Autor Wątek: Literatura  (Przeczytany 86615 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Jean

  • Ekspert
  • *****
  • Wiadomości: 2669
  • Płeć: Kobieta
  • Wyróżnienia:
Odp: Literatura
« Odpowiedź #90 dnia: Listopad 22, 2012, 12:35:33 »
Książki, które proponujesz i którymi kusisz, El, będę musiała zakupić, bo w bibliotece ciężko o nie raczej. Niemniej, rekomendacja niezła. Te "50 twarzy Greya" też może przeczytam.
Jak na razie czytam "literaturę kobiecą" tak zwaną, ściślej jedną z książek Moniki Szwai (od Szwaja). Pomimo, że to moje drugie spotkanie z tą panią pisarką to nadal nie mam swojego zdania, bo pisze fajnie, lekko, choć czasem prezentuje poglądy, z którymi się nie zgadzam albo jest zbyt bezpośrednia. No niby to zaleta i ktoś powie - to nie czytaj, ale czasami nie mogę sobie odmówić radości ze skrytykowania czegoś  :D

Offline Maleńka

  • Przyjaciel Forum
  • *****
  • Wiadomości: 2304
  • Płeć: Kobieta
  • Don't be afraid!
  • Wyróżnienia:
Odp: Literatura
« Odpowiedź #91 dnia: Listopad 22, 2012, 12:49:28 »
Ja zaczęłam czytać kiedyś Klub mało używanych dziewic i przyznam się szczerze, że nie skończyłam.
Ale że akcja się dzieje w moim ukochanym Szczecinie to pewnie jeszcze do niej wrócę ;)
Nie przeglądaj forum anonimowo :) Dołącz do nas, zarejestruj się już dziś ;) Zapraszamy <komputer>

Offline Jean

  • Ekspert
  • *****
  • Wiadomości: 2669
  • Płeć: Kobieta
  • Wyróżnienia:
Odp: Literatura
« Odpowiedź #92 dnia: Listopad 22, 2012, 12:57:09 »
No ja też "Klubu" nie bardzo. W ogóle z tym "Klubem" to było tak, że pożyczyłam którąś z kolei część (z głupa...a potem dowiedziałam się, że jednak trzeba po kolei, więc nie czytałam). Może kiedyś wrócę. Natomiast "Jestem nudziarą" przeczytałam całe i raczej byłam zadowolona. Bohaterka była dość swobodna obyczajowo, ale końcem końców miała też wiele innych rzeczy do przekazania więc jej towarzyszyłam:) Teraz męczę "Artystkę wędrowną" i jak na razie sobie radzę.
Akcja też się dzieje w Szczecinie - nie zdziwię się, jeśli w każdej książce tam jest. W tej raczej o wrednym charakterze jedną z bohaterek umieściła autorka w Rzeszowie (że niby najdalej od szczecina, gdzie mieszka ta bardziej pozytywna) - no myślałam, że mnie trafi. W serialach też jak wymieniają Rzeszów to chcą powiedzieć, że pojechał tam i w związku z tym szybko nie wróci. Też coś. A to ładne miasto i przyjazne. Ma pomnik jedyny w swoim rodzaju a teraz jeszcze kładkę jedyną w swoim rodzaju :P

Offline Avant

  • Aktywny użytkownik
  • ***
  • Wiadomości: 133
  • Płeć: Kobieta
Odp: Literatura
« Odpowiedź #93 dnia: Listopad 22, 2012, 16:26:49 »
Książki, które proponujesz i którymi kusisz, El, będę musiała zakupić, bo w bibliotece ciężko o nie raczej. Niemniej, rekomendacja niezła.
Jeśli chodzi o "Wybór Marty" to może uda Ci się znaleźć w bibliotece, przynajmniej u mnie jest kilka egzemplarzy. Szukałam w katalogu, bo El mnie zainteresowała swoją recenzją - dziękuję. :)

Offline El

  • Ekspert
  • *****
  • Wiadomości: 1261
  • Płeć: Kobieta
  • zagubiona w czasie...
  • Wyróżnienia:
Odp: Literatura
« Odpowiedź #94 dnia: Listopad 22, 2012, 17:28:08 »
Ja nie korzystam z biblioteki (chyba że służbowo, z dzieciakami).
Książki kupuje przez internet (tak jak płyty), muszę mieć swoje własne. Czytam kiedy chce, jak długo chce i czyta mi się jakoś lepiej wiedząc, że są moje, jakaś taka trudna do określenia więź się między nami kształtuje <jezyk> Czasem wracam do nich, czasem pożyczam (tylko sprawdzonym osobom <szczerzy_sie>), czasem bez okazji podaruję komuś (rodzinie).

