Ja mówię operacjom plastycznym - tak, ale tylko w przypadku oszpeceń powypadkowych.
Problemem jest też to, że czasem zabieg ten zostaje źle wykonany, za dużo tej substancji zostaje wstrzyknięte, opuchlizna ciężko schodzi...i można sobie narobić jeszcze większych kłopotów.
No i właśnie po co się narażać na takie niebezpieczeństwo. Ludzie stosują różne zabiegi, żeby pozbyć się wszelkich "trucizn" z organizmu, a tu jedna z drugą wstrzykują sobie na przykład jad kiełbasiany w usta

Powiększyć je można po prostu umiejętnie nałożonym makijażem. Oszczędzasz zdrowie i kasę

. Inne "defekty" też można w ten sposób zatuszować, a z niektórych zrobić znak rozpoznawczy (Marilyn Monroe, Cindy Crawford z pieprzyka, ta pierwsza nawet go czerniła, aby podkreślić ten "defekt").
Nie sztuką jest zrobić sobie operację plastyczną, sztuką jest zaakceptowanie siebie taką jaką się jest. Oczywiście zgadzam się ze stwierdzeniem, że dużą rolę w tym wszystkim odgrywa psychiczny komfort kobiety. Nie daje sobie rady ze swym wyglądem, może nawet wyolbrzymia problem, więc poddaje się zabiegowi. Jednak istnieje możliwość kolejnego, nazwijmy to niebezpieczeństwa. "Usta mam ok, ale teraz mi się widzi, że nos jakiś taki nie taki jak trzeba" potem może przyjść kolej na uszy, podbródek, piersi... A po jakimś czasie "Usta mogłyby wyglądać jeszcze lepiej...." I wpada taka ofiara w nałóg tworząc z siebie potwora (
Tu na przykład wersja najłagodniejsza takiego przypadku.
Może więc lepiej faktycznie pierwsze kroki kierować do psychologa, dietetyka, trenera a nie chirurga plastycznego.