Dyskutujesz.pl
Wszystko i nic => Na poważnie => Wątek zaczęty przez: Kiki w Maj 24, 2012, 23:29:34
-
Bywa tak, że w tym pędzącym nieustannie świecie i pogonią nierzadko nie wiadomo za czym, decydujemy się na chwilę zatrzymać, przystanąć, z dystansem spojrzeć na to, co wokół nas się dzieje, wszystko przemyśleć. I to, myślę, taki dobry temat, by tymi spostrzeżeniami się podzielić.
Mnie też ostatnio kilka faktów z mojego życia skłoniło do głębszych refleksji...
Zastanawia mnie reakcja ludzi na cierpienie, z jakim przychodzi im się zmierzyć... Dlaczego tak często jesteśmy zdolni jedynie do narzekania i szukania winy we wszystkich dookoła, a tak rzadko w nas samych? Skąd bierze się pogląd, iż nasze cierpienie jest najważniejsze, najtrudniejsze do przejścia, również do pokonania? W końcu to ono tak naprawdę wzbogaca osobowość. Nie docenia się czegoś w stu procentach, jeżeli życiowe sytuacje nie pokażą nam chociażby zalążka tego, jak mogłoby ono wyglądać bez tej właśnie rzeczy.
Nikt nie lubi cierpieć, to oczywiste... Ale dlaczego tak mało jest osób, które z podniesionym czołem podchodzą do przeciwności losu, starają się dostrzec w nich jakiś głębszy sens? Wydaje mi się, iż ludziom wierzącym łatwiej jest się pogodzić z tym wszystkim, co złego dzieje się w ich życiu, łatwiej to zaakceptować. I nie w kontekście tego czy "Bóg tak chciał", ale raczej wiary w to, iż to wszystko ma jakieś znaczenie, sens, że być może teraz, owszem, cierpię, ale akceptuję to, bo wiem, że kiedyś czeka mnie inne życie, to lepsze. Gdybym w to nie wierzyła, wątpię, czy w jakikolwiek sposób potrafiłabym przyjąć w ogóle do wiadomości istnienie zła na świecie. W końcu życie wydawałoby mi się bezsensowne, jeżeli tutaj byłoby pasmem utrapień, a później... No właśnie, żadnego "później" by nie było...
Myślę, że w człowieku często tkwi większa siła niż jemu samemu się wydaje. Ale to też kwestia podejścia, jeżeli na starcie ktoś już się poddał, raczej nie wyjdzie zwycięsko z tej walki. Za to jeśli tylko spróbuje się z tym wszystkim zmierzyć, często po prostu da radę, nawet gdy będzie przechodzić chwilowe kryzysy i załamania. Bo jego siła jest tak ogromna.
Próbuję z podniesionym czołem przechodzić to wszystko, co dla mnie nie jest łatwe, czasami wręcz trudne do zaakceptowania. I paradoksalnie - im więcej rzeczy muszę sobie poukładać w głowie, nauczyć się z pewnymi faktami żyć, przyjąć za obowiązujący fakt, iż inaczej już nie będzie, tym lepiej dogaduję się z ludźmi, więcej się uśmiecham, staram się w stu procentach korzystać z życia!
-
W sumie nigdy nie miałam jakiś wielkich przeciwności, cierpień. Oczywiście, zdarzały się małe upadki lub sytuacje, z którymi sobie nie radziłam, ale w obliczu wielkiego cierpienia stanęłam ponad pół roku temu i w sumie trudno mi opisać to, co wtedy czułam i jak się zachowywałam, bo to było takie... neutralne. Wiem, że czułam ogromny strach, wręcz przerażenie, bo byłam totalnie bezradna, nic nie mogłam tak naprawdę zrobić...
Wydaje mi się, iż ludziom wierzącym łatwiej jest się pogodzić z tym wszystkim, co złego dzieje się w ich życiu, łatwiej to zaakceptować. I nie w kontekście tego czy "Bóg tak chciał", ale raczej wiary w to, iż to wszystko ma jakieś znaczenie, sens, że być może teraz, owszem, cierpię, ale akceptuję to, bo wiem, że kiedyś czeka mnie inne życie, to lepsze. Gdybym w to nie wierzyła, wątpię, czy w jakikolwiek sposób potrafiłabym przyjąć w ogóle do wiadomości istnienie zła na świecie.
... ale z drugiej strony wiem, że przyjmowałam to wszystko z jakimś wewnętrznym spokojem, z akceptacją, z nadzieją, że będzie lepiej, po prostu lepiej. I nie czułam, jakby cała sytuacja była dla mnie karą za coś. Też nie chodzi tylko o to, że, jak napisałaś Kiki, "Bóg tak chciał", tylko to cierpienie ma dla każdego z nas jakiś ważny cel.