Teraz na tapecie mam ostatnią część trylogii wojennej Marcina Ciszewskiego, czyli "www.1944.waw.pl". Mam nadzieje, że powieść będzie trzymała poziom poprzednich.
Możemy nosić chińskie ciuchy, jeździć czeskimi autami, patrzeć w japońskie telewizory, gotować w niemieckich garnkach hiszpańskie pomidory i norweskie łososie. Co do kultury, to jednak wypadałoby mieć własną.
Andrzej Sapkowski

Offline Jean

  • Ekspert
  • *****
  • Wiadomości: 2669
  • Płeć: Kobieta
  • Wyróżnienia:
Odp: Literatura
« Odpowiedź #95 dnia: Listopad 23, 2012, 14:53:40 »
Ja większość zakupionych książek oddaję bibliotece, oczywiście po przeczytaniu i upływie jakiegoś czasu, zwykle 2-3 miesięcy, podczas których jeszcze ktoś z domu czyta lub po prostu książka odbywa swój okres kadencji. Potem wzbogacam księgozbiór biblioteczny, niech inni korzystają, nie wszystko w domu też pomieszczę. Wyjątkiem są jakieś szczególne wydania czy książki zbyt mi bliskie - tych nie oddałabym w życiu.
Ale nie wszystko kupuję, często o różne książki pytam w bibliotece. Niezależnie od tego jakie tytuły w międzyczasie kupuję. Po prostu korzystam z zasobów bibliotecznych i raczej nie mam ograniczeń czasowych, jak długo mogę książkę trzymać. W dobrym zwyczaju jest po prostu by tego nie robić zbyt długo - miesiącami czy latami.
To tak odnośnie naszych zwyczajów książkowych ;)

Offline Avant

  • Aktywny użytkownik
  • ***
  • Wiadomości: 133
  • Płeć: Kobieta
Odp: Literatura
« Odpowiedź #96 dnia: Listopad 23, 2012, 17:14:10 »
Ja bym bardzo chciała mieć swoją własną biblioteczkę i kolekcję płyt z muzyką, takie moje małe, ale drogie marzenie - póki nie zacznę sama zarabiać, nigdy się nie spełni. Niestety wszystkie książki, które chciałabym przeczytać i wszystkie płyty, których chciałabym posłuchać naraziłyby mnie na zbyt duże koszty. <mruga> Bardzo lubię mieć takie rzeczy swoje i tylko swoje, ale niestety póki co moja domowa kolekcja nie jest zbyt pokaźna. Ale kiedy już będę bogaczem (pomarzyć można <tancze>)...

Offline El

  • Ekspert
  • *****
  • Wiadomości: 1261
  • Płeć: Kobieta
  • zagubiona w czasie...
  • Wyróżnienia:
Odp: Literatura
« Odpowiedź #97 dnia: Grudzień 06, 2012, 19:38:10 »
Ja na razie mam przerwę w literaturze wojennej z elementami science fiction. Niestety www.1944.waw.pl musi troszkę poczekać na kontynuowanie sesji czytelniczych <szczerzy_sie> A to z przyczyny niejakiego Stefana Wiecheckiego "Wiecha", o którym wspominkę uczyniłam przy okazji postu o Hance Bielickiej <jezyk>. Zamówiłam sobie kilka zbiorków jego felietonów (warto było skorzystać, bo cena przystępna), ściśle związanych z życiem mieszkańców Targówka i Pragi w latach mniej więcej 50-tych. Z ciekawości zajrzałam do jednego z nich, czyli "Ksiuty z Melpomeną" i... wpadłam po uszy. Fenomenalny sposób na pozbycie się chandry, na zaimplikowanie sporej dawki humoru. Dzięki relacjom Teofila Piecyka, Walerego Wątróbki oraz jego szanownej małżonki Gieni poznajemy ówczesną... sztukę filmowo-teatralną <szczerzy_sie>. Ich recenzje z wydarzeń kulturalnych tamtych lat są niezwykle... wyraziste, potrafią przemówić do każdego, nawet tego, kto w całym swym życiu nie miał przyjemności zawrzeć bliższej znajomości z jakimikolwiek przybytkami kultury (i nie z tej przyczyny, że mu do nich daleko było <szczerzy_sie>), świadczą o ogromnej wrażliwości naszych bohaterów, czego dowodem może być chociażby poniższy fragment (umieszczony dla zachęty do zapoznania się twórczością "Homera warszawskiej ulicy", jak zwał Wiecha sam Julian Tuwim).
Pan Walery Wątróbka wraz z małżonką wybrali się do Teatru Narodowego na sztukę Fryderyka Schillera "Maria Stuart", z Ireną Eichlerówną w roli tytułowej. Tak spektakl ten relacjonuje ów słynny krytyk z Targówka:

