Pamiętam jak wysłałam sąsiada po otręby, a mało się biedny ze śmiechu nie udusił!, bo sobie chciałam jakieś tam placuszki usmażyć- wyszły okropne, nie dało się przełknąć, ale jako że dumne ze mnie stworzenie to oczywiście żywiłam się tym cały dzień i poszłam spać głodna oraz zła 
Ja też robiłam te placuszki - tyle tylko, że je zmodyfikowałam i zamiast dawać naturalny serek, który jest fuj i którego nie lubię od najmłodszych lat, dawałam sobie serek waniliowy, odwracałam proporcje i w ogóle wychodziło mi to słodkie - jak ciasteczka

Ale tak a'propo otrębów, które generalnie lubię, to przypomina mi się zawsze rodzinna anegdotka.

Moja ciocia też postanowiła się odchudzać i właśnie kupiła sobie otręby. Przyjechała do nas (mnie wtedy na świecie nie było, ale do domu wtedy dziadków, teraz naszego) taka ciotka, która miała swoje gospodarstwo. No i ciocia Basia tak sobie przygotowuje posiłek - zalała te otręby mlekiem, jogurtem, cz czymś tam - na co ciotka Dziunia wpadła w histeryczny śmiech, po czym wydusiła z siebie: "Dziecko, u mnie na wsi, to nawet świnie lepiej jedzą"

I tak mi się te otręby właśnie kojarzą.

Odchudzanie... u mnie to wygląda dokładnie tak:
Odchudzanie?? U mnie wygląda tak: "od jutra się odchudzam".
Nie mam zamiaru pozbywać się tylu słodkości-przyjemności. Życie jest momentami wystarczająco gorzkie. Poza tym: jak można pić suchą kawę?? 
Szczupła nie bywałam nigdy, więc jakoś specjalnie za tym nie tęsknię. Bywało mnie dużo mniej i owszem, do tego chciałabym wrócić, ale nawet nie ze względu na to, że wtedy jestem jakaś urodniejsza, tylko przez wzgląd na moją nogę, która nosi teraz trochę za dużo i po prostu boli jak dzika. Generalnie jednak mogę się dietować do upojenia, od marca próbowałam kilkukrotnie, ale moje hormony jeszcze nie wróciły do normy i czy jem normalnie, czy jem nienormalnie waga i tak się niewiele zmienia. Wiadomo, że niektóre sprawy są indywidualną sprawą dla organizmu, widocznie mój musi jeszcze poczekać.
Poza tym.. ja właściwie nie jem jakoś wybitnie niezdrowo, słodko, tłusto. Wręcz przeciwnie. Kocham mięsa, często je przyrządzam, ale 90% w foli, bez dodatku grama oleju, czy innego tłuszczu, ewentualnie gotuję (pozostałe 10% to mielone, które mogę pasjami - a niestety najlepiej smakują usmażone na oleju). Jem dużo drobiu, który generalnie jest zdrowy i chudy. Jem dużo warzyw i owoców, bo to moja druga podstawa wyżywieniowa. Pierwszą jest nabiał - jajka, serki, jogurty, mleko... muszę mieć i koniec. Krzysiek się śmieje, że jestem chora, jak nie mam palety jogurtów w lodówce. Ale... no ja tym się głównie żywię. Za to nie muszę mieć pieczywa - nauczyłam się żyć bez i czasami, jak mam ochotę zjem pół bułki, czy 2 kromki - np. do jajecznicy, ale tak generalnie to nie, a jak K. jest w delegacji, to w ogóle nie kupuję, bo i po co. Tak samo mam z ryżem i makaronem. Nie, że dopadła mnie ducanowa obsesja i skoro zaleca wyeliminowanie, to wyeliminowałam. Po prostu nie lubię. Nie kręcą mnie potrawy makaron + sos. Jasne, od czasu do czasu zjem spaghetti, czy tam potrawkę z kurczaka z ryżem, ale żebym musiała akurat to jeść, to zupełnie nie. Zjem, jak robię na życzenie, bo sama sobie nigdy tego nie życzę. Jedynym węglowodanowym wyjątkiem, bez którego nie mogę się obejść jest kasza gryczana. Kasza + maślanka - jak mawiał mój dziadek: królewskie danie. Coś w tym jest, bo jadam z szacunkiem, jakbym jadła co najmniej kawior. Ostatnio ugotowałam sobie (bo szlachetne podniebienie małżonka oczywiście odmówiło skosztowania) gulasz z ozorków, do tego właśnie kasza gryczana i maślanka. Już dawno nie jadłam nic tak dobrego. I już dawno nie widziałam takiego potępienia i zniesmaczenia w oczach K.

Dużo piję. Kawa, soki, czasem woda, czasem herbata. Są takie dni, że mniej, a są i takie, że i 3 litry to mało.
I tak naprawdę to wszystko, co jadam.. tak regularnie. Owszem - porą letnią zjem loda, czasem mam dzień na czekoladę, np. kiedy wydaje się, że ta czekolada to sprawa życia i śmierci - zwłaszcza, kiedy kawa zawodzi, a powstanie z łóżka wydaje się rzeczą niewykonalną. Czekolada ma magiczną moc, która naprawdę dodaje siły. I poprawia humor. Ale to też nie jest tak, że tabliczkę czekolady jem co drugi dzień. Nie... raz w miesiącu - albo nawet nie. Ciasta... nie muszę mieć, ale jak gdzieś są, to sobie skosztuję. Sama nie piekę, bo ja to tak średnio, a sam K. też całego nie zje. Znaczy no... piekę na jakieś okazje, ale tak żeby zawsze mieć w domu, to nie. Słodyczy poza tym nie jadam - nie czuję potrzeby. Chyba, że najdzie mnie ochota. Tylko problem polega na tym, że mnie nie nachodzi. Nie nachodzi mnie zazwyczaj ochota na hot-dogi, kebaby, hamburgery. Nie mówię, że nie odwiedzam McDonalda, bo i owszem, ale to jak jest okazja, a okazje są rzadko. Już częściej jakaś pizza się napatoczy - zazwyczaj jako uczczenie wypłaty, czyli raz w miesiącu po 10. Chociaż i to nie jest regułą.
I tak naprawdę jak sobie popatrzę na to, co jem przez cały dzień, na to, czego w ogóle nie jadam, na to, o jakich godzinach jadam i z jaką częstotliwością... to... no nie powinnam mieć z wagą problemów. Ale geny, hormony, siedzący tryb życia i słaba przemiana materii robią swoje. Trudno. Z tego tytułu nie planuję się katować dietami całe życie, albo wydawać spore pieniążki na dietetyka. Jestem jaka jestem.

Sport w grę nie wchodzi - a zresztą... ja i sport? Średnio. Ale muszę przyznać, że za basenem tęsknię i myślę, że on trochę podrzeźbiłby moją sylwetkę. Póki co, pozostaje czekać aż wszystko 'samo' wróci do normy. Ja mogę trochę dopomóc, ale nie planuję sobie odmawiać moich małych przyjemności.