Też po tych wszystkich wydarzeniach widzę, że jestem bardzo słaba, odbiło się to na mojej psychice, to z drugiej strony wiem, że wychodzę z tego wszystkiego silniejsza, z innym charakterem, nabyłam nowych cech lub je umocniłam, może znalazłam też swoje życiowe powołanie.
I w sumie czasami zastanawiam się, czy przypadkiem tej "szansy" zmiany nie przegapiłam. Bo wiem, że po coś dostałam to doświadczenie, ale czuję, że pomimo tego, że jestem silniejsza itp., nie do końca to osiągnęłam. Nawet powiem, że pojawiło się wiele nowych obaw i kolejnych problemów, z którymi muszę się zmagać każdego dnia.
[...] jeżeli na starcie ktoś już się poddał, raczej nie wyjdzie zwycięsko z tej walki.
Dokładnie. Ludzie uciekają od problemów, od odpowiedzialności, od trudnych decyzji. Ktoś, kto od początku przesądza przegraną i totalną klęskę, poddaje się bez walki - ma bardzo małe szanse. Chodzi tu o samą świadomość tego, że można z jakąś sytuację sobie poradzić. Kluczową rolę spełniają też tutaj przyjaciele, rodzina. Z ich wsparciem jest o wiele łatwiej, bo jeżeli nie ma się nikogo, kto Cię wpiera, po co masz się starać?
Z kolei są też ludzie, którzy zostają ze swoimi problemami sami, ale i tak sobie z nimi świetnie radzą i stawiają im czoła pomimo wszystko. Takich ludzi podziwiam.
Bo ja bez wsparcia nie dałabym rady i prawdopodobnie wylądowała nie wiadomo gdzie, nie wiadomo z jak bardzo zepsutą psychiką, nie wiadomo z jakim samopoczuciem.
A kiedy wygrywa się z przeciwnościami... to jest się silniejszym, lepszym, szczęśliwszym.
Ja się czuję szczęśliwa, że się nie poddałam.
"Bo gdy się wyrusza, idzie się z płaczem, rzucając nasiona. A gdy się wraca, wraca się ze śpiewem, zbierając pełne snopy."
-
Mimo, że zostałam wychowana w wierze to strasznie nieznoszę powiedzenia "Bóg tak chciał". Jestem zdania, że to sami sobie kształtujemy życie.
Cierpienie-każdy z nas coś przeżywa. Jedni nie są w stanie nawet z pomocą bliskich wyjść z dołka, inni przeciwnie, a jeszcze inni potrafią wyjść z niego bez pomocy innych. Zależy kto jak jest silny psychicznie. Ja uważam się za silną osobę. Przeżyłam coś, co w pierwszej chwili było dla mnie straszne. Ale szybko zdałam sobie sprawę, że ludzie mają gorsze problemy.
Bardzo też nie lubię pocieszania. Po prostu mam wrażenie, że często jest ono od ludzi wymuszane. Dlatego sama też nie umiem pocieszać. Wolę spędzać te złe chwile w samotności. Nawet jak jestem chora na np. grypę to mnie trafia to ciągłe pytanie o moje samopoczucie. Przecież widać, że się źle czuję.
Mówienie "będzie dobrze" do nieczego nie prowadzi, bo skąd osoba, która to mówi,ma to wiedzieć?? No chyba, że komuś to pomaga, a to już inna sprawa.
-
Wolę spędzać te złe chwile w samotności.
Ja z kolei wolę, żeby ktoś ze mną był. Nawet myślami, tak jak to często miałam z moją przyjaciółką, kiedy nie mogła do mnie przyjechać. Lepiej się czuję, kiedy wiem, że ludzie o mnie myślą, zastanawiają się co ze mną, wspierają mnie, nawet nie muszą nic mówić. Wiem, że jakbym pozostała sama to koniec, depresja i psychiczne załamanie. Raczej nie umiem walczyć sama.
Nawet jak jestem chora na np. grypę to mnie trafia to ciągłe pytanie o moje samopoczucie. Przecież widać, że się źle czuję.
Tak, na początku też mnie to denerwowało.
Ale co taka osoba ma powiedzieć? Pytanie o samopoczucie jest pytaniem zadawanym raczej przez grzeczność. Mówi się tak nawet do osób, którym nic nie dolega, przy spotkaniach itd. No ewentualnie jest pytanie bardziej ogólne: "Co u Ciebie?".