"Nie będe tu opowiadał całej treści przebiegu, bo sztuka się ciągnie trzy godziny. Zaznaczyć tylko musze, że najładniejszy jest czwarty akt, w którem Elżbieta przybywa do więzienia na widzenie z siostrą . Maria Stuart w skromnej czarnej sukni z czterdziestki (wyjaśnienie autorki postu: typ tkaniny elano-wełnianej <jezyk>) pada przed nią na kolana i błaga o zastosowanie amnestii, a także samo zawieszenie wyroku.
Ale Elżbieta, ubrana w zielone welwetowe salope (wierzchnie okrycie z peleryną <jezyk>), ze spacerową koroną ze sztucznych perełek na głowie, kategorycznie się nie zgadza i jeszcze fatalnie przygaduje siostrze, że jakoby nieboszczyka pierwszego swojego męża kazała zgładzić z tego świata i że miała romans z dworską orkiestrą symfoniczną na instrumentach szarpanych, czyli tak zwanemy lutnistami. Nadmieniła tyż, że zdaje się, że Maria Stuart ma zmarszczki.
Bolesny to jest widok, jak Maria Stuart, załamana życiem, na kolanach prosi o litość cichutkim głosem. Dopiero jak słyszy o tych zmarszczkach, podrywa się z ziemi, bierze pod boki i taką mniej więcej mowe do królowej Elżbiety zakłada:
- Przede wszystkim ruda pejo, pilnuj swoich piegów, a nie moich kochanków! Po drugie, podrzutku z nieprawego łoża, pokaż metrykie chrztu, gdzie jak wół jest napisane, że ojciec nieznany, bo wujo Henio z litości cię dopiero później, zołzo, zaadoptował! Po trzecie, masz krzywe kopyta, a po czwarte, oddaj posade, zgago jedna, coś mnie królewskie władze nachalnie ukradła.
Cała ta przemowa ładnie do wiersza się składa.
W tem miejscu moja małżonka, która piętnaście lat się prawuje ze swoja siostrą o dywanową otomane po rodzicach, nie wytrzymała i krzykła na cały głos:
- Mania, za koronę ją i o ziemię, giestapówkie!
Ale Maria Stuart rozłożyła ręce i odezwała się w te słowa:
- Trudno, co będzie, to będzie, czeka mnie gimza na szafocie, ale com cholerze powiedziała, tom powiedziała!
I zemglona padła na ziemię. Cały teatr płakał i krzyczał "biiiis!"
Co było dalej, czy ruda peja ucięła Marii Stuart głowe, czy też zastosowała zawieszenie, nie będe tu nadmieniał, żeby publice zaciekawienia nie odbierać. Bo sztuka pierwszorzędna, chociaż z życia kapitalistycznych wyzyskiwaczy.

