe, albo jeśli żywe, żyją od kilku do kilkudziesięciu godzin. Natomiast w 20-26 tygodniu umierają w czasie porodu. Totek nie byłby jeszcze zdolny oddychać samodzielnie i zmarłby natychmiast. Wywołany w tym czasie poród ograbiłby potencjalnie ich dziecko z godzin, które dawała mu donoszona ciąża, w sumie życie poza łonem matki. Pragnęli je przecież ochrzcić. Napisali list do Ojca Świętego. W 26. tygodniu ciąży, przed pierwszym pójściem do szpitala, pojechali do Lourdes. Wierzyli, że Bóg, jeśli zechce, za pośrednictwem Matki Bożej, może sprawić cud. Ale tutaj modlili się o to, co dla Totka najlepsze, bo może to, czego oni chcą, nie jest być może tak dobre, jak pomyśli dla niego Bóg. Gdy wylądowali, przestała czuć ruchy. Tak było przez całe trzy dni. Niepokoiła się. Ale jeśli się ma to stać, niech będzie to tu, w Lourdes. Zastanawiali się nad imieniem. Ponieważ ofiarowali je tutaj Matce Bożej, nadali Totkowi imię Maria. Ojciec tak był przekonany, że gdy wracał z pracy mówił: - No, jak tam dzisiaj moje dziewczyny?...
Gdy samolot poderwał się do lotu, poczuła na nowo ruchy Totka. W Lourdes był spokojny. Nie doznała wprawdzie cudu, ale wracała z pogłębionym przeświadczeniem, że Pan Bóg zrobi wszystko, co dla dziecka najlepsze. Choć to przekonanie jej nie opuszczało, trudniej było to wszystko przyjąć. Może to pomyłka i wszystko będzie w porządku - łudziła się.
Na miejscu czekała na nich radosna niespodzianka. List od Ojca Świętego, który napisał m.in.: Wielkiej ofiary zażądał Pan Bóg od Was, ale Jego Wszechmoc, Miłosierdzie i plany nieprzeniknione przewyższają nasz rozum. Włączam w krąg mych modlitw Waszą prośbę i ufam, że Pan Bóg Miłosierny Was nie opuści (...).
Ciąża się rozwijała. Totek ruszał się energicznie jak każde dziecko. Ale u niej zaczął się problem z nerkami. Infekcja za infekcją, krótsze i dłuższe pobyty w szpitalu. Widoczne zmiany w USG. W 30. tygodniu zaczęła się samoistnie akcja porodowa, ale ustała. Lekarze napierali, że dalsze kontynuowanie ciąży szkodzi jej zdrowiu. Ale ostatecznie zgodzili się na wywołanie porodu w 37 tygodniu, wtedy gdy Totek będzie już w pełni donoszony. Badania wykazały, że wszystkie organy Totka były uformowane prawidłowo, z wyjątkiem czaszki.
Powstała wówczas myśl, że jeżeli Totek będzie żywy, a nie będzie mógł istnieć dalej, dadzą jego organy na przeszczep dla innego dziecka, pragnąc pomóc i dać nadzieję innym rodzicom. Szukali też intensywnie wskazówek, kiedy najlepiej wywołać poród. Chciała uspokoić sumienie, czy przyśpieszenie porodu nie jest aby przerwaniem życia dziecku. Odpowiedzi moralistów były różne: z Anglii i Rzymu twierdzili, że w szóstym miesiącu ciąży, może żyć wspomagane przez aparaturę. Totek nie mógł żyć, więc była to żadna odpowiedź. Moraliści z Polski przesuwali tę granicę do ósmego miesiąca.
Zrozumieli, że opinie dyktowane są stopniem rozwoju sprzętu technicznego, zdolnego utrzymać dziecko przy życiu. Próbowali też dowiedzieć się, jakie są kryteria pobierania organów na przeszczep. Kościół katolicki zgadza się na przeszczep, kiedy nastąpi śmierć pnia mózgu. Tutaj był problem, gdyż u dzieci bezczaszkowych trudno ten proces ustalić. To ją dręczyło. Chcieli, aby Totek pomógł jakiemuś dziecku, ale za skarby świata by nie pozwolili zabrać organów za wcześnie.
Po ostatniej infekcji znów znalazła się w szpitalu. Kiedy zaczęło się poprawiać, lekarze orzekli, iż nerki mogą ulec trwałemu uszkodzeniu, że właśnie teraz trzeba zdecydować się na poród. Wróciła do domu, aby się przygotować. Poród zaczęli wywoływać w poniedziałek.