Pamiętam, jak kilkanaście osób jednego dnia pytało się mnie, jak się czuję. I te kilkanaście razy odpowiadałam, że słabo, ale lepiej niż wcześniej. Gołym okiem było widać, że czuję się nie najlepiej, ale w sumie stawiając się w miejscu tych ludzi też zadałabym to pytanie. Nawiązanie więzi, zrozumienia, może współczucia. Jakoś nie widzę w tym nic złego ani nietaktownego.
-
Mimo, że zostałam wychowana w wierze to strasznie nieznoszę powiedzenia "Bóg tak chciał". Jestem zdania, że to sami sobie kształtujemy życie.
Dzieci chore nieuleczalnie same sobie ukształtowały chorobe.....
Czy chorzy na raka itd.
Głupstwa!!!!
-
Widzisz choroba to co innego.
A o raku coś tam wiem, bo miałam z nim styczność i wcale nie było to, jak to wiele osób mówi "wolą Boga".... Tak napewno Bóg chce żeby ktoś był chory....Jasne....
Opini swojej nie zmienie.
-
A ja wierzę w to, że Bóg ma wobec nas swój własny plan. To właśnie Jemu staram się oddawać swoje problemy i sukcesy. Staram się, bo nie zawsze potrafię pogodzić się z tym, co On sobie wymyślił. Jest ciężko, chciałoby się mieć władzę, ale czasem ulgą jest myśl, że "to i tak nie od Ciebie zależy, nie spalaj się, jest jeszcze Bóg i on o wszystko zadba". Chcę wierzyć w taki porządek, wolę ten porządek od ludzkiego, który byłby często bałaganem.
-
Jestem zdania,że każdy powinien brać życie takim, jakie jest. Wiele ludzi narzeka,że coś jest nie tak, jakby chcieli. Do niedawna sama taka byłam, ale zrozumiałam,że mogę je zmienić. Sama nim steruję i mogę zmienić to, co chcę. Przez ciągłe narzekania, jak źle mi jest,życie może przelecieć mi koło nosa. Chcę się rozwijać i spełniać swoje marzenia, chcę po prostu cieszyć się z tego kim jestem. Jak to powiedział Roger Waters "Życie dzieje się nieustannie . W każdej chwili możemy pokierować swoim przeznaczeniem" ;)
-
Ja jeszcze swego czasu byłam zdecydowana, że w Boga nie wierzę, ale jednocześnie nigdy nie sądziłam, że poglądu swojego nie zmienię. A teraz? Teraz czasem pojawiają się w mojej głowie myśli odnośnie istnienia jakiejś tam Istoty, niekoniecznie Boga (bo nadal nie potrafię się utożsamić z żadną religią), ale takiej, która po prostu jest. Nie takiej, do której trafimy po śmierci, nie taka, która potrzebuje naszych modlitw. Nie potrafię jeszcze dokładnie określić jakie jest jej zadanie, ale kto wie, może z czasem... ;)
Na pewno nie wierzę, że jakiekolwiek choroby i nieszczęścia są winą jakiegokolwiek Boga i dziwię się ludziom (wierzącym), którzy tak uważają, bo to doskonały pretekst, ale czy wierząc w dobro i łaskę Pana, najlepszym wyjściem jest w tragicznych momentach obwiniać go o wszystko? Nigdy nie potrafiłam tego zrozumieć. Może ktoś mi to w końcu logicznie wyjaśni...
Moim zdaniem choroby są kwestią losową, czasem wiadomo- genetyczną. To prawdziwe nieszczęście, że ludzie muszą przez takie piekło przechodzić, ale niestety tak pisane jest ludzkie życie, w którym szczęście przeplata się ze smutkiem, u każdego w innych proporcjach.
Ja mogłabym podpisać się pod kimś, kto tu napisał, że prawdziwe nieszczęście pokazuje prawdziwą naturę człowieka. Mnie się czasem wydawało, że jestem stosunkowo silną osobą, która potrafi być doskonałym wsparciem dla najbliższych, ale ostatnio przekonałam się, że owszem, przy bliskich potrafię jeszcze w niewielkim stopniu zachować twarz i myśleć względnie optymistycznie, ale jak tylko pojawiam się w gronie znajomych, przyjaciół lub w swoim własnym towarzystwie- staje się bodaj najsłabszą istotą na Ziemi. I nie potrafię normalnie funkcjonować w obliczu jakichś przykrych zdarzeń, których przede mną przecież- siłą rzeczy- jeszcze tyle...
-
Nie wiem, jak patrzeć na świat.
Najlepiej każdego dnia z innej strony. (?) Choć nie z każdej, bo wcale nie chcę na siłę wymyślać problemów, czy coś tam...
