Maleńka, dzięki za odpowiedź. Miałam jakieś braki w informacjach, niezapełnione luki, ale to przez to moje wybiórcze oglądanie
Nareli, nikt by nie miał do Marty pretensji (a przynajmniej ja), gdyby nie zarzucała Andrzejowi, że raz go nie było przy Ani. RAZ. Tego, że zżył się z małą (i ona z nim), jakby był jej prawdziwym ojcem, tego, że był tam i jest, choć wcale nie ma takiego obowiązku, skoro się rozstali, i tego, że stara się być dla niej oparciem jak tylko może, Marta nie widzi. My wiemy jak było, pani sędzia niekoniecznie, dlatego nie dziwię się, że przypisała zasługę operowania Ani przez Kazana Wiktorowi, bo w końcu to on ma z nim jakieś znajomości i to on załatwił im wizytę u tego lekarza. Chciałabym jednak, żeby Budzyńska była w swoich osądach sprawiedliwa. Fakt, w poniedziałkowym odcinku dziękowała Andrzejowi za wszystko, ale chwilę później z potrojonym entuzjazmem dziękowała Wiktorowi... Z podkreśleniem tego "z potrojonym entuzjazmem".
Nie dziwiłoby mnie aż tak bardzo, że ten entuzjazm był potrojony, gdyby we wczorajszym odcinku Marta nie powiedziała, że Andrzej bardzo przeżywał tę operację, bo jest bardzo z Anią zżyty, ale... momentami był jakby nieobecny. Nie no, skoro był nieobecny, to jest w pełni uzasadnione twierdzenie, że to to samo, jakby go tam w ogóle nie było... Ciekawa jestem co by Marta zrobiła, gdyby rzeczywiście została z tym wszystkim całkiem sama i nie miałby ją kto za rękę chwycić, ramieniem objąć, w głowę ucałować...
czy Wiktor potwierdził, że to on miał wpływ na przyspieszenie operacji i kto będzie Anię operował?
Nie, ale z drugiej strony Marta chyba nigdy nie powiedziała mu, że w to wierzy. On pewnie nadal myśli, że Budzyńska dziękuje mu za pomoc w nawiązaniu kontaktu z Kazanem.