Z tym sercem dla biedulki Madziulki to normalnie science fiction

Nie dość, że dostaje je z buta, to jeszcze można powiedzieć, że dawca znalazł się w kręgu znajomych. No proszę jak to ładnie się dla Marszałkówny złożyło.
"Teraz mam po co walczyć" - najbardziej żenujący tekst tego serialu. Ma ojca, ma przyjaciół, charakterna raczej, a nie wieczna pesymistka i nagle tylko Pawełek jest sensem jej życia

Sorry, ale mdli mnie taka beznadziejna melodramatyczność. Dno.
O wątku malarki i jej córeczki już kiedyś mówiłam. Beznadzieja. Mała też mnie denerwuje.
Ale jest druga strona medalu. To, co wyprawia teraz ta dziewczynka, to efekt sprawowania opieki nad nią. Zarówno Ali, która nie poświęcała dziecku tylu czasu, ile trzeba. Ba! Ona nie interesowała się nawet tym czasem, w którym mała pałętała się po mieście. I matka chce mieć nad nią wpływ? Dobre sobie. Dwa trzy lata temu miałam czteroletniego chłopca w grupie, którego rodzice zostawili pod opieką babci, bo wyjechali "za chlebem" za granicę. Syna widzieli tylko w święta Wielkanocne i Boże Narodzenie. Nieobecność rekompensowali zabawkami. Teraz babcia rady sobie z nim nie może dać. Chłopak pomiata nią, wyzywa, pluje na nią.
Plany Basi z serialu opierają się na ogromnej potrzebie posiadania tatusia, potrzebie miłości rodziców. Ze strony matki ma jej namiastkę. A na dodatek koleżanki mają tatusiów - bohaterów, a ona swojego nie zna, czyli w jej mniemaniu jest gorsza. Nikt nie widzi problemu tej dziewczynki, nikt jej nie tłumaczy dlaczego tak jest, nikt z nią nie rozmawia. Co gorsze "tatuś", którego ona sobie upatrzyła utwierdza ją w przekonaniu, że może nim być. Spędza z nią dużo czasu, przyjmuje ją u siebie w domu (czy ona czasem nie nocowała u niego?

), zabiera do swojej rodziny (pobyt u Kingi i Piotra), przyjmuje rolę tatusia przed koleżanką Basi, spotyka się z mamą. Jednym słowem ciągle obok niej jest. Nic dziwnego, że mała wyobraża sobie, to co sobie wyobraża. Nareszcie spełnia się jej marzenie.
A jeśli wybuchnie bomba z oświadczynami względem Madzi, to ja z kolei nie wyobrażam sobie jaką traumę przeżyje to dziecko. I to wszystko nie z winy dziewczynki. A dorosłych, którzy wydają się nie dostrzegać poważnego problemu.
Z innej beczki - Marta opierniczająca Andrzeja za wypadek syna daje o sobie świadectwo niedojrzałego człowieka. Nie wyobrażam sobie jak ona sprawowała urząd sędzi, w którym to zawodzie trzeba posiadać umiejętność trzeźwego spojrzenia na sprawy. Mam wrażenie, że jej bohaterka żyje w dwóch "jaźniach". Prywatnie rozmemłana, wiecznie z nosem na kwintę, wiecznie naburmuszona, zero radości życia (gdyby mnie tak mąż porwał w siną dal ekstra motocyklem, to z radością poddałabym się temu spontanicznemu zrywowi) - słowem ofiara losu. Zawodowo toż to ma być wielkiej sławy prawniczka: cięta, konsekwentna, zdecydowana, energiczna...

Aż dziw bierze, że jeszcze w wariatkowie się nie znalazła balansując tak w tych dwóch światach