Nie wiem, czy dobrze, że tu piszę, ale chcę :)
Człowiek jest więźniem. Najczęściej więzi w sobie przeszłość, swoje przyzwyczajanie, uzależnienia. Nie wszystko jest złe, ale czy my żyjemy? Czy udajemy, bo... co ludzie pomyślą?
Zaczęło padać, mama miała wywieszone pranie.
Mama: Ja mam pranie! (zaczęła biec) Nie mogę biec, bo głupio wyglądam.
ja: A co Cię obchodzi, co sobie pomyślą?
Mama: Odezwała się ta, którą to nie obchodzi.
Racja. Niby słucham tego, czego chcę, noszę, co chcę, mówię, co chcę, ale boję się wyjść z domu, bo wyglądam brzydko i boję się, że będą się ze mnie śmiać :) Chociaż dziś siedziałam w ogródku a we włosach miałam kolorowe klamerki. Dziwne? Gdzie tam, całkiem normalne. Nudzą mnie reguły.
Nie chcę patrzeć na świat tak, jak większość, bo niestety podejrzewam, że większość nie robi tego zbyt dobrze.
Ale z drugiej strony, nie można mieć 'dobrego światopoglądu' - dla mnie coś takiego nie istnieje. Tylko źle bym się czuła, gdybym robiła to, co rówieśnicy... Owszem, nie jestem jakaś tam wyjątkowa. Robię to, co inni, tylko po swojemu. Często słyszę, że mam coś powiedzieć jeszcze raz, tylko innymi słowami i w ogóle jakoś tak... normalnie.
A ja patrzę i co widzę?
Politykę? Nie mam osiemnastu lat i coś czuję, że nie mam nic do gadania. W szkole nie nauczą mnie angielskiego, a gimnazjaliści nie przestaną w tym budynku palić. Poza tym dziś np. czytałam książkę przed tv. Wiadomości chyba właśnie leciały, coś o jakiejś ustawie mówili, że za brak opon zimowych od 1. listopada ma być mandat, choć w Polsce nie ma z tym większego problemu i kierowcy sami opony zmieniają. Bezrobocie? Och tak, mój tata nigdy dużo nie zarabiał. Ale jakoś starcza - bo musi. I jestem ogromnie wdzięczna rodzicom, że jakoś dają radę... Dobrze, że praca jest, jaka jest. Nie ma co wybrzydzać.
Już nie raz słyszałam, jak dorośli mówią "a oni do roboty nie są. Nie pójdą Ci do pracy za 1000 zł, bo co to jest? A więcej nie dostaną".
Niszczą moje marzenia... Bo chciałam iść na studia, naprawdę kiedyś liczyłam na to, że będę psychologiem - i do końca się tych złudzeń nie pozbyłam, ale to przecież nie możliwe. Pójdę do byle jakiego technikum i znajdę sobie byle jaką pracę. I lata nauki pójdą na marne.
A może jednak nie?
Może jakaś niespodzianka się mi przytrafi?
Przecież wszyscy dorośli wcale nie znają życia tak bardzo, jak myślą. Nie wszyscy.
- Jesteś młoda, co Ty tam wiesz!
- A właśnie, że wiem!
Swoje wiem, serio. Ciągle się uczę - życia. I będę popełniać błędy, bo inaczej nie potrafię.
Świat niech sobie będzie. Tworzę go czy chcę, czy nie chcę. Ale chcę być jego dobrą częścią. Chcę się do czegoś przyczynić, do czegoś, co pomoże.
Ludzie na wojnie spotykają się ze śmiercią i mają świadomość, że jutro może ich nie być. Nas też może jutro przejechać samochód, ale czy o tym myślimy? A czy robimy sobie jakieś kontrolne badania? Nie, mnie to nie dotyczy! Jasne. Innych ktoś potrąci, inny zachoruje.
Jako, że właśnie przeczytałam książkę Paula Coelho ''Zahir'' mam jedno pytanie:
Kto z was myślał o swoim pogrzebie?
Ja akurat już kiedyś myślałam. Nie chcę żadnej trumny... Na co to komu? To tylko wydatek, a ja będę żyć, dopóki ludzie o mnie nie zapomną. Umrę sobie pewnego dnia - jak każdy. Żyjący umarlak jestem - jak to było dziś na demotach. Czy ktoś będzie płakał? Może. Chyba tak, nie jestem pewna. Co czeka mnie potem? Spotkam Boga? Pójdę do Nieba? Nie, raczej nie. Nie zasłużyłam - choć oczywiście nie chcę się wtrącać w osądy Boga :)
A może Bóg nie istnieje? Jeśli po śmierci nic nie ma, to nie będę żałować, że wierzyłam. Wiara pomaga. A nadzieja umiera ostatnia. Gorzej, jak już umrze...