Totek urodził się w środę, w świętego Mikołaja, w 37 tygodniu plus jeden dzień. Sam poród nie był łatwy. Gdy zobaczyła główkę, zaczęła płakać. Dziewczynka nie oddychała. Reanimowali ją. Ksiądz, który już czekał, ochrzcił dziecko z wody, nadając zgodnie z wcześniejszym życzeniem, imię Maria. Wtedy złapała oddech. Miała posiniaczoną buzię, bo rodziła się twarzą i trudno ją było złapać. Normalnie zbudowane dziecko, ale nad brwiami jakby ktoś ściął pół głowy. Z tyłu i z boków widać było czarne kręcone włoski, niebieskie oczka, lewe strasznie opuchnięte, ale drugie otwierała. Męczyła się oddychając. Do rączki dostała krzyżyk, podarunek chrzcielny od babci, kupiony w dniu, kiedy dowiedziała się, że będzie babcią. Poświęcili go w Lourdes. Totek był bardzo chory. Miał duże zakwaszenie krwi. O przeszczepie nie mogło być mowy. Była za mała, ważyła 2.100 kg. Na serce czekała 3-miesięczna dziewczynka o tej samej grupie krwi, ale o większej wadze.
Dziadek i wujkowie, gdy dowiedzieli się, że zbliża się poród, wsiedli nocą w samochód i po 4 godzinach jazdy pośród śniegu, dotarli do szpitala. Chcieli dojechać, zanim Totek się narodzi. Zdążyli. W prezencie przywieźli misia, którego bliźniacy wyprali i przewiązali nową wstążką. Przed laty dostała go matka Totka, potem bawili się nim oni sami. Przyszła też siostra.
Maria żyła 3,5 godziny. Otwartą główkę nakryli czapeczką. Przez cały czas ojciec i matka trzymali małą na rękach, modląc się, i pieszcząc swoje Toto. Był to czas ich szczęścia. Nie oddaliby tych chwil za nic na świecie. Matka trzymała palec na pępowinie, kontrolując tętno. W pewnym momencie powiedziała: ?Boże, przyjmij naszą córeczkę. Umarła, krzyżyk wypadł jej z rączki?. Wrócili z Totkiem z porodówki do samodzielnego pokoju, gdzie mogli zostać tam z mężem i rodziną całe 24 godziny.
Ta doba była dla nich kolejnym darem. Odwiedzał ich personel szpitala, nie zamykały się drzwi. Potem musieli ją oddać. Pojechała na sekcję. Orzeczenie brzmiało: normalnie ukształtowana dziewczynka, z prawidłową ilością chromosomów, układem organów, z wyjątkiem czaszki. Następnego dnia matka wyszła ze szpitala.
Pogrzeb Totka odbył się w tydzień później. Do tego czasu była z nimi rodzina. Babcia, podobnie jak kiedyś do chrztu swoich córek, tak i teraz, dla wnuczki, uszyła białą sukienkę. Ubrali w nią Totka, nie zapominając o krzyżyku do rączki. Pojechali do kościoła razem. Między rodzicami biała trumienka. W kondukcie krąg rodziny i przyjaciele. Potem spopielenie w krematorium. Zastanawiali się, kto dokona podsumowania życia Totka, jak się to czyni normalnie na cmentarzu. Wyszło na nią, jako że była z nim od pierwszego dnia i miała przywilej na owe 3,5 godziny.
Powiedziała więc: ?Nie można myśleć, że żyła tak krótko, a przez to niewiele dokonała. Zrobiła bardzo dużo. Zarówno przed swoim narodzeniem, w życiu, jak i po śmierci. Trzeba zacząć od tego, że gdy ludzie dowiadywali się z różnych stron, co dzieje się z naszym dzieckiem, modlili się żarliwie. Robili to nawet ci, którzy nie robili tego przedtem. Niektórzy zaś modlili się jeszcze więcej i goręcej. W sumie przybliżyli się do Boga. Odprawiały się za Totka Msze św. Wieść o nim wytwarzała u ludzi postawę otwarcia, wyzwalała się miłość bliźniego. Dał sposobność, że nam, rodzicom, okazywano tak wiele życzliwości. Nie tylko najbliżsi i przyjaciele, ale ludzie, którzy nas przedtem nie znali. Mieliśmy dużo poparcia zarówno od katolików jak i wyznawców innych religii. Przychodzili pracownicy szpitala, chcieli Totka widzieć. Jego istnienie dawało im wiele do myślenia, że tak może być. Totek stał się niejako symbolem tego, że każde dziecko ma prawo żyć od poczęcia do jego naturalnej śmierci, bez względu na to, czy jest chore czy zdrowe. Ma prawo się urodzić, być ochrzczone i kochane?.
Urnę z prochami Totka złożyli w grobowcu Dziadków. Postawili mu choinkę, bo zbliżało się Boże Narodzenie. Chcieli, aby było tak jak przewidywali, gdyby żył. Jeździli na cmentarz trzy razy w tygodniu, bo dzielą ich dość duże odległości. Modlili się z Totkiem i do Totka. Matka wie jednak, że te prochy to nie to samo kochane jej dziecko, które miała w szpitalu. Ono jest gdzie indziej.
Zamiast kwiatów na pogrzeb Totka prosili o wpłacanie na FUNDUSZ TOTKA, przy Medical Aid for Poland, który z mężem otworzyli z myślą o dzieciach kalekich, odrzuconych, bez żadnych perspektyw u progu życia; niech służy na zakup odpowiedniego sprzętu ułatwiającego im trudną codzienność.