 <smiech>

Wiele innych, równie pięknych kulturalnych kwiatków z ust pana Wątróbki, Gieni, jego żony, czy też pana Piecyka "Ksiuty z Melpomeną" zawierają. Uśmiałam się do łez w trakcie czytania recenzji pana Piecyka, dotyczącej baletu "Romeo i Julia" wystawionego przez Operę Warszawską, w którym to przedstawieniu tancerze walczyk figurowy, czeczotkie, kankana, sztajerek i charlestona uskuteczniali <smiech>
Uśmiałam się niemożebnie, gdy pan Wątróbka z szanowaną małżonką Gienią w Teatrze Narodowym "Niemców" Kruczkowskiego, "wzruszające sztukie z życia rodzinnego zachodnich, ma się rozumieć, szkopów" oglądali i jakie korzyści materialne Gienia z tego wyniosła <smiech>.
Uśmiałam się jak norka z opowieści tegoż samego pana Wątróbki, wspominającego Zygmusia Pętelkę, który wraz ze swym koleżką Feliksem Baranem miał "życzenie koniecznie samobójstwo popełnić, bo przepili harmonię pieniędzy i bojeli się do domu wracać:
- Nie ma, Feluś, innej rady - powiedział Pętelka - tylko musiem kazać zagrać "Ostatnie niedziele", to jest podobnież takie tango, że chociażbyśmy forsy nie przegazowali, chociażbyśmy po mordzie nie mieli dostać, tyż pod te muzykie życie byśmy sobie odebrali. Apetytu, rozumiesz Feluś, na trumienkie się nabiera, jak to słyszysz"

 <smiech>
O tym jak to się dla obydwu skończyło, trzeba doczytać w "Ksiutach z Melpomeną". Boków zrywanie - gwarantowane!

Przepraszam za te literackie wstawki, ale nie mogłam się powstrzymać, a i reklamę felietonów trzeba było zrobić <szczerzy_sie>

W "Wiechowym" stosiku mam jeszcze: Pantofelki z flądry, Wiadomo-stolica! Koza w kagańcu - to książki, w których autor z prześwietnym humorem ukazuje współczesne mu lata PRL-u w krzywym zwierciadle. O i jeden rodzynek Czaszka w rondlu - opowiadania przedwojenne, oparte na sprawach sądowych, o których informowała prasa z tamtych lat, a o których napisano w notce na okładce, iż czytając je "pokładamy się ze śmiechu i zarazem ciarki nas przechodzą" <szczerzy_sie>
Możemy nosić chińskie ciuchy, jeździć czeskimi autami, patrzeć w japońskie telewizory, gotować w niemieckich garnkach hiszpańskie pomidory i norweskie łososie. Co do kultury, to jednak wypadałoby mieć własną.
Andrzej Sapkowski

Offline Jean

  • Ekspert
  • *****
  • Wiadomości: 2669
  • Płeć: Kobieta
  • Wyróżnienia:
Odp: Literatura
« Odpowiedź #98 dnia: Grudzień 09, 2012, 18:33:07 »
Autorka, której powieść dla relaksu zaczęłam czytać kilka dni temu, ma też poczucie humoru, ale moim zdaniem, jest ono co najmniej specyficzne. Książka liczy sobie 240 stron, ja dotarłam do 85, gdzie ostatecznie się  przekonałam, że szkoda na nią czasu, nawet jeśli się czyta dla tzw. ?odmóżdżenia?.

Główną bohaterką jest Karolina, dziewczyna wprost po studiach na weterynarii. Jedzie do dziadka na wieś, by trochę popracować charytatywnie, nabrać doświadczenia, chociaż rodzice chcą ją zobaczyć koniecznie na ścieżce naukowej a nie na wsi zabitej dechami.

W drodze na wieś (Karolinka ma swój samochód, bo dziadek jej kupił) samochód odmawia posłuszeństwa, z powodu niskiego poziomu oleju, bo Karolinka myślała, że na tym dojedzie - poza tym miała i tak mało czasu na strojenie się. Z opresji ratuje ją Grzesiek, miejscowy mody leśniczy. Ratuje, ale nie tak od razu, bo owszem, pomoc oferuje od razu, ale Karolinka się od razu nie zgadza.  ::)

Bo Karolinka to jest nowoczesna feministka, dlatego Grzesiek zebrał bury za to, że się w ogóle zaoferował z pomocą. Ale w końcu?po paru godzinach (dosłownie), kiedy spotkali się ponownie w tym samym miejscu (z tym, że to Grzesiek się przemieszczał ), dała sobie przemówić do rozsądku.  ::)

Ale odtąd Karolina go nie znosi i zawsze na grzeczne pytanie odpowiada wyjątkowo niegrzecznie, jak na feministkę współczesną przystało :P

Bohaterka ma wiele problemów (bynajmniej nie z nową pracą), między innymi z depilacją. Owszem, to problem dość przyziemny, częsty i normalny, ale tutaj, moim zdaniem, został on nieco niesmacznie przedstawiony.  ???
Ale pozwoliłam sobie zacytować fragmenty powieści

Wątpiła, aby coś takiego jak wosk do depilacji można było nabyć z którymś ze sklepików na wsi, skoro nie mieli w nich nawet normalnych, cienkich podpasek, tyko jakieś giganty jak dla słonicy z nadwagą. 

