Mnie obaj Zduńscy drażnią, i wcale nie przez grę aktorów. Po prostu jeden to męczennik w miłości, drugi to jak powiedziała Maleńka "mecenasik od siedmiu boleści".
A Marcina nawet lubię. Niezłe ziółko z niego, ale przynajmniej jest szczery i jednak sumienie ma. Gdyby nie miał to dzisiejsza kolacja skończyłaby się inaczej. I tak Maleńka, za tę przygodę przedmałżeńską Kaśka powinna mu dziękować. Gdyby wyszła za Roberta, to wcześniej czy później albo by go zostawiła, albo zdradziła. A Marcin od początku stawiał sprawę jasno.
Scena z mini-koncertem Ewy trochę zbyt wzniosła, zgadza się, że lekko sztuczna, ale sama w sobie całkiem ładnie zrobiona.
Sceny z Andrzejem zawsze mi się podobają, nawet jak występuje w nich drętwa Marta, czy zarozumiały Piotrek. Budzyński nadrabia za dwoje

Za muzykę z tyłówki stawiam odcinkowi 6. Simon & Garfunkel i
Scarborough Fair - przepiękna celtycka miłosna ballada