Myślę, że temat ciekawy, mam nadzieję, że się przyjmie. Działacie w wolontariatach? Jakie są Wasze odczucia? Każdy wolontariusz ma swoją własną historię, u każdego chęć pomocy drugiemu człowiekowi ma inny początek.
Moje doświadczenia związane z działaniem w wolontariacie są jak najbardziej pozytywne. Teoretycznie należę do szkolnego wolontariatu, ale z przykrością muszę stwierdzić, że w jego obrębie nie udało nam się zbyt wiele zdziałać. Za to przeprowadzane co roku w wakacje wczasorekolekcje z niepełnosprawnymi to całkiem inna historia.
Zaczęło się niepozornie. Ksiądz uczący nas jeszcze wtedy religii zaczął opowiadać o tym przedsięwzięciu... Zainteresowałyśmy się z koleżanką z klasy, wypytałyśmy o wszystkie szczegóły, a podjęcie decyzji nie zajęło nam zbyt wiele czasu. W taki oto sposób dziesięć dni ostatniego lata stało się najlepszymi wakacjami mojego życia! Zazwyczaj na jedną osobę niepełnosprawną przypadało dwóch wolontariuszy. Trzeba przyznać, było co robić. Szczególnie, jeśli przyznany nam podopieczny wymagał całkowitej opieki. Ale tyle akceptacji, sympatii, uśmiechu i zaufania jak tam, nie doznałam nigdzie. Wytworzyła się wspaniała atmosfera - i podopieczni, i wolontariusze byli dla siebie szalenie życzliwi, nie trzeba było nikogo udawać, bo każdy był akceptowany takim, jaki jest.
Wolontariusze w większości spali w namiotach, chyba, że dany podopieczny wymagał opieki również w nocy, wtedy przynajmniej jeden z opiekunów nocował w pomieszczeniu. Nie mieliśmy cudownych warunków, nie były to żadne lecznicze wczasy dla niepełnosprawnych. Chodziło po prostu o wspólne spędzenie czasu i danie z siebie drugiemu człowiekowi ile tylko jest się w stanie.
Moją podopieczną była dwudziestoletnia dziewczyna po dziecięcym porażeniu mózgowym, na wózku, która nie potrafiła żyć bez obecności drugiego człowieka. Ciało niemalże kompletnie nie podlegało jej woli, miała problemy z mową. Mądra, inteligentna, wiecznie uśmiechnięta. Najtrudniej jest się pogodzić z niepełnosprawnością, gdy się wie, że ten człowiek czuje dokładnie tak samo jak my, ma w pełni sprawny umysł, odczuwa tę samą radość, ten sam smutek i taki sam wstyd, a nie potrafi zapanować nad własnym ciałem. Niemożliwe jest samodzielne zjedzenie posiłku, pójście do toalety czy wzięcie prysznica.
Sylwia nauczyła mnie przełamywać bariery. Udowodniła, że mimo tylu niepowodzeń nadal można się śmiać i być życzliwym. Nauczyła spoglądać na swoje problemy z olbrzymim dystansem. Zmieniłam też stosunek do Kościoła. Pokazano mi, że Bóg to nie nieruchome stanie ze złożonymi rękami i wzrokiem skierowanym ku niebu. Bóg to radosny śpiew, siedzenie po turecku na ołtarzu, wspólne śpiewanie godzinek o 8.00 rano na naszym polu namiotowym. I pomoc drugiemu człowiekowi.
Nie zabrakło też czasu na żarty! Do dziś jak przeglądam niektóre zdjęcia, nie mogę powstrzymać się od śmiechu! Patrząc z perspektywy czasu... My się tam tylko śmialiśmy.

Na początku wspomniałam o koleżance z klasy, z którą tam pojechałam. Nasze relacje się ociepliły, nauczyłyśmy się otwarcie ze sobą rozmawiać, wiemy, że możemy na siebie liczyć w każdej sytuacji.
Wniosek? W tym roku znów się tam wybieram!