Zważywszy, że słonice  z nadwagą (jako zwierzęta) podpasek nie potrzebują, to dość ciekawe określenie i porównanie :o

Ale ostatnio w jakiejś kolorowej gazecie ? jednej  z tych, które doktorowa jej przyniosła, aby się nie nudziła podczas wyczekiwania na pacjentów ? przeczytała o jakiejś supermetodzie depilacji, z pomocą pasty cukrowej czy czegoś podobnego, którą podobno można zrobić samemu.

Po godzinie lektury różnych artykułów i forum w sieci, które zawierały mnóstwo całkiem sprzecznych informacji, Karolina uznała, że chyba zdobyła już wystarczającą ilość wiedzy. Należało tylko przygotować odpowiednią miksturę i do dzieła! Pewną trudność sprawiło jej wybranie najlepszego przepisu spośród kilkunastu podanych. Były co prawda do siebie podobne, ale ? jak wiadomo ? diabeł tkwi w szczegółach. Poszła do kuchni i zaczęła improwizować. Znalazła w szafce jakiś przedpotopowy garnek. Zgodnie z tym, co było podane w przepisie, odmierzyła odpowiednią ilość cukru i wody.

Na razie szło jej dobrze. Teraz cytryna. W kredensie znalazła również słoik z resztką miodu, udało się jej wyskrobać trzy łyżeczki. Była z siebie dumna, bo niemal dokonała cudu.

Zawartość ustawionego na wolnym ogniu garnka po chwili zaczęła bulgotać i całkiem przyjemnie pachnieć. Karolina zanurzyła z niej łyżkę, aby zamieszać i sprawdzić konsystencję. ?Ciekawe, jak to smakuje?? ? pomyślała. Gdy tylko łyżka ostygła, spróbowała. ?Jak karmelki, całkiem dobre. Jak się nie nada do depilacji, to będzie można zjeść. W przyrodzie nic nie ginie? ? dodała po chwili.


W międzyczasie do kuchni wszedł dziadek bohaterki. Myśląc, że robi karmelki podobnie jak jego żona swego czasu, poprosił o porcję i sobie poszedł. Teraz następuje depilacja naszej bohaterki, w wykonaniu naszej bohaterki a miejsce akcji to kanapa przed telewizorem:

Zgodnie z instrukcją ugniotła z masy Kuklę, a następnie rozsmarowała ją na łydce. Następnie zrolowała tak, jak to było opisane.
?Miało nic nie boleć? ? syknęła, ale ujrzawszy fragment pozbawionej włosków skóry kontrastujący z resztą nogi, uznała, że warto przecierpieć. Tym bardziej, jeśli miałaby spokój na kilka tygodni ? ?I pomyśleć, że faceci narzekają, ż e muszą się codziennie golić? ? prychnęła, nalepiając kolejną masę obok wydepilowanego odcinka łydki.

Po chwili doszła do wniosku, ż musiała zrobić coś nie tak, gdyż po kilku użyciach masa zmieniła konsystencję. Była co prawda lepka, ale nie chciała się już tak ładnie rolować. Właściwie to ledwie dała się odkleić. Dziewczyna odłożyła nienadającą się do użytku pakę na talerz, na którym trzymała gorący garnek, i wydłubała z niego następną porcję.

Jakieś dwie godziny później Karoliny nogi, pachy i okolice bikini były gładkie jak pupa niemowlęcia, naczynie puste (nie licząc warstwy zaskorupiałej masy na dnie i brzegach ? Karolina pogratulowała sobie tego, ze wzięła stary garnek), a na talerzu leżało kilkanaście nieco ?rozbebłanych? kulek, zawierających owłosienie.


