Odnośnie tego, co Hana powiedziała wczoraj, mam trochę inne odczucia... Przecież ona tak na prawdę w ogóle tak nie myśli. Owszem, stara się być silna i dzielna i świetnie sobie ze wszystkim radzić. Broni się jak może i przed samą sobą nie chce się przyznać, że nie daje rady... A co dopiero przed Piotrem. Ale wydaje mi się i w sumie mam nadzieję, że na dłuższą metę jej to nie wyjdzie i zrozumie, że to przecież Piotr, jej Piotr, przy którym, jak przy nikim innym, może być prawdziwą sobą.
Ona go kochała, kocha... w to nie wątpię. Tylko bzdury plecie!
I obstawiam, że robi to po to, by Piotr ją zostawił. To nie tak, że go nie chce, że ma do niego pretensje... Straciła dziecko, jakoś ją życie doświadczyło, coś zrozumiała. I pewnie w jej główce uroiło się, że rola taty Piotra zobowiązuje. I z dobrego serducha nie chce, żeby Gawryło musiał dzielić czas między nią a Tosię. Chce, by zawsze był przy małej... Uważa, że ważniejsze jest dziecko, to by był z nim... Niż ona i jej uczucia. A idąc tym tokiem musiała mu powiedzieć to, co powiedziała. Bo przecież gdyby powiedziała mu, że go kocha, że tęskni... Piotr chciałby z nią być, nie potrafiłby jej zostawić. I tym samym ona miałaby wyrzuty sumienia, wobec Tosi...
I robi się błędne koło...
Mam szczerą nadzieję, że Hana wkrótce zrozumie, że jej tok rozumowania jest błędny. Piotr da radę być i z nią i z Tosią. Bo przecież nie będzie z Magdą, której nie kocha. A związek z kimś 'dla dobra dziecka' odbiłby się najgorzej, właśnie na Tosi...