Patrzałam dziś na moją siostrę i pewnego małego chłopca. Karmili psa. Uroczy obrazek, rozczuliłam się normalnie. Pomyślałam, że warto zrobić zdjęcie, ale zaraz przyszło mi do głowy, że skoro to takie ważne i piękne, to ja to zapamiętam, a inni mają wokół siebie wiele szczęścia, jeśli chcą to dostrzec.
Bo szczęście to kwestia podejścia. Teraz jestem takiego zdania.
Zawsze znajdzie się coś, jakiś powód do smutku, ale można być szczęśliwym mimo to.
Patrzę na świat i ciągle się dziwię. Poznaję tyle rzeczy, mimo że nie lubię wychodzić z domu.
A niektórzy wybierają śmierć, samobójstwo.
Ich świat nie wyglądał ciekawie, że to tak głupio ujmę. Ale mogli poprosić o pomoc. Niektórzy to zrobili, ale pomocy nie uzyskali - poprosili nieodpowiednie osoby, niestety.
Niektórzy zrezygnowali zbyt szybko, bo los zawsze może się odmienić.
W innych wiadomościach była chora, szesnastoletnia dziewczyna. Przywiązana do łóżka, rodzice (przybrani) cieszą się, że potrafi płynnie wypowiedzieć imię siostry/brata. I widzą w tym szczęście. A ta dziewczyna chce żyć, chociaż widzi życie tylko przez okno, a kontakt ma z rodziną i pielęgniarką.
Przede mną stoi świat i chyba muszę wyciągnąć do niego rękę, bo samo nic nie przyjdzie.
A cierpienie z miłości? Ktoś, kto nas kocha, nie chce, byśmy cierpieli, więc czemu ciągle się zamartwiamy?
W tym świecie jest wiele absurdów, ale co tam. Nie muszę przejmować się wszystkim, to byłoby chore i zwariowałabym do reszty :)
Kocham mówić całkiem bez sensu, tak na marginesie :)
-
Zastanawiałam się gdzie o tym napisać i ten temat chyba najlepiej pasuje.
Dziś zostałam bardzo zaskoczona przez osobę, którą myślałam, że znam.
W pracy koleżanka z pobliskiego działu opowiadała mi, że na jej upragniony koncert, na który jedzie kupiła sobie specjalną bluze. Opowiadała jaka jest cudowna no i przede wszystkim, że modna bo gwiazdy w takich teraz chodzą. Wysłała mi link i zdębiałam. Na bluzce jest... http://img01.cp.aliimg.com/imgextra/i3/854666639/T2Ual4XitcXXXXXXXX_!!854666639.jpg sami zobaczcie.
Moje skojarzenia były jednoznaczne (jak zapewne też projektanta). Mocno skrytykowałam to co zobaczyłam no i okazało się, że jestem zacofana i za bardzo żyję przeszłością. Trzeba być nowoczesnym i modnym a Hitler był ok.
Czy ludzie już tak bardzo głupieją, czy zanikają jakiekolwiek moralne zahamowania?
Koleżanka została skrytykowana przez parę osób i się obraziła - jesteśmy nawiedzeni i nie znamy się na realiach.
Czy faktycznie jestem nawiedzona i zacofana?
-
Z Tobą jest wszystko ok, to wszystko wokół zwariowało. Dzisiaj jest bardzo modne deptanie wartości, symboli dla kogoś ważnych a branie w obronę zbrodniarzy największych jest cool. To, co czasami znajduję w internecie już dawno mnie przerosło. My się jeszcze możemy oburzać, tak jak oburzeni byli ci z festiwalu w Cannes, kiedy Lars von Tier powiedział, że rozumie Hitlera. I trzeba się oburzać dopóki można. A czasami zaczyna się ta cool moda na szokowanie od prostych, niewinnych rzeczy: od wsadzania flag państwowych w zwierzęce odchody czy prawie że masturbacja na scenie przy pomocy krzyża.
Niech sobie koleżanka będzie nowoczesna, zobaczymy dokąd ją to zaprowadzi, ja wolę być zacofana.
I może nie znam się na modzie, ale w którym miejscu ta bluza jest cudowna? Sama w sobie nawet, bez znaków i napisów?
-
Taa, widziałam już parę osób w tych bluzach. I zgadzam się z Wami, mimo, że nie uważam się za osobę zacofaną. Jeśli nosimy symbole nazistowskie, albo podobizny ludzi, którzy są odpowiedzialni za masowe zagłady, to czemu nie pójść dalej? Proponuję, żeby na następny koncert koleżanka założyła bluzę: "Spalmy wszystkich Żydów", czy nie na jedno wychodzi?
