Ja na razie mam przerwę w literaturze wojennej z elementami science fiction. Niestety
www.1944.waw.pl musi troszkę poczekać na kontynuowanie sesji czytelniczych

A to z przyczyny niejakiego
Stefana Wiecheckiego "Wiecha", o którym wspominkę uczyniłam przy okazji postu o
Hance Bielickiej 
. Zamówiłam sobie kilka zbiorków jego felietonów (warto było skorzystać, bo cena przystępna), ściśle związanych z życiem mieszkańców Targówka i Pragi w latach mniej więcej 50-tych. Z ciekawości zajrzałam do jednego z nich, czyli
"Ksiuty z Melpomeną" i... wpadłam po uszy. Fenomenalny sposób na pozbycie się chandry, na zaimplikowanie sporej dawki humoru. Dzięki relacjom Teofila Piecyka, Walerego Wątróbki oraz jego szanownej małżonki Gieni poznajemy ówczesną... sztukę filmowo-teatralną

. Ich recenzje z wydarzeń kulturalnych tamtych lat są niezwykle... wyraziste, potrafią przemówić do każdego, nawet tego, kto w całym swym życiu nie miał przyjemności zawrzeć bliższej znajomości z jakimikolwiek przybytkami kultury (i nie z tej przyczyny, że mu do nich daleko było

), świadczą o ogromnej wrażliwości naszych bohaterów, czego dowodem może być chociażby poniższy fragment (umieszczony dla zachęty do zapoznania się twórczością "Homera warszawskiej ulicy", jak zwał Wiecha sam Julian Tuwim).
Pan Walery Wątróbka wraz z małżonką wybrali się do Teatru Narodowego na sztukę Fryderyka Schillera "Maria Stuart", z Ireną Eichlerówną w roli tytułowej. Tak spektakl ten relacjonuje ów słynny krytyk z Targówka:
"Nie będe tu opowiadał całej treści przebiegu, bo sztuka się ciągnie trzy godziny. Zaznaczyć tylko musze, że najładniejszy jest czwarty akt, w którem Elżbieta przybywa do więzienia na widzenie z siostrą . Maria Stuart w skromnej czarnej sukni z czterdziestki (wyjaśnienie autorki postu: typ tkaniny elano-wełnianej
) pada przed nią na kolana i błaga o zastosowanie amnestii, a także samo zawieszenie wyroku.
Ale Elżbieta, ubrana w zielone welwetowe salope (wierzchnie okrycie z peleryną
), ze spacerową koroną ze sztucznych perełek na głowie, kategorycznie się nie zgadza i jeszcze fatalnie przygaduje siostrze, że jakoby nieboszczyka pierwszego swojego męża kazała zgładzić z tego świata i że miała romans z dworską orkiestrą symfoniczną na instrumentach szarpanych, czyli tak zwanemy lutnistami. Nadmieniła tyż, że zdaje się, że Maria Stuart ma zmarszczki.
Bolesny to jest widok, jak Maria Stuart, załamana życiem, na kolanach prosi o litość cichutkim głosem. Dopiero jak słyszy o tych zmarszczkach, podrywa się z ziemi, bierze pod boki i taką mniej więcej mowe do królowej Elżbiety zakłada:
- Przede wszystkim ruda pejo, pilnuj swoich piegów, a nie moich kochanków! Po drugie, podrzutku z nieprawego łoża, pokaż metrykie chrztu, gdzie jak wół jest napisane, że ojciec nieznany, bo wujo Henio z litości cię dopiero później, zołzo, zaadoptował! Po trzecie, masz krzywe kopyta, a po czwarte, oddaj posade, zgago jedna, coś mnie królewskie władze nachalnie ukradła.
Cała ta przemowa ładnie do wiersza się składa.
W tem miejscu moja małżonka, która piętnaście lat się prawuje ze swoja siostrą o dywanową otomane po rodzicach, nie wytrzymała i krzykła na cały głos:
- Mania, za koronę ją i o ziemię, giestapówkie!
Ale Maria Stuart rozłożyła ręce i odezwała się w te słowa:
- Trudno, co będzie, to będzie, czeka mnie gimza na szafocie, ale com cholerze powiedziała, tom powiedziała!
I zemglona padła na ziemię. Cały teatr płakał i krzyczał "biiiis!"
Co było dalej, czy ruda peja ucięła Marii Stuart głowe, czy też zastosowała zawieszenie, nie będe tu nadmieniał, żeby publice zaciekawienia nie odbierać. Bo sztuka pierwszorzędna, chociaż z życia kapitalistycznych wyzyskiwaczy.

Wiele innych, równie pięknych kulturalnych kwiatków z ust pana Wątróbki, Gieni, jego żony, czy też pana Piecyka "Ksiuty z Melpomeną" zawierają. Uśmiałam się do łez w trakcie czytania recenzji pana Piecyka, dotyczącej baletu "Romeo i Julia" wystawionego przez Operę Warszawską, w którym to przedstawieniu tancerze walczyk figurowy, czeczotkie, kankana, sztajerek i charlestona uskuteczniali

Uśmiałam się niemożebnie, gdy pan Wątróbka z szanowaną małżonką Gienią w Teatrze Narodowym "Niemców" Kruczkowskiego,
"wzruszające sztukie z życia rodzinnego zachodnich, ma się rozumieć, szkopów" oglądali i jakie korzyści materialne Gienia z tego wyniosła

.
Uśmiałam się jak norka z opowieści tegoż samego pana Wątróbki, wspominającego Zygmusia Pętelkę, który wraz ze swym koleżką Feliksem Baranem miał
"życzenie koniecznie samobójstwo popełnić, bo przepili harmonię pieniędzy i bojeli się do domu wracać:
- Nie ma, Feluś, innej rady - powiedział Pętelka - tylko musiem kazać zagrać "Ostatnie niedziele", to jest podobnież takie tango, że chociażbyśmy forsy nie przegazowali, chociażbyśmy po mordzie nie mieli dostać, tyż pod te muzykie życie byśmy sobie odebrali. Apetytu, rozumiesz Feluś, na trumienkie się nabiera, jak to słyszysz" 
O tym jak to się dla obydwu skończyło, trzeba doczytać w "Ksiutach z Melpomeną". Boków zrywanie - gwarantowane!
Przepraszam za te literackie wstawki, ale nie mogłam się powstrzymać, a i reklamę felietonów trzeba było zrobić

W "Wiechowym" stosiku mam jeszcze:
Pantofelki z flądry, Wiadomo-stolica! Koza w kagańcu - to książki, w których autor z prześwietnym humorem ukazuje współczesne mu lata PRL-u w krzywym zwierciadle. O i jeden rodzynek
Czaszka w rondlu - opowiadania przedwojenne, oparte na sprawach sądowych, o których informowała prasa z tamtych lat, a o których napisano w notce na okładce, iż czytając je
"pokładamy się ze śmiechu i zarazem ciarki nas przechodzą" 