Anuszia! Lejesz miód na me serce, prowokując do dyskusji na TEN temat.

Moja przygoda z CSI:NY skończyła się na szóstym sezonie (solidarnie nie oglądałam bez Meliny Kanakaredes, nie wyobrażam sobie tego serialu bez niej), ale sezony 1-6 to ponad sto fantastycznych odcinków.
Zawsze będę miała sentyment do tego serialu, zawsze.
Uwielbiałam Dona i Stellę. Danny też był super.
Moje ulubione odcinki to ten z trupem przygniecionym przez kontener ("Musimy go stąd zabrać, podajcie szpachelkę" :lol: ), z wystawą psów ("One day you're the dog, one day you're the hydrant" <3), z aniołem wpadającym przez dach świątyni (i cudowny, cudowny cytat o tym, że życie ma wiele odcieni szarości!)... i chyba jeszcze długo mogłabym tak wymieniać.