Nie wiem, czy to "moda", czy próby szokowania, czy po prostu skrajna bezmyślność tych ludzi. Popieranie zła też jest złe. Przynajmniej dla mnie.
-
Symbole nazistowskie to jedno. Symbole komunistyczne to drugie. Za jednymi i drugimi kryją się miliony niewinnych ofiar szaleńczych ideologii. Jedne są zakazane. Drugie nie. Dlaczego?
Dlaczego za swastykę na koszulce jest się aresztowanym i ukaranym, za sierp i młot, za napis "CCCP", za portrety takich morderców jak Lenin czy Che Guevara - nic nas nie spotyka, z wyjątkiem złych spojrzeń starszych ludzi?
My się jeszcze możemy oburzać, tak jak oburzeni byli ci z festiwalu w Cannes, kiedy Lars von Tier powiedział, że rozumie Hitlera. I trzeba się oburzać dopóki można. A czasami zaczyna się ta cool moda na szokowanie od prostych, niewinnych rzeczy: od wsadzania flag państwowych w zwierzęce odchody czy prawie że masturbacja na scenie przy pomocy krzyża.
Przy czym zapomniałaś dodać, że opisywane działania są zazwyczaj ukazane jako "wolność artystyczna", "inteligentny dowcip" itp. - a ludzi, którzy mają czelność to krytykować nazywa się "ciemnogrodem", "moherami", "oszołomami" i zazwyczaj do woli miesza z błotem. Oczywiście owo mieszanie z błotem też jest "inteligentnym humorem".
-
Oj Mintku, przecież już tyle razy to było przerabiane. Nie czytałeś nigdy komentarzy na forach, nie oglądałeś sond ulicznych? W Katyniu mordowali Niemcy a komunizm to samo dobro a jeśli było coś złego, to jest to wina wrogów ustroju. Weź sobie to powieś nad łóżkiem czy coś. :)
-
Nie Niemcy! Zapamiętaj! Chyba nie chcesz, żeby Niemcy poczuli się urażeni - zarówno w Katyniu jak i w całej Europie bestialstwa czynili NAZIŚCI, wojnę wywołali NAZIŚCI, Żydów mordowali NAZIŚCI. A to nie to samo co Niemcy ;)
Zresztą - podobnie jak w dobrym tonie jest mówienie "rom" a nie "cygan", "gej" a nie "pederasta" - to ludzi, którzy napadli na Polskę w 1939 raczej nie należy nazywać "Niemcami" tylko "nazistami".
-
Odsyłam do definicji komunizmu - sam w sobie zakłada równość klas nie ma lepszych i gorszych. No i poza tym z drugiej strony czy ludziom źle żyło się za komuny? nikt przynajmniej nie musiał po śmietnikach chodzić jak teraz...Nie chcę by wyszło nagle, że jestem wielkim obrońcą komunizmu, bo nie popieram jego zbrodni, za które odpowiedzialny był Stalin, nie popieram też represji komunistów polskich wobec wszelakiego oporu, próbuje tylko pokazać, że komunizm w życiu codziennym nie był aż taki zły
-
Tyle, że u nas nie było takiego prawdziwego komunizmu. Zobacz takie KRLD - równość klas, idea dżucze, izolacjonizm, kult jednostki....
-
Na pewno nie wierzę, że jakiekolwiek choroby i nieszczęścia są winą jakiegokolwiek Boga i dziwię się ludziom (wierzącym), którzy tak uważają, bo to doskonały pretekst, ale czy wierząc w dobro i łaskę Pana, najlepszym wyjściem jest w tragicznych momentach obwiniać go o wszystko? Nigdy nie potrafiłam tego zrozumieć. Może ktoś mi to w końcu logicznie wyjaśni...
Moim zdaniem choroby są kwestią losową, czasem wiadomo- genetyczną. To prawdziwe nieszczęście, że ludzie muszą przez takie piekło przechodzić, ale niestety tak pisane jest ludzkie życie, w którym szczęście przeplata się ze smutkiem, u każdego w innych proporcjach.
Nie, to nie do końca tak jest. Nie na zasadzie obwiniania. Po prostu przyjmując, że wierzymy w Boga wszechmogącego, która zna i przeszłość i przyszłości w pewien sposób kieruje losami wszystkich ludzi, to również ta choroba czy inne nieszczęście gdzieś tam zostało wpisane. Nie jest to ani kara ani przekleństwo. Ludzie mówiąc: "Bóg pewnie tak chciał" - nie oskarżają, ale sami się pocieszają. To im pomaga się pogodzić z pewnymi rzeczami, problemami, chorobą, śmiercią.
