Ale zostałam dzisiaj wyprowadzona z równowagi. Chyba jeszcze nigdy nikt mnie w tej szkole tak nie zdenerwował, przysięgam.
Jestem chora, mam 39,8 stopni temperatury - chyba logiczne, że nie pójdę do szkoły w takim stanie, prawda? Ostatni raz chora byłam z niecałe dwa tygodnie temu, ale opuściłam może z 3 dni w szkole. Niestety, musiałam dzisiaj pozaliczać pewne rzeczy z wf'u i choroba mnie nie usprawiedliwiała, więc normalnie poszłam tylko na lekcję wf'u, bo na resztę najnormalniej nie byłabym w stanie wysiedzieć na siedmiu innych lekcjach. Wszystko super, nie o wf tu chodzi. Podchodzę po wf'ie do wychowawcy, żeby wytłumaczyć, co jest grane, dlaczego mnie nie było do tej lekcji i w ogóle, wszystko fajnie, wychowawca rozumie z wf'em, a nagle wychyla się polonistka z pokoju nauczycielskiego i przy wszystkich zaczyna się drzeć do mnie i wychowawcy, że ja sobie chyba jaja robię (eee?). Że odpuściłam sobie szkołę, że mnie prawie w ogóle nie ma na lekcjach, że lawiruję, jak to ona określiła i tak dalej, i tak dalej. Na końcu dowaliła z tekstem, że wczoraj po lekcji, ściągaliśmy na sprawdzianie (pisaliśmy poprawę, ten kto chciał bądź nie pisał w ogóle) i oczywiście wszystko zostało zwalone na mnie. POMIŃMY fakt, że na jej lekcjach jestem codziennie, tylko nie wtedy, gdy jestem chora albo leżę w szpitalu (przecież nie będę brała przepustki, bo pani profesor od języka polskiego ma jakieś widzimisie...), siedzę grzecznie, słucham, nawet się wypowiadam. A wczoraj na sprawdzianie przyznaję, że wszyscy ściągali, tylko fajnie, że NIE ja. Byłam jedyna, która umiała, która uczyła się na ten pieprzony sprawdzian. Ale jak wszyscy, to wszyscy, tylko zabolało mnie, że to mi, niewinnej, się za nich wszystkich oberwało...
A ostatnio z kolegą poszliśmy do niej, bo chcieliśmy ją poprosić, żeby nie sprawdzała nam prac na ocenę, bo nasza klasa tego najzwyczajniej w świecie nie rozumie. Pisaliśmy taką pracę pierwszy raz w życiu, a ona nam tego ani razu nie wytłumaczyła. Myślicie, że dała nam dojść do słowa? Ta, tak dała, że ludzie nas szerokim łukiem omijali, bo tak wrzeszczała - że co my sobie myślimy, że ona takie tuki ma uczyć, co nic nie rozumieją i się nie uczą, najprostszej rzeczy nie potrafią napisać itp. itd. Dziękuję za takiego nauczyciela.
A pomyśleć, że jeszcze 3-4 miesiące temu lekcje polskiego były dla mnie czymś fantastycznym, bo mieliśmy z naszą ukochaną polonistką - która odeszła z powodu choroby serca. Ech, pani A. - come back! :C
Och, musiałam się wygadać...