Nie wiem, jak patrzeć na świat.
Najlepiej każdego dnia z innej strony. (?) Choć nie z każdej, bo wcale nie chcę na siłę wymyślać problemów, czy coś tam...
Nie wiem, czy dobrze, że tu piszę, ale chcę
Człowiek jest więźniem. Najczęściej więzi w sobie przeszłość, swoje przyzwyczajanie, uzależnienia. Nie wszystko jest złe, ale czy my żyjemy? Czy udajemy, bo... co ludzie pomyślą?
Zaczęło padać, mama miała wywieszone pranie.
Mama: Ja mam pranie! (zaczęła biec) Nie mogę biec, bo głupio wyglądam.
ja: A co Cię obchodzi, co sobie pomyślą?
Mama: Odezwała się ta, którą to nie obchodzi.
Racja. Niby słucham tego, czego chcę, noszę, co chcę, mówię, co chcę, ale boję się wyjść z domu, bo wyglądam brzydko i boję się, że będą się ze mnie śmiać

Chociaż dziś siedziałam w ogródku a we włosach miałam kolorowe klamerki. Dziwne? Gdzie tam, całkiem normalne. Nudzą mnie reguły.
Nie chcę patrzeć na świat tak, jak większość, bo niestety podejrzewam, że większość nie robi tego zbyt dobrze.
Ale z drugiej strony, nie można mieć 'dobrego światopoglądu' - dla mnie coś takiego nie istnieje. Tylko źle bym się czuła, gdybym robiła to, co rówieśnicy... Owszem, nie jestem jakaś tam wyjątkowa. Robię to, co inni, tylko po swojemu. Często słyszę, że mam coś powiedzieć jeszcze raz, tylko innymi słowami i w ogóle jakoś tak... normalnie.
A ja patrzę i co widzę?
Politykę? Nie mam osiemnastu lat i coś czuję, że nie mam nic do gadania. W szkole nie nauczą mnie angielskiego, a gimnazjaliści nie przestaną w tym budynku palić. Poza tym dziś np. czytałam książkę przed tv. Wiadomości chyba właśnie leciały, coś o jakiejś ustawie mówili, że za brak opon zimowych od 1. listopada ma być mandat, choć w Polsce nie ma z tym większego problemu i kierowcy sami opony zmieniają. Bezrobocie? Och tak, mój tata nigdy dużo nie zarabiał. Ale jakoś starcza - bo musi. I jestem ogromnie wdzięczna rodzicom, że jakoś dają radę... Dobrze, że praca jest, jaka jest. Nie ma co wybrzydzać.
Już nie raz słyszałam, jak dorośli mówią "a oni do roboty nie są. Nie pójdą Ci do pracy za 1000 zł, bo co to jest? A więcej nie dostaną".
Niszczą moje marzenia... Bo chciałam iść na studia, naprawdę kiedyś liczyłam na to, że będę psychologiem - i do końca się tych złudzeń nie pozbyłam, ale to przecież nie możliwe. Pójdę do byle jakiego technikum i znajdę sobie byle jaką pracę. I lata nauki pójdą na marne.
A może jednak nie?
Może jakaś niespodzianka się mi przytrafi?
Przecież wszyscy dorośli wcale nie znają życia tak bardzo, jak myślą. Nie wszyscy.
- Jesteś młoda, co Ty tam wiesz!
- A właśnie, że wiem!
Swoje wiem, serio. Ciągle się uczę - życia. I będę popełniać błędy, bo inaczej nie potrafię.
Świat niech sobie będzie. Tworzę go czy chcę, czy nie chcę. Ale chcę być jego
dobrą częścią. Chcę się do czegoś przyczynić, do czegoś, co pomoże.
Ludzie na wojnie spotykają się ze śmiercią i mają świadomość, że jutro może ich nie być. Nas też może jutro przejechać samochód, ale czy o tym myślimy? A czy robimy sobie jakieś kontrolne badania?
Nie, mnie to nie dotyczy! Jasne. Innych ktoś potrąci, inny zachoruje.
Jako, że właśnie przeczytałam książkę Paula Coelho ''Zahir'' mam jedno pytanie:
Kto z was myślał o swoim pogrzebie?
Ja akurat już kiedyś myślałam. Nie chcę żadnej trumny... Na co to komu? To tylko wydatek, a ja będę żyć, dopóki ludzie o mnie nie zapomną. Umrę sobie pewnego dnia - jak każdy. Żyjący umarlak jestem - jak to było dziś na demotach. Czy ktoś będzie płakał? Może. Chyba tak, nie jestem pewna. Co czeka mnie potem? Spotkam Boga? Pójdę do Nieba? Nie, raczej nie. Nie zasłużyłam - choć oczywiście nie chcę się wtrącać w osądy Boga
A może Bóg nie istnieje? Jeśli po śmierci nic nie ma, to nie będę żałować, że wierzyłam. Wiara pomaga. A nadzieja umiera ostatnia. Gorzej, jak już umrze...
Patrzałam dziś na moją siostrę i pewnego małego chłopca. Karmili psa. Uroczy obrazek, rozczuliłam się normalnie. Pomyślałam, że warto zrobić zdjęcie, ale zaraz przyszło mi do głowy, że skoro to takie ważne i piękne, to ja to zapamiętam, a inni mają wokół siebie wiele szczęścia, jeśli chcą to dostrzec.
Bo szczęście to kwestia podejścia. Teraz jestem takiego zdania.
Zawsze znajdzie się coś, jakiś powód do smutku, ale można być szczęśliwym mimo to.
Patrzę na świat i ciągle się dziwię. Poznaję tyle rzeczy, mimo że nie lubię wychodzić z domu.
A niektórzy wybierają śmierć, samobójstwo.
Ich świat nie wyglądał ciekawie, że to tak głupio ujmę. Ale mogli poprosić o pomoc. Niektórzy to zrobili, ale pomocy nie uzyskali - poprosili nieodpowiednie osoby, niestety.
Niektórzy zrezygnowali zbyt szybko, bo los zawsze może się odmienić.
W innych wiadomościach była chora, szesnastoletnia dziewczyna. Przywiązana do łóżka, rodzice (przybrani) cieszą się, że potrafi płynnie wypowiedzieć imię siostry/brata. I widzą w tym szczęście. A ta dziewczyna chce żyć, chociaż widzi życie tylko przez okno, a kontakt ma z rodziną i pielęgniarką.
Przede mną stoi świat i chyba muszę wyciągnąć do niego rękę, bo samo nic nie przyjdzie.
A cierpienie z miłości? Ktoś, kto nas kocha, nie chce, byśmy cierpieli, więc czemu ciągle się zamartwiamy?
W tym świecie jest wiele absurdów, ale co tam. Nie muszę przejmować się wszystkim, to byłoby chore i zwariowałabym do reszty
Kocham mówić całkiem bez sensu, tak na marginesie