Kiedy choruje niewinne dziecko na przykład i ktoś powie: "Bóg tak chciał". Nie znaczy to, że robi z niego jakiegoś tyrana i zwala na niego całą winę, tylko w tych może mało dobranych słowach wyraża przekonanie, że Bóg i tę chorobę gdzieś tam miał w swoich przewidywaniach i do czegoś to ma prowadzić. Co przecież nie oznacza, w naszym ludzkim wymiarze, że mamy usiąść wtedy na laurach i czekać aż samo się poukłada. Przecież i leczymy dziecko, szukamy lekarzy, zbieramy pieniądze, kochamy je, pomagamy na wszelkie sposoby a nie tylko się modlimy albo kierujemy co gorsza głowę do niebios i wyklinamy.
Oczywiście, że choroby nie są specjalnie zsyłane - chorują wszyscy i dobrzy i źli, wielscy grzesznicy i ludzie święci, bogaci i biedni. Oczywiście, że choroba to wypadek losowy nawet jeśli, w wersji dla wierzących, losami kieruje Bóg.
Jasne, że są ludzie, którzy mają pretensje. jasne, że są ludzie, którzy kierują głowę ku niebiosom kiedy jest problem, kiedy go nie ma - mają zgoła inny światopogląd. Ludzie są różni.
Ja wiem jedno. Mnie świadomość, że wszystko w życiu jest po coś i że Bóg wie, co robi, pomogła pogodzić się już z niejedną stratą :)
Mam szczerą nadzieję, że napisałam w miarę zrozumiale <rumieniec>
-
Trochę "odkopię" temat, bo na poprzedniej stronie była dość ciekawa dyskusja o symbolach i tradycyjnych wartościach: dziś tak naprawdę bardzo modny jest brak szacunku do symboli narodowych, wspomniany tu przykład wkładania flagi państwowej w zwierzęce odchody - jest to wyrażanie nie tylko pogardy dla własnego państwa, ale i obraza naszych przodków, którzy o wolność ginęli zarówno w powstaniach listopadowym, styczniowym, czy sierpniowym jak i później w czasach komuny. Najgorsze jest to, że takie rzeczy dzieją się tak naprawdę za przyzwoleniem władz państwowych. Osoby, które burzyły się po tym jak pan Adam Darski pseudonim "Nergal" spalił Biblię zostały wyśmiane, jestem swoją drogą ciekawy czy Nergal odważyłby się spalić Koran, a to przecież islamskie organizacje odpowiadają za terroryzm XXI wieku...Wracając do tematu - mi się wydaje, że każdy człowiek kieruje swoim życiem po swojemu, na pewne rzeczy wpływu nie mając, każdy ma lepsze i gorsze momenty w życiu, a kwestia jak sobie z nimi poradzimy zależy od naszych indywidualnych predyspoyzcji...
-
Wiesz.... myślę, że jakby podarł lub spalił Koran to - jak to się obrazowo mówi - jego głowa nagle straciłaby stałe i solidne połączenie z resztą ciała.
Co zaś do Islamu - to nie tylko religia, to spójny system religijno-polityczno-społeczny. Jednak jest skrajnie zły i na świecie nie powinien być tolerowany. W Europie wyznawanie islamu powinno być wręcz zakazane. Opanowuje właśnie takie kraje jak Anglia, Belgia i Francja - tam za 10 lat może być zupełnie niewesoło (to co się dzieje już jest groźne).
-
Mój światopogląd zmienił się ostatnio (no może nie tak ostatnio, bo jakoś latem) pod wieloma względami.
Wkręciłam się w filozofię Zen i już nawet nie pamiętam gdzie był początek.
W skrócie: filozofia mówi o tym, żeby się nie przyzwyczajać, nie czuć nienawiści do nikogo i nie przykładać zbyt wielkiej wagi do rzeczy, które i tak przeminą.
Mojej rozchwianej psychice bardzo to pomogło.
Tak, siedzę sobie czasem w zamkniętymi oczami i medytuję :P Powtarzam sobie, że śmierć jest tylko przejściem do kolejnego etapu, że nie powinniśmy się jej bać. Pomogło mi to przejść przez pogrzeb sąsiadki, którą znałam od urodzenia.
Nie należy niepokoić go pytaniami w rodzaju: ?Kto dostanie twoją biżuterię?", ?Gdzie schowałeś pieniądze na czarną godzinę?" czy też Jak ja będę bez ciebie żyć?". Naszą motywacją powinno być pomaganie odchodzącej osobie, a nie przysparzanie jej kłopotów.