Następnego dnia Karolina wstała w bardzo dobrym humorze. Radość jednak nie mogła trwać wiecznie. W kuchni, razem z dziadkiem Karoliny, nad patelnią jajecznicy siedział Grzesiek {?}

?Zapomniałaś namoczyć garnek po cukierkach? ? powiedział Grzegorz na ?dzień dobry?, po czym nałożył sobie [/color]porcję jajecznicy

Karolina nie poczuwała się do obowiązku, by informować go o tym, że wcale nie zapomniała namoczyć tego pieprzonego garnka, tylko po prostu nawet  tym nie pomyślała. Zresztą wątpiła, czy garnek mógłby jeszcze nadawać się do czegoś. Nie zamierzała go również wyprowadzać z błędu odnośnie do tego, co przygotowywała naprawdę. W końcu to, że zmuszeni są mieszkać razem, nie znaczyło, że musiała go wtajemniczać w sferę zabiegów kosmetycznych, jakie stosowała.

?Namoczyłem go wczoraj? ? dodał Grzesiek ? ?To mój garnek, który kupiłam idąc na studia i jestem do niego nieco przywiązany?

?O kurde. Nie dość, że wyszłam na fleję, która nie potrafi za sobą posprzątać, to jeszcze będę musiała odkupić mu ten ganek, jeśli w ogóle takie produkują, bo studia to on chyba zaczynał wcześniej niż ja. Gorzej być nie mogło? ? pomyślała Karolina.
A jednak mogło



?Ale nic się nie stało, w nim już tyle rzeczy się przypaliło, że cukierki naprawdę nic nie znaczą? ? głos Grześka był podejrzanie spokojny ? ?A nawiasem mówiąc, były bardzo dobre. I mam nadzieję, że się nie wkurzysz, ale zjadłem wszystkie, te które zostawiłaś na ławie. Oglądałem w nocy kryminał i tak mnie wciągnął, ze nie zauważyłem, jak zjadłem cały talerz. Zjesz może trochę jajecznicy? Zrobiłem specjalnie z myślą o tobie więcej, w rewanżu za cukierki?


?Nie, dziękuję? ? wykrztusiła Karolina  - ?Właściwie to ja już musze wychodzić. Zjem w pracy, kupię sobie jaką drożdżówkę?
Złapała w pośpiechu swoją torbę lekarską, torebkę, kluczyki i już jej nie było. Ujechał kawałek drogi i za zakrętem zatrzymała się, żeby wybuchnąć śmiechem. Wcale nie zostawiła na stole żadnych cukierków. W końcu masa nie była zrobiona z takim przeznaczeniem. Jedyne co zostało na stole, i co szczerze mówiąc powinna była sprzątnąć, to zużyta masa cukrowa ?nadziewana? jej włoskami z nóg i innych części ciała.


No i jak? Doś specyficzne poczucie humoru. Specyficzne, aż niesmaczne :P Do tego autorka myśli chyba, że czytelnicy czytając taką powieść będą mieli problem z zawiązaniem związku przyczynowego ? skutkowego, skoro po kilka razy powtarza to samo. Czytelnicy to idioci?
Aż się chce powiedzieć, parafrazując słowa wyśpiewane przez Stuhra seniora dawno temu w Opolu:
?Pisać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej
Ale nie o to chodzi, co jak komu wychodzi.
Czasami człowiek musi, inaczej się udusi?



Tytuł powieści: "Doktor Karolina" :)

Offline El

  • Ekspert
  • *****
  • Wiadomości: 1261
  • Płeć: Kobieta
  • zagubiona w czasie...
  • Wyróżnienia:
Odp: Literatura
« Odpowiedź #99 dnia: Grudzień 10, 2012, 21:55:35 »
No nie powiem, żeby była to literatura z górnej półki, ba! chyba nie jest nawet z dolnej. Tyle rozwlekać się na temat depilacji nóg i jeszcze podsumować ten, jakże ekscytujący fragment życia nierozgarniętej, "flejowatej" pani doktor, cukierkową obrzydliwością... bleeeech!

Jean, a któż to popełnił takie arcydzieło?
Trzeba będzie unikać autorki.
Możemy nosić chińskie ciuchy, jeździć czeskimi autami, patrzeć w japońskie telewizory, gotować w niemieckich garnkach hiszpańskie pomidory i norweskie łososie. Co do kultury, to jednak wypadałoby mieć własną.
Andrzej Sapkowski

Offline BlackTiger

  • Zaawansowany
  • ****
  • Wiadomości: 705
  • Wyróżnienia:
Odp: Literatura
« Odpowiedź #100 dnia: Grudzień 10, 2012, 22:37:01 »
A ja zostałam antyfanką twórczości Cobena. Wiem, że większość fanów kryminałów go kocha, ale ja nie widzę w jego pisaniu nic szczególnego. Wręcz takie banalne, zero akcji, nie wciągające... Nudne. Nic mnie nie zaskoczyło. Może i pomysł na książkę sprytny, ale kompletnie opis tego wszystkiego do mnie nie trafił. Nie potrafię zrozumieć czemu robi furorę w świecie. No ale dla każdego co innego... Ważne, że przebrnęłam i doczytałam do końca.

