Powody takiego stylu życia (?) są różne, ale zawsze są, bo to przecież nie jest tak ''chcę być anorektyczką'' i jutro jestem.
Niestety, ale takie osoby (bo w końcu anorektycy - płeć męska też są, może jedynie za blogami nie przepadają) myślą, że przez racjonalną dietę przytyją a do tego dopuścić nie chcą.
Te ćwiczenia, które trwają tak długo (bądź prowokowanie wymiotów u bulimików) jak dla mnie się straszne i współczuję ludziom, którzy są objęci tą chorobą. Nie powiem, że te osoby są głupie - one potrzebuję pomocy (muszą też same chcieć tej pomocy), ale pytanie, czy są ludzie, którzy im ją zapewnią.
Jak przekonać kogoś do jedzenia, jeśli tak mocno pragnie chudości a w lustrze widzi grubasa (mimo, że nie ma ani grama tluszczu)? A przecież ''jak zemdleję to fajnie''.
"Być chuda do omdlenia,
Być chuda do niczego,
Być chuda, byś mnie chciał"
O.N.A. - Szpetot
Ale założę się, że każdy chce być z człowiekiem a nie szkieletem.
W telewizji pełno jest o tym, żeby się ODCHUDZAĆ. Reklamy w internecie to samo. Niby mam niedowagę, ale tego nie widzę. W jakimś tam kraju (Francja?) zakazali tych zbyt chudych modelek... Pozostałe kraje mogłyby wziąć przykład.
Pro-Ana może i prowadzi czasem do chudości, ale potem jest już tylko śmierć. A co to za życie, kiedy nawet zjeść nie można. Co to za życie, które polega na wiecznych ćwiczeniach? Wszystko dlatego, że zbyt ciężko jest zaakceptować siebie.
Szczerze mówiąc... Trafia mnie coś, jak słyszę moje koleżanki (wysokie i chudziutkie), które mówią "muszę schudnąć, jestem gruba".
Widziałam kiedyś w internecie zdjęcie pewnej dziewczyny - waga pewnie prawidłowa, ale na tej wyższej granicy. Była uśmiechnięta. Obok zdjęcie, kiedy pozostały z niej samej kości. Uśmiechu też zabrakło. Nie słyszałam jeszcze, żeby ana przyniosła szczęście. To problemy z ukrywaniem jedzenia, ze szpitalem, z sobą. No i na pewno łatwiej anorektyczką zostać, niż przestać nią być.