Kiedy nie dogaduję się z przyjaciółkami, mówię sobie, że tak musi być.
W moim życiu ZAWSZE ludzie odchodzi bez śladu, gdy trzeba było zmienić miasto czy nawet szkołę.
Z wielkiej przyjaźni robiło się nic, a ja to nic przeżywałam. Niepotrzebnie.
Kiedy nasze przywiązanie się zmniejsza, życie staje się ciekawsze, bo otwieramy się na to, co przynosi bieżąca chwila. Zamiast na przykład tęsknić za osobami, do których jesteśmy przywiązani, będziemy umieli cieszyć się towarzystwem, jakie w chwili obecnej mamy wokół siebie.
Dzięki takiemu myśleniu nie dostaję już bólu brzucha gdy pomyślę o jakimś egzaminie.
Przygotowuję się do niego, oczywiście, że tak.
Jednak już nie myślę powieszę się jak nie zdam, tylko spokojnie, nie zdam - poprawię. Jeśli nie poprawię - jest wiele innych kierunków, wiele innych ciekawych rzeczy do zrobienia, mam wiele zainteresowań.
Podsumowując: medytujcie czasem, to pomaga ;)
Sam sobie narzucasz granice tego, gdzie się znajdujesz i z kim przebywasz, mimo sporego wpływu swojego pochodzenia, środowiska i doświadczenia. <brawo>
-
Mam do Was takie pytanie, które nasunęło mi się ostatnio podczas refleksji nad życiem (i nadmiernym wpływem pewnego serialu...)
Czy jeśli partner/ka zdradzi to lepiej by się nie przyznawał/a do tego przed drugą stroną, żeby jej nie ranić; czy powinien jej/jemu powiedzieć?
I o kłamstwach, które mają niby chronić? Np. matka nie chce mówić o swojej chorobie by nie martwić rodziny?
-
Powiem, że w tym wypadku nie mam konkretnego zdania. I tak źle i tak niedobrze...
-
Mam do Was takie pytanie, które nasunęło mi się ostatnio podczas refleksji nad życiem (i nadmiernym wpływem pewnego serialu...)
Czy jeśli partner/ka zdradzi to lepiej by się nie przyznawał/a do tego przed drugą stroną, żeby jej nie ranić; czy powinien jej/jemu powiedzieć?
I o kłamstwach, które mają niby chronić? Np. matka nie chce mówić o swojej chorobie by nie martwić rodziny?
"Kłamstwo aby chronić" to dla mnie wygodny wytrych dla kłamcy, ktory próbuje usprawiedliwiać to, że robi źle i teraz boi się konsekwencji.
-
Jestem wolontariuszką w hospicjum. Mówiłam zawsze o tym otwarcie, ale jedno zdanie pewnej osoby sprawiło, że skończyłam ze szczerością. Od razu stwierdziła moja dyskutantka, że hospicjum to miejsce, gdzie cierpienie jest nieodłącznym elementem życia na oddziale, a chory nie chcą tam przebywać.
Na moje zapewnienia, że jest inaczej, zareagowała wzruszeniem ramion. Uważała też, że należy być specyficznym, aby tego rodzaju pracę wykonywać.
Specyficzna nie jestem, silna - tak.
I właśnie u nas, w domu hospicyjnym nauczyłam się, że cierpienie trzeba trzymać blisko ciała, ale jednocześnie jak koszulę: żeby od nad odstawało i nas nie definiowało.
Dlatego mogę chodzić do miejsca, w którym codziennie ktoś płacze, umiera, czasem cierpi. I robię to, chociaż nikt mnie do tego nie zmusza, chociaż nikt mi nie każe.Jako ciekawostkę dodam, że poszłam tam po śmierci taty, który ostatnie 5 lat swojego życia ciężko chorował.
Można powiedzieć, że nauczyłam się cierpieć z podniesionym czołem oraz z przekonaniem, że można różny ból: i fizyczny, i psychiczny oswoić, aby z nim żyć. Nie krytykuje tych, co sobie nie radzą z cierpieniem. Bo sama kiedyś też sobie nie radziłam. Dzisiaj znalazłam spokój oraz ukojenie, który dla wielu może wydawać się kontrowersyjne (bo akurat w hospicjum: brzmi jak oksymoron w zestawieniu ze szczęściem).
Gdy sama ostatnio musiałam zmierzyć się z chorobą (wręcz z kalectwem), ukojenie znalazłam właśnie tam: w miejscu, które jest dla wszystkich synonimem bólu i niechcianych scen.