I teraz utknęłam w martwym punkcie, nie wiem co czytać dalej... Leży na półce książka prezent Lew Starowicz o Kobietach, ale jakoś totalnie mnie do niej nie ciągnie... Jak się przemogę i przeczytam to coś skrobnę. Wątpię, że będzie ciekawa.

Pozostaje szukanie pomysłów... po co by sięgnąć dalej...

Offline mindreader

  • Aktywny użytkownik
  • ***
  • Wiadomości: 379
  • Wyróżnienia:
Odp: Literatura
« Odpowiedź #101 dnia: Grudzień 10, 2012, 22:50:25 »
A ja zostałam antyfanką twórczości Cobena. Wiem, że większość fanów kryminałów go kocha, ale ja nie widzę w jego pisaniu nic szczególnego. Wręcz takie banalne, zero akcji, nie wciągające... Nudne. Nic mnie nie zaskoczyło. Może i pomysł na książkę sprytny, ale kompletnie opis tego wszystkiego do mnie nie trafił. Nie potrafię zrozumieć czemu robi furorę w świecie. No ale dla każdego co innego... Ważne, że przebrnęłam i doczytałam do końca.
Cieszę się, że nie tylko ja jestem antyfanką tego pana. 3 tygodnie gnębiłam "Zaginioną", bo miałam nadzieję, że końcówka mnie zaskoczy, a tu... rozczarowanie, niesmak. Faktycznie książki banalne, z akcją ciężko, dodatkowo bardzo amerykańskie - pościgi, strzelaniny, takie... ach, och, ale zdecydowanie nie dla mnie.

Bałam się, że jestem jedyna z moją niechęcią do autora, bo każdy się zachwyca, ostatnio w Empiku koleżanka zachwalała...a  ja tak sobie myślałam, że muszę być dziwna :D

Polecam Lisę Gardner - jeżeli lubisz dobre, mocne thrillery. Chwilami mrożące krew w żyłach, chwilami obrzydliwe, chwilami wulgarne... Po przeczytaniu drugiego uznałam, że autorka musi mieć coś z głową, żeby takie rzeczy wymyślać... ale też niesamowity talent, żeby tak ubierać w słowa.

Ja za to ostatnio często zwiedzam stoisko z książkami po 1, 2 i 3zł. I chociaż to zdecydowanie nie są nowinki ze sklepowych półek, to idzie zapolować na naprawdę fajne książki. Mam w domu moją małą biblioteczkę (w zasadzie nie taką małą) i przyzwyczajona jestem do książek sprzed 30 lat, podniszczonych, pożółkłych... :) Ostatnio np. wypatrzyłam sobie "Karolcię" Marii Kruger :) 3zł nie majątek, a jaka fajna, sentymentalna podróż w krainę dzieciństwa. :)

Offline El

  • Ekspert
  • *****
  • Wiadomości: 1261
  • Płeć: Kobieta
  • zagubiona w czasie...
  • Wyróżnienia:
Odp: Literatura
« Odpowiedź #102 dnia: Grudzień 10, 2012, 22:54:20 »
BlackTiger, a nie zainteresowałby Cię może Marcin Ciszewski i jego mieszanka II wojny światowej i science fiction? Tego drugiego gatunku w tej mieszance jest znacznie mniej, tyle tylko, aby wprowadzić coś nowego w powieściach historycznych. Trylogia napisana przystępnym językiem, dużo akcji, fajni bohaterzy. Ja czytałam z ogromnym zaciekawieniem nawet sceny batalistyczne, są opisane tak, jakby przed oczami przewijał się kadr za kadrem filmu.
Polecam www.1939.com.pl, Major, www.1944.waw.pl i okazuje się, że jest kolejna powieść, będąca kontynuacją wątku z poprzedniej, czyli www.ru2012.pl. Czyżby bohaterowie mieli szansę na powrót do czasów współczesnych?
Możemy nosić chińskie ciuchy, jeździć czeskimi autami, patrzeć w japońskie telewizory, gotować w niemieckich garnkach hiszpańskie pomidory i norweskie łososie. Co do kultury, to jednak wypadałoby mieć własną.
Andrzej Sapkowski

Offline Caliente

  • Przyjaciel Forum
  • *****
  • Wiadomości: 584
  • Wyróżnienia:
Odp: Literatura
« Odpowiedź #103 dnia: Grudzień 10, 2012, 23:08:57 »
Hm, a ja akurat lubię Cobena. Nie jest to mój ukochany autor, ale lubię. Skończyłam właśnie "Błękitną krew" - nie zaszokowało mnie rozwiązanie zagadki, ale też nie było oczywiste. Podoba mi się bardzo język, jakiego używa (bądź też jakiego używa tłumacz), lubię jego humor.

Lisę Gardner też mogę polecić, ale zgadzam się z mindreader, że czasami bywa odpychająca. "Say Goodbye" przywiozłam kiedyś z Anglii, ale nie dobrnęłam do końca. Pająki wplecione w erotyczne sceny, chodzące po intymnych częściach ludzi, odrzuciły mnie na tyle, że nie sprawdzałam co jest dalej.
Za to np. "Mąż idealny" jest niezłe. Od tego chyba zaczęłam. Czasem przekład kuleje, ale akcja jest na wysokim poziomie.

Zaś mistrzynią thrillerów jest dla mnie Tess Gerritsen. Specjalizuje się w thrillerach medycznych, po którykolwiek bym nie sięgnęła, jestem co najmniej zadowolona. A jej "Grawitacja" jest dla mnie arcydziełem.
Każdy budował swoje życie albo je niszczył zgodnie z zasadami, które sam sobie narzucił. Albo które odrzucał.
Dla nikogo nie było ratunku.

Offline mindreader

  • Aktywny użytkownik
  • ***
  • Wiadomości: 379
  • Wyróżnienia:
Odp: Literatura
« Odpowiedź #104 dnia: Grudzień 10, 2012, 23:24:21 »
Zaś mistrzynią thrillerów jest dla mnie Tess Gerritsen. Specjalizuje się w thrillerach medycznych, po którykolwiek bym nie sięgnęła, jestem co najmniej zadowolona. A jej "Grawitacja" jest dla mnie arcydziełem.
Uwielbiam. Nie czytałam "Grawitacji", ale seria R&I jest cudowna. Od pierwszego tomu mnie wciągnęła... a "Dolina umarłych" przeszła najśmielsze oczekiwania. Byłam tak zachwycona całością, że zupełnie nie przywiązałam wagi do średniej końcówki. Poza tym Tess pięknie rozwija wątki, które są trudne, zakazane wręcz, jak chociażby Daniel
Spoiler
i jego romans z Maurą. Jej, ileż ja się im nakibicowałam. Oczywiście nie mogło to trwać wiecznie.. ale może nawet lepiej, że się posypało? Teraz czekam na rozwój wydarzeń między Maurą, a Sansonem... Jak ja bym chciała kilka ładnych scen z nimi. Mam nadzieję, że nowa książka z serii, która u nas powinna pojawić się w wakacje zaspokoi to moje marzenie.
Od początku pałałam wielką sympatią do Jane, ale.. z biegiem czasu to jednak Maura zyskała moją większą sympatię. Najgorsze jest to, że po przeczytaniu "Doliny.." pooglądałam sobie serial... i tam tak nie gra to wszystko. Właściwie należałoby to traktować jako osobny twór i absolutnie nie porównywać, bo przy porównaniach... to wypada tak bladziutko. Już samo przedstawienie sprawy chirurga jest takie... pozbawione emocji. No i popsuli postać matki Jane - w książce jest zdecydowanie lepsza. Wszystko w książkach jest lepsze... nie da się przy Tess nudzić, nie da się narzekać, bo i zwroty akcji są, i pięknie kreowane postaci, i zaskakujące zakończenia, i brutalne opisy, i świetnie pisane ofiary, jak i niesamowicie prowadzeni mordercy... Wszystko jest takie, jak być powinno. Dawno już nie zapałałam taką sympatią do żadnej pisarki... a tu.. wystarczył miesiąc i wpadłam całkowicie.